Dystherea.doc

(333 KB) Pobierz
Brunatne kałuże rozpryskiwały się na pokryte żwirem pobocze, gdy dziesiątki drobnych łapek centipoda z potężną prędkością przebierało po błotnistej jezdni

 



Dystherea


Zawartość

 

 

Część trzecia. Rytuał Skrwawionych Warg

Rozdział a. przeszłość

Rozdział b . teraźniejszość

Rozdział c. Przyszłość

Rozdział d. nicość

 

 

Część Pierwsza. Rytuał Otwarcia Oczu.              3

Rozdział pierwszy. Droga.              3

Rozdział drugi. Przybytek.              8

Rozdział trzeci. Szpital.              14

Rozdział czwarty. Dom.              20

Część Druga. Rytuał Obmycia Głowy              28

Rozdział piąty. Gniew              28

Rozdział szósty. Lęk              38

Rozdział siódmy. Nadzieja.              46


Część Pierwsza. Rytuał Otwarcia Oczu.

 

Rozdział pierwszy. Droga.

 

Brunatne kałuże rozpryskiwały się na pokryte żwirem pobocze, gdy dziesiątki drobnych łapek centipoda z potężną prędkością przebierały po błotnistej jezdni. Grube, czarne segmenty chitynowego pancerza zwierzęcia na przemian zsuwały się i rozsuwały, a mała główka, pokryta dziesiątkami wijących się czułek z niezwykłą zawziętością i zwinnością nachylała się ku kierunkowi jazdy. Wijące się wokół trasy giętkie, kleiste gałęzie triufów smagały z lekkim świstem ciało stworzenia, a wespół z pokrytym mrocznymi, gęstymi chmurami niebem tworzyły zaiste demoniczny krajobraz. Brakuje jedynie, by jeden z księżyców świecił dziś na czerwono, pomyślał Zahar, usiłując utrzymać kontrolę nad centipodem przy pomocy dwóch skórzastych manetek, wyrastających z grzbietu owadoida.

- Mówiłam ci, byś oddał go na przegląd do fachowca, ale nie... – z lekka tylko poirytowany głos małżonki rozbrzmiał za plecami ghula, przekrzykując nie tylko świst triufowych biczów, smagających zwierzaka oraz rytmiczne uderzenia w bęben, wydobywające się ze słuchawek ich jedenastoletniego syna, który nie rozmyślając o pogodzie skupiał się na najnowszej płycie Ghrakaksu Adughu.

- Tak, wiem… - Zahar przerwał dalszy wywód Eriahn machnięciem szponiastą dłonią – Jak tylko dojedziemy do miasta, zaprowadzę go albo na warsztat, albo od razu do rzeźni! – ostatnie słowa wypowiedział z warknięciem, jakby liczył na to, że ich dwunastoletni robak zrozumie mało dyskretną aluzję. – Nie wierzę, karmię go regularnie, czyszczę mu segmenty i nawet raz na miesiąc… Szlag! Jak prowadzisz, debilu!!! – Ghul spiął piętami centipoda, zmuszając go do ostrzegawczego pisku, kiedy z naprzeciwka wydreptał nagle karnohef, obryzgując ich falami brudnej wody. Eriahn położyła mu uspokajająco dłoń na szarym, chudym ramieniu.

- Nie oddamy biedaka na żer tylko dlatego, że źle chodzą mu przednie segmenty.

- To wyrzucę go na śmietnik, może sąsiedzi go zjedzą – Zahar powiedział to już z uśmiechem, udobruchany dotykiem żony. – A właśnie, mam pewną teorię, Jihset… Na tematy tej twojej łupaniny trollowej…

- Tak? Niesamowite, tato – malec, ściszając muzykę, powiedział to tak znużonym głosem, jakby relacjonował właśnie przebieg ostatniej rady miasta.

- Bo zobacz – Zahar wyraźnie zaczął nagle dobrze się bawić – Jakim prawem od kilkudziesięciu lat taka muzyka jak… no, jak się toto nazywa, co tam puszczasz?

- Truktrok.

- Bogowie, co za nazwa… No więc, zobacz, mamy wciąż ten sam łomot, walenie w bęben i od czasu do czasu porykiwania spoconych i podnieconych trolli, o których – tu uniósł palec w znaczącym geście, który Eriahn skwitowała lekko drwiącym uśmieszkiem – można powiedzieć wiele, ale nie to, że osiągnęli stopień cywilizacji choćby naszego centipoda.

- To rasizm, tato.

- Rasizm byłby, gdybym kazał wytrzebić trolle tylko z tego powodu, że wciąż nie odróżniają strzelby od widelca, co nawiasem mówiąc powoduje czasami całkiem zabawne wypadki… W każdym razie – Zahar skręcił gwałtownie centipodem, gdy świeżo remontowana droga zwęziła się niespodziewanie. – Pieprzone roboty drogowe, płacimy tym cholernym wampirom więcej niż są w stanie przeżreć i nawet tego nie potrafią…

- Tak, wiemy to wszyscy, tato, wampiry chcą naszej zagłady… - znużenie Jihseta osiągało właśnie apogeum.

- Bo tak jest – Zahar nie odwracał się celowo, by uniknąć deprymującego spojrzenia małżonki – Ale wasze pokolenie, wychowane na Fooloonie, tym cholernym kurduplu, wypisującym te swoje pier…

- Trolle, kochanie – Eriahn lekkim naciskiem karmazynowych szponów przypomniała mężowi o zakazie nadmiernego przeklinania przy dziecku, zwłaszcza w kontekście znienawidzonego przez Zahara redaktora naczelnego Jedynej Prawdy, przy którym językowa powściągliwość ghula regularnie znajdowała sobie wolny wieczór.

- No więc trolle – Zahar niechętnie przerwał wylewanie pomyj na Fooloona. – Ale właściwie ten mały gnom mi się przyda do uwiarygodnienia mojej teorii. – No więc trolle, reprezentujące ewolucyjny poziom mydelniczki, nagle zaczynają się podobać młodym ludziom i to dziwnym przypadkiem wtedy, kiedy staje się niemodny antytrollizm, a zaczyna wchodzić na scenę antygnomizm.

- Tak, tato, wiemy, że nie trawisz gnomów… - Jihset pieczołowicie oglądał grzbiet swojej dłoni.

- Zrozumiesz to, synu, gdy wyłączysz Prawdę, a włączysz własne szare komórki… Bogowie, czasami mam wrażenie, że wampiry celowo zamieniły nam stare, dobre cmentarne żarcie na te gówno… przepraszam, kochanie, na to ścierwo z dyskontów, żeby przestały nam działać mózgi… Już, już, dochodzę do celu, skarbie… - Zahar zwolnił lekko owadoida, kiedy kolejne koleiny na drogach jeszcze bardziej utrudniły płynną jazdę po wyboistych drogach, z których słynęła niechlubnie cała Dystherea. – No więc, ponieważ nikt o zdrowych zmysłach nie byłby w stanie słuchać tego bezustannego walenia w bęben i mruczenia dwutonowego trolla o bezustannym waleniu, nie wspominając o wydaniu dowolnej płyty…

- Niech zgadnę – mruknął pod nosem mały ghul. – Pomogły im w tym gnomy.

- Ha! Moja krew! – Zahar był wyraźnie ucieszony. – Oczywiście synu, trolle przyszły do gnomów, które jak pewnie wiesz, mają we władaniu większość firm fonograficznych i powiedziały coś w stylu: „E, gnomy, ukradliście nam broń w postaci rasizmu, nikt nie chce bronić trolla, zaraz dostaniecie wpierdol”… Au! Przepraszam, skarbie, wyrwało mi się…

- Znam już te słowa, mamo – Jihset parsknął cicho. – Co dalej, o wszechwiedzący?

- Nie kpij z ojca, bo dostaniesz w ucho – mruknął ghul z nieskrywanym rozbawieniem. – No więc przychodzą trolle, bla, bla, bla… A gnomy, te małe dranie, mówią tak: „No dobra, to skoro tak, to możemy dokonać małego układu”. Jak bowiem wiesz, synu – Zahar podniósł szponiasty palec w górę, krople coraz cięższego deszczu odbiły się od czarnej łuski – jeśli ma gdzieś być jakiś układ, to na sto procent stworzył go gnom. No, więc gnomy mówią tak: „My przejmujemy rasizm, wykorzystując go jako broń, bo mamy ważniejsze interesy i nie pozwolimy, by nam się wpieprzali w paradę jakieś gamonie. W zamian za to, możecie w pełni przejąć branżę rozrywki, zapewnimy wam pełen udział w… dajmy na to branży muzycznej”. No a taki troll, tępy jak zjełczałe masło, z radości bierze co może brać. Bo wyjaśnij mi, synu, jak to jest możliwe, że to się może podobać? Każdy cholerny przebój lata jest okraszony walącym w bęben trollem. Jak to możliwe, że się jeszcze toto nie znudziło?

- Gnomy.

- No pewnie, że gnomy!

- Gnomy…

Zahar zwolnił nieco centipoda, kiedy zbliżyli się do bardziej ruchliwej części drogi. Powrót z rodzinnego wojażu do odległych bagien Sterthoru był, jak zwykle usiany przeszkodami i tłokiem na fatalnych dystherejskich drogach – w mniemaniu rozsierdzonego ghula będącymi efektem fatalnego wprost zarządzania krajem przez bandę nieudaczników, marionetek skrytych od kilkudziesięciu lat w cieniu wampirów z Hassadei, sąsiadującego z Dysthereą mocarstwa.

- No – podjął, kiedy zobaczył, że sytuacja na drodze uspokoiła się na tyle, żeby móc kontynuować tyradę bez powodowania niebezpiecznych sytuacji. – Tak więc, jak już powiedziałem, od tamtej pory trolle mają uprzywilejowane miejsce w świecie… nazwijmy to, muzyki… tylko i wyłącznie jako rekompensatę za utratę prawa do wykorzystania rasizmu jako broni na rzecz gnomów.

- Jasne – mruknął syn. – Nie ma dla ciebie znaczenia, że Briette Gherliesten uznała najnowszą odsłonę twórczości Ghhhurr jako… - młody ghul pogrzebał chwilę w pamięci, kiedy cytował, brzmiało to jak wyuczony fragment szkolnego wiersza – „najnowszy awangardowy i alternatywny model transcendentnej, kosmopolitycznej i postmoderalnej sztuki par excellence, łączącej swoją transgenetyczną i dyskursywną paradygmatycznie signifant do tej pory odrębne i dyferencjalne światy fheette oraz djennbe, co nie może pozostać niezauważone dla tout couture transsubiekywnego world music”. Co ty na to, tatku? – zakończył, jednocześnie dumny z siebie i wyraźnie wyczerpany.

Zahar wyhamował nieco centipoda, gdy tylko ujrzał w oddali znajome ruiny nieodnawialnych od czasów transformacji zamków sędziwych strzyg, których prawie stuletnia wampirza dominacja zepchnęła w nicość, a kolejne pokolenia, wychowywanych na sztucznej papce zamiast mózgów, niewolniczych ghuli uśmierciła niemal całkowicie. Porastające mchem, sypiące się i niszczejące zamki kłuły niebo strzelistymi iglicami, od których co rusz odpadały kolejne elementy, jakby na znak oskarżenia tego równie powoli zdychającego kraju. Zdychającego, nie umierającego, gdyż kolejne pokolenia ghuli, którym koalicja nieludzkich, krwiopijczych wampirów oraz zawziętych i egoistycznych krasnoludów skutecznie zniekształciła światopogląd i osłabiła wolę, zostały sprowadzone do roli podległych, warczących zwierząt.

Koalicja Jedność i Braterstwo (jakby, na bogów!, mogła istnieć braterska więź między nieumarłymi potworami drzemiącymi w trumnach a powolnymi, zawziętymi i do cna pragnącymi potęgi i bogactwa krasnoludami) w oczach Zahara powstała głównie po to, by mały, nieznaczący od kolejnych dekad kraik o dźwięcznej nazwie Dystherea – jego dom – skundlić do granic możliwości. Ot, mózgi, chociażby, odwieczny pokarm ghuli, od wieków wykopywane z grobów krewnych, będące wyrazem szacunku dla zmarłych oraz samej Natury i przykazań pierwotnego boga – pożeracza, Wielkiego Ubyra. Od wieków kolejne ghule pożerały mózgi swoich krewnych, aż nagle Koalicja doszła do wniosku, że jest to obrzydliwe i przeciw kulturze oświeconych ras. Naukowcy krasnoludzcy, świadomi ewentualnego oporu ze strony Dystherei wystarali się nawet o specjalny zamiennik, który za grosze można było dostać w sklepie. Tanie ścierwo w oczach starszego pokolenia, opakowane w różowe, błyszczące folie, podświetlane specjalnymi lampami miały tyle wspólnego z tradycyjnymi mózgami co z elfickimi tancerkami erotycznymi, ale młodzież chwytała je bez najmniejszego oporu. Cmentarze są dla staruchów, mawiali, faszerując się tanim, nędznym świństwem.

Starsze ghule, jak Zahar, patrzyły na to ze zgrozą, kiedy kolejne pokolenia pauperyzowały się na owej sztucznej mazi, a kolejne cmentarze były zamykane przed pamiętliwymi mieszkańcami Dystherei. Jedynie takie psubraty, jak Fooloon, bogato opłacane przez wampiry, z radością szczekały o zaletach nowego, kosmopolitycznego życia, do którego bezwzględnie należało wepchnąć wszystkich starych, zacofanych dziadów, nie pytając ich zresztą o zdanie. Wspomnienie o swojej Nemezis spowodowało, że Zahar spiął pazurami stóp delikatne, śliskie mięso między segmentami centipoda. Zwierz zawył cichutko, ale nie przerwał dreptania.    

- Wybacz, synu, zamyśliłem się – wychrypiał, wciąż obserwując błotnistą drogę. – Zdaje się, że cytowałeś mi właśnie… wcale dokładnie, szkoda, że nie przykładasz się tak do historii, jak do propagandy… tę małą, paskudną zdzirę, która w ramach protestu stwierdziła, że w ogóle nie będzie jeść zwłok i… popraw mnie, jeżeli się mylę… przechodzi na sztucznie hodowane organy wraz ze swoją partnerką życiową, której jedyny sukces artystyczny polegał na… wybacz, kochanie… obsraniu sobie gęby własnym kałem podczas wielkiego performance na ostatnim festiwalu Sztuki Współczesnej – żółta flegma strzyknęła ostentacyjnie na glebę spomiędzy kłów Zahara, kiedy wymawiał ostatnie słowa.

- Rozumiem, że musisz sobie poprzeklinać, ale mógłbyś chociaż nie pluć – mruknęła Eriahn, wyraźnie znudzona rozmową swoich mężczyzn. – Przecież każdy może uznawać za sztukę co mu się żywnie podoba, nieprawdaż?

- Ale tylko, kiedy sam o tym pomyśli, a nie pozwoli, by decydował o tym jakiś… Kurwa mać!!!

Ryk gharaksa, monstrualnego serpentoida długości co najmniej kilku metrów, o potężnych kleszczach i sześciu parach masywnych kończyn rozbrzmiał nagle z naprzeciwka, kompletnie ogłuszając pasażerów. Nawał błota chlusnął prosto w twarz ghula, kiedy olbrzymi robak wypadł z nieprzepisową prędkością zza zakrętu i uderzył całą swoją masą w niespodziewającego się niczego centipoda. Uderzenie było tak silne, że cała rodzina odleciała niczym kukiełki do tyłu, bezwładnie wymachując długimi, bladymi kończynami. Nieprzyjemne plaśnięcie, efekt miażdżonej głowy centipoda było ostatnim dźwiękiem, jaki usłyszał Zahar, gdy siła odrzutu kierowała go z niezwykłą prędkością w kierunku zarośniętego pobocza. Ostatnim zaś widokiem, który zapamiętał, było ucho swojej małżonki, ostro zakończone i ozdobione barwnymi muszelkami, które kupił jej kilka godzin wcześniej w Sterthorze.

Wielki Ubyrze, co za piękne ucho, zdążył jeszcze pomyśleć, nim zapadła ciemność.

 

Rozdział drugi. Przybytek.

 

Stara, korpulentna ogrzyca przywitała z dobrze wypracowanym latami doświadczeń uśmiechem ponurego mężczyznę, który bez słowa wręczył jej zwitek banknotów. Przysadzisty przybysz, zerkając spode łba na rozstawionych pod ścianą wykidajłów, pozwolił wziąć swój siwy, znoszony płaszcz wyszczerzonej burdelmamie, zachowującej się niczym oniemiała służąca w domu wampirycznego jaśniepaństwa. Zarówno dla gościa przybytku, jak i jego właścicielki były to drobne elementy wciąż na nowo odgrywanej gry, pozorów normalności w samym jądrze szaleństwa i deprawacji. Kwintesencji savoir-vivre’u w miejscu, gdzie wynaturzone perwersje łączyły się z mafijnymi zagrywkami. Kurtuazji w rynsztoku. Równie dobrze ogrzyca mogła zaproponować partyjkę szachów, symultanicznie rozgrywanych z masywnymi ochroniarzami.

Drobnej budowy uliczny mag, do tej pory dyskretnie schowany w zacienionej wnęce, skinął okoloną kędzierzawą czupryną głową stałemu bywalcowi i rutynowo wykonał kilka skomplikowanych gestów, próbując wykryć ewentualne zagrożenie, którego źródłem mógł być klient „madame Fernieur”, jak lubiła być nazywana burdelmama (bogowie!, pomyślał mężczyzna, ogrzyca!). Jak zwykle próby zbadania magicznego pola przybysza wykazały brak zagrożenia. Mężczyzna ukrył uśmiech pod siwiejącą brodą. Tuomas był tak przećpany błękitnym lotosem, że nie wykryłby magii nawet gdyby stado feniksów narobiło mu na głowę gorejącym guano. Szczęśliwie dla niego i całego przybytku, ratownik policyjny Seegarv Mertenhaat przybył tu nie na interwencję bądź dla interesów lecz w celu, rzec można, rudymentarnym dla domu publicznego.

- Mamy nowe nimfy – zalotnie łopocząc rzęsami zahuczała madame (co, nawiasem mówiąc, mogło być podniecające tylko dla kogoś jej gatunku, czyli półtonowej góry mięsa i pożółkłych kłów). – Może życzy sobie szanowny?

Mertenhaat uśmiechnął się ponownie, ale ten gest nie został zauważony przez właścicielkę. Ów grymas zniknął bowiem, podobnie jak poprzedni, w gęstwinie brody, oczy barwy bursztynu zaś nie zdradzały żadnych emocji. Możliwość wzięcia nimfy do alkowy wydała mu się jednak wielce kusząca, choćby ze względów psychologicznych. Korzystał z burdeli regularnie, jako że przedstawiciele jego gatunku rzadko mieli możliwość zdobycia stałego partnera, a jako osobnik obdarzony dość wrażliwym sercem zawsze miał wyrzuty sumienia, widząc przemęczone twarze zwykłych prostytutek.

Co innego nimfy. Dziwnym zrządzeniem losu i ewolucji przedstawicielki tego gatunku słynęły wręcz z niespożytej energii seksualnej. Znajomy mag wytłumaczył to kiedyś Mertenhaatowi. Otóż, nie istniał męski odpowiednik nimfy, a wszelkie potomstwo było płci żeńskiej, które to zresztą posiadać mogły z przedstawicielem dowolnego gatunku, nawet ze smokiem. Silne pole magiczne, tłumaczył mag, dodając, że szansa zajścia w ciąże u nimfy jest z tego powodu tak nikła, że wykorzystują one każdą możliwą okazję do rozmnażania. Ich niezwykle rozwinięty popęd, brzmiała konkluzja, był zatem efektem splotu ewolucji, ingerencji magicznej i prawdopodobnie – gdyby bogowie istnieli – jakiegoś niebiańskiego, chorego poczucia humoru. Bez względu jednak na genezę zjawiska, każda nimfa miała olbrzymie wzięcie w burdelach, co zresztą skwapliwie popierało państwo, pobierając od nich wyższy podatek krwawicy.

Nienasycone gnoje, myślał ratownik, gramoląc się po schodach i łypiąc ponuro na karmazynową tapetę w kiczowate wzorki, oblepiającą wilgotne mury kamienicy. Same domy publiczne per se były w Dystherei surowo zakazane, opieka medyczna w takiż porównywalna jedynie z bezpieczeństwem klienta i moralnością ich sutenerów… to znaczy, byłyby porównywalne, gdyby istniały takie domy, naturalnie… które przecież nie są absolutnie rozstawione po całej połaci kraju niemal co kilkaset metrów, skądże… Fałszywa walka z moralnością, a w rzeczywistości kolejne tworzenie narodu drobnych cwaniaczków i małych przestępców, nie przeszkadzało rządowi pobierania kolosalnych podatków od samych prostytutek i ich alfonsów. Tłumaczenie wydzierania im kolejnych części nikłej wypłaty zmieniało się średnio co kwartał, ale za każdym razem miało komiczną bądź groteskową formę. Tym razem bodaj był to „podatek od zużywania wspólnotowego pola energii rozrodczej”, które według jakiś suto opłacanych przez mera Dystherei pseudonaukowców (co do jednego gnomy, zauważył Mertenhaat) istniało naprawdę i kurczyło się poprzez nadprogramowy seks z wieloma partnerami. Kretyńskie, niczym ciągłe zapewnianie, że rząd Dystherei nie pozostaje pod skrytą władzą wampirów, ale wychowywani przez kolejne pokolenia na niewolników mieszkańcy tego najsmutniejszego kraju na globie nie zaprotestowali. Za głośno.

Mertenhaat zapalił papierosa przed wejściem do niepozornego pokoiku, który wskazała mu madame. Biedni dysthereańczycy owszem, od czasu do czasu narzekali na rząd, zwłaszcza przy bimbrze, który – trzeba przyznać – pędzili znakomity, ale od kiedy przezorne i bezwzględne wampiry wypleniły co do nogi ostatnich przedstawicieli strzyg, pozostali przedstawiciele ghuli, zombich i nielicznych banshee tułali się po tym ponurym kraju, żywiąc się sztucznie produkowaną padliną i co miesiąc oddając wampirom coraz większe dawki krwi. Co więcej, ponuro uśmiechnął się do swoich myśli ratownik, dzięki potężnym mediom napędzanym przez Fooloona i jego pretorian, spora część nieumarłych była przekonana, że to najlepsze co ich mogło spotkać.

Kiedy Seegarv Mertenhaat przestąpił próg niewielkiego pokoju na poddaszu, ujrzał jedynie skromne, drewniane łóżko, powleczone brudną, skotłowaną pościelą i niecierpliwiącą się w nim nimfą. Wijąca się prostytutka wyglądała jak typowa przedstawicielka swojego gatunku – mikre, filigranowe ciałko zwieńczone kształtną głową i bujną grzywą płowych włosów, spod których wyzierały olbrzymie, szkliste oczy. Przypominała elfa, jednak zamiast nienaturalnej gracji ruchów Starszej Rasy, jej przypominały zachowanie wystraszonego szczura. Drgała i wiła się jednocześnie niczym ofiara potwornego ataku epilepsji, ale dla doświadczonego obserwatora było jasne, że jest to jedynie immanentna cecha tych dziwnych, nienasyconych istotek.

Ratownik medyczny podszedł powoli do nimfy, która ujrzawszy go zaczęła wykazywać wielkie zainteresowanie, błyskawicznie dopadając jego ciała i próbując pozbawić go dzielącej ich warstwy tekstyliów. Mertenhaat z uznaniem ocenił jej fizyczne walory, lecz zanim ta zdążyła zająć się w pełni jego osobą, zdecydowanym ale delikatnym ruchem dłoni schwycił ją za trójkątną twarzyczkę. Olbrzymie tęczówki błysnęły szmaragdowym światłem z przestrachem, a z jej drobnych ust dobył się strumień świergolących dźwięków w języku, który Seegarv znał dość słabo. Szybko przyłożył gruby paluch do własnych warg i spróbował przyjąć minę będącą ucieleśnieniem dobrych zamiarów.

- Chcę tylko powiedzieć – zahuczał Mertenhaat, wolną dłonią głaszcząc nimfę po gładkich włosach że… dla twojego własnego dobra powinnaś wiedzieć, że… nie wolno nam… to znaczy, mnie nie wolno skończyć… eee…

Podrapał się po szpakowatej głowie. Nie był zbyt dobry w przemawianiu, zwłaszcza w posługiwaniu się erotycznym językiem, który w jego mniemaniu brzmiał co najmniej śmiesznie. O ile zresztą mógł, próbował załatwiać wszystko bez mielenia językiem, było to zresztą zachowanie typowe dla jego gatunku. Uznał, że najlepiej zatem zrobi, kiedy wyjawi jej swoją tajemnicę i tym samym wyjawi jej, dlaczego spełnienie w czekającym ich stosunku nie będzie możliwe.

- Desserett’te’siit - zaświergotała nimfa, wymawiając nazwę jego gatunku w swoim języku. Było to jedno z nielicznych słów, którego znaczenia policjant nauczył się niemal w każdej sferze leksykalnej.

Żywiołak.

Dzięki temu, wiedział też, jakie pytanie padnie następne. Od razu pokręcił głową.

- Nie jestem najadą ani ifrytem, możesz być spokojna – Mertenhaat mówił powoli, wierząc, że dziewczyna go rozumie. Nimfy nie były w powszechnej opinii wyjątkowo bystrymi stworzeniami, ale nawet ona powinna mieć świadomość, że ani żywiołaka wody, ani tym bardziej ognia nie wpuszczono by do burdelu, jako że w chwili nadmiernej ekscytacji miały skłonność do nadmiernej eskalacji swoich zdolności. Powiedzmy tylko tyle, że większość prostytutek po seksie z ifrytem nabierało nowej wiedzy o zwrocie „rozpalić kogoś do czerwoności”. Na nieszczęście dla takiej kochanki, owa wiedza nie służyła jej zbyt długo. Wszelkie burdele zatem mocno dbały o to, by tak zwane elementu, „czyste żywiołaki”, nie przekraczały progu zamtuzów.

Z drugiej strony, biorąc stan Tuomasa, pomyślał Mertenhaat, dzisiejszej nocy mógłby się z tą biedną dziewczyną zabawiać nawet nosferatu. W duchu postanowił, że po dzisiejszej nocy poważnie porozmawia z młodym ćpunem. W ciele natomiast postanowił nie dokonywać żadnych ingerencji, oddając je całkowicie we władanie doświadczonej nimfy. Z prawdziwą przyjemnością wyciągnął się na twardym łożu, ...

Zgłoś jeśli naruszono regulamin