Goldberg Leonard S. - Mordercze żniwo.pdf

(940 KB) Pobierz
Leonard Goldberg
MORDERCZE ŻNIWO
Deadly Harvest
Tłumaczył
Jerzy Łoziński
Pamięci ojca
i Donny Sue
W chorobach
Gwałtownych ulgę dają tylko leki
Równie gwałtowne albo żadne
Szekspir,
Hamlet
(akt IV, scena 3),
tłum. M. Słomczyński
PROLOG
2 sierpnia 1986
Los Angeles
Wychodząc z Kobiecej Kliniki Reprodukcyjnej, Karen Kessler spojrzała w wylot lufy
karabinu o wielkiej mocy. W odległych zaroślach zobaczyła jakiś błysk, ten jednak tylko się
pokazał i zaraz zniknął. Klinikę otaczały łagodne pagórki i Karen przyzwyczaiła się już do
tego, że promienie słońca nierzadko trafiały tam na coś, w czym mogły się odbić. Zapewne
tak było i tym razem, chyba że chodziło o jakieś złudzenie wzrokowe. Wzruszyła ramieniem i
nie myśląc ani chwili dłużej o nagłym błysku, poszła w kierunku parkowej ławki.
Tymczasem leżący nieopodal w gęstych krzakach, odziany w panterkę mężczyzna w
średnim wieku poprowadził za kobietą zamontowany na lufie celownik optyczny. Usiadła na
ławce, założyła nogę na nogę i zapaliła papierosa. Widział dokładnie jej ostre rysy, duże,
sarnie oczy. Miała jakieś trzydzieści pięć lat, ocenił, nie więcej niż czterdzieści. Powoli
naprowadził siatkę krzyżakową na miejsce pośrodku sukienki, gdzie między piersiami
widniała okrągła plama od potu. Znakomity cel. Leciutko przycisnął spoczywający na spuście
palec, wyobrażając sobie, co stałoby się, gdyby kontynuował ruch. Klatka piersiowa
eksploduje, serce i aorta rozerwana, śmierć niemal natychmiastowa.
Ale to nie ją chciał zabić. To pewnie pielęgniarka, która tylko wykonuje polecenia. Nie,
do niej nie można było mieć pretensji. Wina spoczywała tylko i wyłącznie na barkach lekarza.
Skurwysyński morderca! Szczęki skrytobójcy zacisnęły się na samą myśl o doktorze, zabójcy
jego siostry, którego jednak nigdy nie skarze żaden sąd. Żaden, do jasnej cholery!
Ostatecznie, nie złamał prawa, nie naruszył żadnego przepisu. On tylko spowodował śmierć
pięknej, młodej kobiety.
Mężczyzna poprawił kolbę w dołku strzeleckim i dalej czekał cierpliwie, bez ruchu,
chociaż pot spływał mu już po czole i co pewien czas kropelka ściekała na broń. Dzień był
słoneczny i gorący, a zamachowcy było już bardzo duszno w panterce. Starał się jednak nie
myśleć o tym, koncentrując się na perspektywie strzału w głowę, którym chciał uśmiercić
lekarza. A potem odwrót starannie obmyśloną drogą. Na drugą stronę pagórka, dalej przez
zarośla do motocykla ukrytego przy alejce spacerowej, a następnie do odległej o niecałą milę
autostrady do San Diego. Gdyby jednak nie udało się uciec i schwytano by go, to trudno.
Gotów był umrzeć, jeśli będzie trzeba.
Drzwi kliniki otworzyły się i stanął w nich wyczekiwany lekarz: wysoki, szczupły, w
średnim wieku, ubrany w długi fartuch laboratoryjny. Zamachowiec naprowadził celownik, a
gdy głowa doktora znalazła się między nitkami, zaczął naciskać spust, kiedy lekarz znienacka
pochylił się, aby podnieść coś z ziemi. Strzelec czekał, kiedy jego ofiara się wyprostuje, ale w
tej samej chwili z kliniki wyszedł inny lekarz, także w białym kitlu, ale niższy i starszy, i
wdał się w rozmowę z kolegą. Teraz trudno już było o czystą pozycję.
„Żeby cię jasna cholera! Wynocha!”
Co gorsza, kobieta wstała z ławki i przyłączyła się do obu mężczyzn; skrytobójca widział
teraz tylko górną część głowy swej ofiary. Strzał mógł ją uśmiercić, ale mógł się również nie
powieść. Zbyt ryzykowne. Lepiej czekać, aż tamtych dwoje się odłączy.
Krążący w górze jastrząb wydał z siebie przenikliwy pisk, a kobieta wskazała go
podniesioną w górę ręką. Lekarz, który miał zginąć, przesunął się, jakby sam chciał się
Wystawić na strzał. Kiedy opadnie podniesiona ręka, pocisk znajdzie drogę do mózgu, który
już nigdy więcej nie obmyśli żadnego morderstwa. A przed jego właścicielem otworzą się
bramy do piekła, gdzie będzie się smażył bez końca.
Pielęgniarka opuściła rękę, ale dokładnie w tej samej chwili pod schodami prowadzącymi
do kliniki zatrzymała się długa, czarna limuzyna i całkowicie zasłoniła całą trójkę. Ze środka
wyskoczyli kierowca i jeszcze jeden mężczyzna, by ignorując trójkę personelu, uważnym
wzrokiem obrzucić teren wokół schodów. Po chwili otworzyły się drzwiczki limuzyny, z
której wysiadła kobieta, a za nią mężczyzna. Zamachowiec skierował na nich celownik.
Kobieta była młoda i piękna; miała bujne brązowe włosy i olśniewającą figurę. Skrytobójca
naprowadził celownik na jej piersi; miał obiektyw tak dobry, iż mógł dostrzec - a
przynajmniej tak mu się wydawało - zarys sutków. Teraz przyjrzał się jej towarzyszowi: po
pięćdziesiątce, z włosami bardzo szpakowatymi i brzuszkiem, którego zarysu nie był w stanie
ukryć drogi garnitur.
Dopiero po chwili dojrzał twarz. William Arthur Warren! Zamachowiec nie mógł
uwierzyć własnym oczom. Nieprawdopodobne! Nie mógł to być William Arthur Warren, a
jednak był! Multimilioner, nieprzejednany konserwatysta, główna postać ruchu Pro Life.
Widział go wiele razy w telewizji, gdy grzmiał na liberałów i obiecywał, że całe swe
bogactwo gotów jest poświęcić, aby ich zmiażdżyć. I teraz oto stary sukinsyn zjawia się pod
kobiecą kliniką z dziewczyną, która śmiało mogłaby być jego córką. Nie trzeba było
geniusza, żeby się zorientować, jaki był cel wizyty. Teraz w nitkach celownika pojawiła się
Zgłoś jeśli naruszono regulamin