Folsom Tina - Scanguards Vampires - Mortal Wish.pdf

(591 KB) Pobierz
SCANGUARDS VAMPIRES 0.5
MORTAL WISH
Tina Folsom
Nieoficjalne tłumaczenie dla:
TequilaTeam
Przekład:
bdomelek
Korekta:
Dizzyy, kaferek
ROZDZIAŁ 1
Na wyspie w Zatoce Meksykańskiej, grudzień 1991.
Jake obserwował człowieka, który cumował prom do przystani i
przystąpił do przełożenia trapu nad luką między dokiem a promem, mocno go
przymocował, zanim krzyknął do kapitana:
– Łódź zacumowana!
Kapitan skinął w odpowiedzi, po czym przeniósł wzrok na Jake’a.
– Miłego pobytu.
Jake przeszedł przez trap do doku. Był jedynym pasażerem na
wieczornym promie. Jak przypuszczał większość odwiedzających, zjawiając się
na tej niewielkiej wysepce – liczącej zaledwie tysiąc mieszkańców – robiła to
przybywając
wcześniejszym
promem.
Jednak
on
nie
miał
wyboru,
podróżowanie za dnia było dla niego niemożliwe.
– Pan Stone?!
Odwrócił głowę słysząc swoje nazwisko i zauważył tyczkowatego
dzieciaka, który nie mógł mieć więcej niż dwadzieścia lat, machającego do
niego spod kwatery kapitanatu portu. Rude włosy chłopaka były jak latarnia
morska pośród nocy, podobnie jak zapach, który od niego dobiegał: świeżej,
młodej krwi.
Na szczęście, Jake pożywił się wystarczająco przed opuszczeniem stałego
lądu. Nie chciał być przyłapany podczas polowania na tej małej wysepce.
Spakował również krew, którą ukradł z banku krwi w Nowym Jorku, gdzie
mieszkał przez ostatni rok. Tam, anonimowość była jego przyjacielem, w
przeciwieństwie do małych miasteczek, gdzie ludzie uważali na siebie i
interweniowali, kiedy tylko zobaczyli, że dzieje się coś dziwnego – jak na
przykład on ssący soczystą szyję jakiegoś człowieka.
– Jestem Jake Stone – zawołał, kiedy zbliżył się do chłopaka. Jego krew
pachniała czysto, intensywnie i może trochę za bardzo zachęcająco.
Kiedy zatrzymał się przed młodzikiem, trzymając niewielką torbę
podróżną w jednej ręce, dzieciak posłał mu szeroki uśmiech.
– Jestem Carl. Witamy na Wyspie Poszukiwaczy. Pani Adams mnie
wysłała. Zabiorę pana do Gospody Sunseekers.
Carl wykonał ruch w stronę torby, ale Jake nie wypuścił jej z rąk.
– Prowadź.
Chłopak wskazał na ulice, która biegła wzdłuż małego portu.
– Właśnie tutaj zaparkowałem.
Jake wygiął brew. Nie spodziewał się, że na tej mini wysepce dopuszcza
się jazdę samochodami.
– To znaczy gdzie?
Carl wskazał na biały pojazd, który stał przy krawężniku.
– Wózek golfowy? – mruknął Jake.
Na dodatek z gałązką jemioły
zwisającą z jego wstecznego lusterka? Chryste…
Chłopak pokiwał głową entuzjastycznie.
– Nie mamy na wyspie samochodów. Ale mogę używać jednego z
wózków golfowych, aby wozić po niej turystów. Mam na myśli, że w zasadzie
to on należy do mnie.
Jake uśmiechnął się z przymusem i podążył za nim. Świetnie: Carl był
gadułą. Jeszcze tego mu było trzeba. Gdyby miał wybór na pewno nie przybyłby
na taką małą wysepkę jak ta, gdzie wszyscy wiedzieli wszystko o wszystkich
Niestety takiego wyboru nie miał. To była jego ostatnia deska ratunku.
Kiedy Jake wsunął się na siedzenie pasażera i położył torbę miedzy
stopami, Carl uruchomił elektryczny silnik i ruszył ulicą biegnącą wzdłuż
wybrzeża. Domy i sklepy stały ciągiem przy tej osobliwej drodze i sprawiały, że
czuł się jakby właśnie wkraczał do Disneylandu. No cóż, dokładniej rzecz
ujmując do Disneylandu przystrojonego na święta Bożego Narodzenia,
ponieważ praktycznie każdy sklep i restauracja zostały ozdobione kolorowymi
światełkami, pośród których dominowały czerwone i zielone. A może ta wyspa
była, jak jego osobisty Disneyland, pełna fantazji i pragnień rzeczy, których nie
mógł mieć.
– Czy jest pan tu po … no wie pan? – kontynuował Carl.
Wiedząc, że chłopak odnosi się do gorących źródeł, o których mówiło się,
że posiadają magiczne właściwości, Jake nie udzielił bezpośredniej odpowiedzi.
Zamiast tego pozwolił, aby jego oczy powędrowały w stronę oceanu i
nieprzeniknionej ciemności poza wybrzeżem, zapytał:
– To … no wiesz co … to tak naprawdę nie działa, prawda?
Carl usiadł wyprostowany,
przekonanie.
– Oczywiście, że działa!
Potem zniżył głos i pochylił się teraz już szepcząc.
– Wychowałem się tutaj. Wszystko, co pan słyszał to prawda. Jeśli pan się
z niego napije, spełnią się pragnienia pańskiego serca.
jakby chcąc
zaprezentować
większe
Jake stłumił chęć, by zadrwić. Jeśli źródło naprawdę działało, to dlaczego
taki
młody człowiek jak Carl wciąż tu mieszkał, wykonując niewdzięczne
zadanie wożenia turystów po wyspie?
– Jasne, cokolwiek powiesz.
Może był po prostu cyniczny – kurwa, z drugiej strony jaki stu
czterdziestosiedmioletni wampir by nie był? A może po prostu przygotowywał
się na moment, kiedy odkryje, że magiczne źródło faktycznie nie posiada mocy,
aby spełniać jakiekolwiek pragnienia.
– Sam się pan przekona!
Przepowiedział Carl i zatrzymał wózek. Wskazał na duży wiktoriański
dom, który stał za białym płotem.
– I oto jesteśmy na miejscu.
Jake wyciągnął z kieszeni banknot pięciodolarowy i wręczył go
chłopakowi.
– Dzięki, Carl.
Młodzieniec uśmiechnął się szeroko, kiedy chował pieniądze do kieszeni.
– A gdyby potrzebował pan na wyspie jakiegoś środka transportu, będę
bardziej niż szczęśliwy, mogąc pana podwieźć.
Jake nie miał, co do tego wątpliwości. Był przekonany, że okazje do
zarobienia na wyspie pieniędzy nie zdarzały się często.
– Dam ci znać.
Wysiadł z wózka i z bagażem w ręku podszedł do drzwi wejściowych
domu.
Zgłoś jeśli naruszono regulamin