Warszewski Roman - Inicjacja.doc

(277 KB) Pobierz

Aby rozpocząć lekturę kliknij na taki przycisk

który da ci pełny dostęp do spisu treści książki.

Jeśli chcesz połączyć się z Portem Wydawniczym

literatura.net.pl

kliknij na logo poniżej.

^jiflu IB o r < w ril a w n I c z y

@literaturaf

KLIKNIJ TUTAJ

ROMAN WARSZEWSKI

INICJACJA

2

Tower Press 2000

COPYRIGHT BY TOWER PRESS, GDAŃSK 2000

3

INICJACJA

4

Jesteśmy młodzi. Mamy ogorzałe twarze i jasne oczy. Nikt z nas nie ma więcej niż 25 lat. Nosimy kolorowe stroje. Na szyjach wielu widać sznury barwnych koralików. Podróżujemy w butach na bardzo grubej podeszwie. Na ramionach mamy garby pękatych plecaków. Przed chwilą jeszcze się nie znaliśmy. Spotykamy się w hali luksemburskiego lotniska, a każdy z nas udaje się w inną stronę. Teraz do odlotu pozostało kilka godzin. Lecz i one należą do ry­tuału, który rozpoczął się wiele dni wcześniej, gdy każdy z nas podejmował tę decyzję.

Raija mówi językiem, w którym jest czternaście przypadków. Judith kiwa głową, nie chce wierzyć; w jej mowie ojczystej doliczyć się można tylko dwóch. Baulu nie zna w ogóle liczby mnogiej - w narzeczu jego plemienia wszystko jest niepowtarzalne; wszystko zawsze liczyć trzeba od nowa. Ja też mam się czym pochwalić: chrząszcz, który brzmi w trzcinie, nawet po wielokrotnie powtarzanych próbach nikomu nie chce pomieścić się w krtani. Jedyne, co nas łączy - to nasz wiek. To, że należymy do pokolenia, dla którego nikt jeszcze nie zdołał ukuć imienia.

Wśród ludów prymitywnych w momencie wkraczania w dorosłe życie młody człowiek, który chciał zyskać nowe imię, był poddawany szeregowi egzaminów i prób. Jedni szukali samotności w górach. Drudzy, zamieszkując przez dłuższy czas opuszczone pieczary, żywili się tylko ziołami i łodygami różnych gatunków roślin. Jeszcze inni podążali w głąb dzikich lasów, by szukać tam kontaktu ze światem nadprzyrodzonym i jego siłami. Znad tej krawędzi albo nie powracano już w ogóle, albo wracał nowo uformowany człowiek potrafiący czerpać siłę ze świadomości, iż stoczył walkę o najwyższą stawkę: o siebie samego i swoje życie.

My wybraliśmy inny sposób, choć także ma to być nasza inicjacja. Nie będziemy pościć w odosobnionych pustelniach. Nie będziemy co rano skakać do lodowato-zimnych strumieni. Postanowiliśmy - każdy na swój sposób, każdy w innym momencie ziemskiego globu - że w chwili przekroczenia bariery dorosłości ruszymy w świat. Unikać będziemy przetartych dróg. Szukać będziemy obrzeża rzeczywistości, owej krawędzi. Będziemy wędrować szlakiem wśród pyłu i strug deszczu. Będziemy uczyć się świata, szukając jednocześnie drogi ku sobie samemu. Starać się będziemy dotrzeć do miejsc z naszych marzeń i snów, chcąc pokonać Ocean Niemożliwego.

5

DZIEŃ WIELKIEJ OSTRYGI

6

Opowieść tę rozpoczynam od końca:

Od dziesięciu lat w kraju tym trwa stan wyjątkowy. Teraz ta wyjątkowość lada dzień osią­gnie punkt kulminacyjny. Napięcie wzrasta z godziny na godzinę. Ludzie chodzą po ulicach spłoszeni. Uzbrojone po zęby patrole wojskowe prowadzą psy na długich smyczach. Są one wszędzie. Jest ich coraz więcej. Szukają bomb, szukają kandydatów do więzień. Do piątku - jak twierdzi Diego - w stolicy ma zostać zgromadzone 18 tysięcy wojska.

To Santiago de Chile, schyłek tutejszej jesieni. Jest rok 1983, za kilkanaście tygodni rządy Pinocheta chcą święcić swe dziesiąte urodziny. Końca dobiega trzeci miesiąc mojej podróży. Jestem w trzy czwarte drogi do celu. Celu? Kolumbia, Peru, Boliwia. Cel pojawił się sam: codziennie mijam na skwerze w centrum Santiago kamienny posąg siedmiometrowej wyso­kości. To make-make - bazaltowa głowa z Wyspy Wielkanocnej. Przywieziono ją stamtąd, dokąd się właśnie wybieram.

Pierwszy projekt tej eskapady powstał w roku 1977. Pojechać, zobaczyć, czy w ogóle ist­nieje, przekonać się na własne oczy. Szybko jednak okazało się, że nic z tego, że nierealne; jeszcze szybciej projekt został zapomniany. Teraz - po siedmiu latach - myślę: „A jednak! Jestem. Jestem już tu". Lecz od tamtej Wyspy dzieli mnie jeszcze 3500 kilometrów.

Do niedawna wszystko było jeszcze stosunkowo proste. Teraz coraz bardziej zdaję sobie sprawę, iż nie tak łatwo będzie mi się stąd wyrwać. Wszystkiemu winien ten niepokój; twarze mijanych na ulicy ludzi. Nie, rzecz wcale nie w tym, że stalowy pierścień wokół miasta zaci­ska się coraz bardziej. Lotnisko na pewno nie zawiesi lotów. Lecz ja mam tu coraz więcej przyjaciół. Po prostu nie wiem, czy wyjechać stąd będzie mi wolno.

Najpierw niczego nie zauważyłem. Ulice były spokojne. Dla mnie - obcego, człowieka z zewnątrz. Było tak do chwili, gdy w biały dzień na jednym z największych placów miasta zginął student Jose Gonzales. Zastrzelony został przez wojskowy patrol. Najprawdopodobniej przez pomyłkę, bo do dziś nikt nie wie dlaczego.

Choć salwa była krótka, policja zaraz była na miejscu. Błyskała fleszem, mierzyła, ze zdziwieniem potrząsała głowami. Odganiała ludzi, którzy ściągali na widok świeżej krwi. Tłum gęstniał i rośli mężczyźni w mundurach musieli służyć za słupki i barierki, twarde, umięśnione ich ramiona - za zaporowe żerdzie. W chwilę potem lekarze wyskoczyli z trzech samochodów pędzących na sygnale. Przestrzelone były płuca, na sztuczne oddychanie było za późno. Podstawili nosze. Zmasakrowane ciało zbierali pewnymi ruchami, metodycznie, jakby zamiatali bardzo dużą kuchnię.

W dniu pogrzebu Jose Gonzalesa, na cmentarzu, na wiązankach kwiatów od kolegów z uczelni przeczytałem napis: „Temu, który zginął niepotrzebnie". Podniosłą atmosferę uroczy­stości zakłócali tylko dziennikarze. Chodzili między ludźmi i zadawali denerwujące pytania: „To tylko agenci" - usłyszałem zza pleców. Prasa drukowała zdjęcia: zamknięte oczy, zaci­śnięte usta i pięści. Były pewnie i łzy, lecz pochłonęła je faktura gazetowego papieru.

Z cmentarza nie wracam już sam. Idzie za mną Diego.

Diego mieszka w dzielnicy, w której nie ma prądu. Nasze rozmowy odbywają się przy świecach. Jest reżyserem, lecz nie pracuje w teatrze. Dla niego sceną jest całe miasto. Jedy­nymi meblami w jego mieszkaniu są książki. Zalegają w stosach aż po sufit. Wśród nich toczy się opowieść:

7

O więźniu, któremu sugerowano, że w jego więzieniu zawsze zabijano w czasie próby ucieczki, i któremu później dawano do zrozumienia, że jest wolny, aby przez całą wieczność odczuwał wątpliwość, czy słuszny jest strach, który nie pozwala mu się ruszyć, przejść przez zawsze otwarte drzwi. O więźniu, któremu pozwolono dokonać wyboru między natychmia­stową śmiercią w strasznych męczarniach, a śmiercią rozłożoną na lata, zadawaną za pomocą bezbolesnych, coraz bardziej idących amputacji. O więźniu skazanym na wiele lat, który są­dził, że zdaje sobie sprawę z powolnego upływu dni dzięki odległemu blaskowi w końcu ko­rytarza, i nie wiedział, że sztuczny blask trwał tydzień, aby ustąpić miejsca równie sztucznej całotygodniowej ciemności...

To tylko poszczególne sceny. Cały spektakl nazywa się „Czy pan nas słyszy, panie Pino- chet?" Wystawiony ma być już wkrótce na bruku, na ulicach, na największym w mieście uniwersytecie. W trakcie kolejnego dnia protestu narodowego. W dniu, gdy niepokój osiągnąć ma kulminację. Ludzie wyjdą na ulice, łyżkami uderzać będą w dna pustych garnków. Będą ich dwa miliony. Blaszanym hukiem zagłuszą dudnienie silników nadlatujących helikopterów i salwy oddawane w tłum.

Im bliżej tej daty, tym Diego ma mniej czasu. Wolne pozostają tylko wieczory. Mimo to spotykamy się coraz częściej. Na ulicach przybywa psów na kagańcach i kilkuosobowych patroli.

Opowiadam mu o sobie. Opowiem o Dniu Wielkiej Ostrygi, w którym na odległą Wyspę przybył przed wiekami tajemniczy żeglarz ze wschodu. O wydarzeniu, o którym można prze­czytać na drewnianych tabliczkach pokrytych znakami rytymi zębami rekina. O nazwie, która od tamtych czasów się zachowała i dziś oznacza po prostu chwilę, w której dzieje się coś na­prawdę ważnego. Opowiadam o swojej wielkiej przygodzie - o tajemniczym piśmie z Wyspy, której nie znam, na której nigdy nie byłem; o piśmie z Wyspy, od której teraz oddalony już jestem tylko o krok. O piśmie, które - krok po kroku, latami - uczyłem się wytrwale czytać. On zapal się do mojego pomysłu, mówi: „Musisz jechać, koniecznie, to już przecież tak bli­sko". A ja mam nadal wątpliwości: Chciałbym wiedzieć, co będzie się dziać tu, w mieście, w dniu kulminacji. Chciałbym móc wziąć w tym udział. Czy to nie będzie ucieczka?

Mówi: „Czy masz pewność, że kiedyś jeszcze tu wrócisz?"

Przekonał. Ostatnie kilkadziesiąt godzin. Santiago przygotowuje się do trzeciego dnia protestu narodowego, ja - przygotowuję się do odlotu. Diego się cieszy. Ostrzega przed dro­żyzną na Wyspie, przed insektami, pomaga zacisnąć rzemyki plecaka. Każdy z nas będzie miał inny Dzień Wielkiej Ostrygi, mówi. A na lotnisku raz jeszcze chce się upewnić:

- Powiedz, czy ty naprawdę umiesz czytać znaki tego przedziwnego pisma?

Człowiek z dzidą.

Obok ryba.

Ma ogon, dwie płetwy. Wygląda jak żywa.

Krzyżyk, dwa kółka. Dookoła jakby promienie.

Koniec wersetu. Koniec zdania?

Pismo jest stare. Ma 1500 lat. W przestrzeni równie odległe: powstało dokładnie po prze­ciwnej stronie globusa. Właśnie t a m - na Wyspie Wielkanocnej. Pismo jest nie odczytane, przez to fascynujące. Nie wiadomo, kim byli jego twórcy. I dlatego przerysowuję znaki z drewnianych tabliczek na papier: chcę je odczytać.

Jest rok 1972. Wszak ostrzegałem: Santiago - to koniec. Ledwie kilkanaście tygodni temu. Teraz, w poszukiwaniu początku, cofnąć należy się w czasie:

Dwadzieścia tysięcy znaków należy rozmieścić w równych kwadracikach. W krateczkach o boku piętnastu milimetrów. Centymetr za centymetrem. Tabliczka za tabliczką. W sumie - pięć lat: rok za rokiem. Ze szkłem powiększającym nad fotokopią.

8

Każdy kwadracik należy zaopatrzyć w numer. Razem dwadzieścia tysięcy numerów. Żeby łatwiej je było odnaleźć. Warianty znaków, ich mutacje. Nieraz tylko jeden palec więcej. Al­bo bez ucha. Po czterdzieści, pięćdziesiąt odmian.

W rogu karteczki starannie zatemperowanym ołówkiem należy zapisać domniemane po­krewieństwo. Znów - dwadzieścia tysięcy razy. I grupę. Właśnie - bo są jeszcze grupy. Sześć grup. Kiedyś było ich trzynaście. Na przykład motywy antropomorficzne albo geometryczne. Motywy łączne.

Przesypuję te znaki przez sito systematyki. Wiem, że należy właśnie tak postępować. Prze­czytałem o tym w książkach. W książkach, które nie tak łatwo znaleźć, w takich, co trzeba sprowadzać przez pół Polski albo z zagranicy. Przesypuję, segreguję - odstawiam czarną ro­botę rzemieślnika od starożytnego pism. Tak robili wszyscy ci, którzy zmagali się z tym pi­smem, ci, którzy kiedykolwiek chcieli odczytać jakiekolwiek nieznane pismo. Jaussen, Kno- rozow, Butinow, Barthel, de la Rocca. Muszę więc tak robić i ja.

Tę systematykę stworzyłem sam, gdy byłem jeszcze uczniem siódmej klasy szkoły pod­stawowej. W przerwach między palcówkami i gamą molową - chodzę wtedy bowiem do szkoły muzycznej. Miałem wtedy trzynaście lat. Przez tę systematykę nie zdążyłem zbyt dłu­go pograć w piłkę; a szkoda - bo koledzy twierdzili, że rokuję nadzieje na bramce.

I tak już kilka lat. Przybywa kart w katalogu. Ile kart? Ile lat? Rysuję domniemane gałęzie na drzewie rozwoju pisma. Potem przekreślam. Kolejna hipoteza nie wytrzymuje konfrontacji z nowo odnalezionymi znakami. Kartka wędruje do kosza. Rysuję od nowa. Ten cykl powtó­rzy się jeszcze wielokrotnie.

W tym drzewie jest główny pień, są boczne odgałęzienia i ślepe uliczki. Gałęzie potrafią się rozrosnąć. Niektóre z czasem karłowacieją. Inne strzelają w górę. Ja staram się zejść jak najniżej. Choć w chodzeniu po drzewach nie zdążyłem nabyć zbyt wielkiej praktyki. To schodzenie nazywam - podróżą do źródeł. Dlaczego właśnie tak - o tym też będzie mowa kilka, no, może kilkanaście stron dalej, jeszcze nie teraz, bo to dopiero wstęp. Tą samą drogą szło siedmiu Rosjan, trzech Niemców, Holender i Węgier. Oni zawrócili. Albo weszli w te ślepe uliczki. A czy mnie się uda?

Wysłałem 424 listów. Na 4 kontynenty. Do 15 krajów. Do ambasad, muzeów, archiwów. Do instytutów, na uniwersytety. DO kolekcjonerów, właścicieli prywatnych zbiorów. W Pol­sce nikt jeszcze serio się tym nie zajmował, bo brak literatury, dokumentacji. Stąd egzotyczne adresy: Honolulu, Bello Horizonte, Palapa, Canberra. Ale i bliższe: Wiedeń, Leningrad, Rzym, Bruksela, Waszyngton, Nowy Jork. To tylko niektóre. Dostałem 20 fotokopii. Fotoko­pii - bo oryginał kosztuje 180 tysięcy. Na dodatek dolarów.

20 fotokopii starczyło na 5 lat pracy. Na całe setki hipotez. Na dziesiątki zimowych wie­czorów.

Ile kartek podarłem?

Ile razy pomyślałem: oto i ślepy zaułek?

Aż...

Był rok 1976. Osiągnąłem dno, którego szukałem. Źródło. Byłem w tym punkcie, gdzie pień styka się z ziemią, gdzie się zaczynają korzenie. Potrafiłem wskazać na globusie ten punkt, z którego wywodzi się pismo. Wiedziałem, w jaki sposób dotarło aż na Wyspę Wiel­kanocną. Kto je tam zawiózł.

Wtedy redaktor Witold Baniewicz z „Literatury" napisał: „Było cicho w Elblągu. Za ci­cho. W Londynie, Leningradzie, Brukseli, w kołach naukowych znano to nazwisko... Lat 17. Odkrywca sekretów pisma rongo-rongo z Wyspy Wielkanocnej..."

Bo pismo nazywa się rongo-rongo. Ta nazwa, jak dotąd, jeszcze nie padła.

To była dopiero połowa drogi.

Ta druga połowa - odczytać pismo. Na przekór geometrii byłem pewien, że będzie o wiele dłuższa.

9

Nadal jest rok 1976. Już drugi rok jestem uczniem II Liceum Ogólnokształcącego w Elblą­gu. Ulga. Żegnajcie palcówki, gamy, piano, forte i fermaty. Więcej czasu na rongo-rongo; z nauką nigdy nie miałem kłopotów.

Trzykrotnie jestem gościem Studia Telewizji Młodych. Rozmowę prowadzą redaktor Jerzy Śladkowski, asystuje mu Stanisław Krzemiński. Siadam przed światłami, mikrofonami i mó­wię. Krzemiński pokazuje do kamery listy: doktor, profesor. Dziwią się. Mówię, że rzeczywi­ście w korespondencji tak mnie tytułują. Nikomu nie przychodzi do głowy, że gdzieś, w dale­kim kraju, jakiś licealista może chcieć odczytać prastare pismo z drugiej półkuli. Mówię, że początkowo mnie to bawiło, teraz jednak mniej. Śladkowski pokazuje list, jaki przyszedł od akademika Butinowa z Leningradu: Towariszcz Warszewskij, żdjom rezulatatow... Mówię dalej: o bardzo dziwnym piśmie, bardzo dziwnej wyspie, bardzo dziwnym zajęciu, jakim jest przepisywanie hieroglifów z tabliczek na papier. O korespondencji. O pomocy, jaka nadeszła z zagranicy. Mówię o listownym kontakcie z Muzeum Brytyjskim w Londynie.

Gdzieś po drugiej stronie telewizyjnego obrazu siedzi i słucha Sir Walter Holsay - konsul ambasady brytyjskiej w Polsce. A efekt taki, że na wakacje wyjeżdżam do Londynu. Spoty­kam się z profesorem Johnem Warrickiem, którego dotąd znałem tylko korespondencyjnie. Chodzę po archiwach, przerzucam tony papieru, czytam, robię notatki. Po dziesięciu tygo­dniach, gdy wracam - ta druga połowa zadania wydaje mi się już znacznie prostsza.

Po prostu - odczytać pismo.

Właśnie - ale jak się właściwie odczytuje pismo?

Nowa literatura, nowe problemy, nowe autorytety, listy i adresy na pięciu kontynentach. Owocują już godziny poprzednio spędzone nad katalogiem znaków. Znajomość ich morfolo­gii. Znajomość odgałęzień. Zgłębiam dysputy naukowe. Czytam, co na ten temat napisano. A jest tego niemało. Kilkanaście tysięcy stron. Rzadko kiedy po polsku. Lektura idzie opornie. Nie mogę mieć już wątpliwości: wiem, że mój przypadek należy do najtrudniejszych. Od­wieczny spór między teoria a praktyką.

Teoretycy: Najtrudniej odczytać pismo, gdy nie znamy języka, jakim posługiwali się staro­żytni pisarze i gdy jednocześnie nie znamy graficznego szyfru, jaki stosowali.

Praktycy: Ale my nawet i takie pismo odczytujemy.

Teoretycy: Ależ to niemożliwe. Bo jak?

Praktycy: Dokładniej - to prawie niemożliwe. W tych paru procentach, których brak do stu - tkwi nasza szansa.

Teoretycy: Więc?

Praktycy: Należy czekać na przypadek. W międzyczasie trzeba jednak do przypadku do­brze się przygotować.

Tego rodzaju szaradę miałem przed sobą: nie znałem ani języka, ani szyfru. Pozostawało liczyć na ów przypadek sprzed stuleci... Przypadek miał polegać na tym, iż ten sam fragment tekstu został niegdyś przez kogoś zapisany dwojako. Tak, by jedna z wersji była możliwa do odczytania jeszcze dziś. Tak, by była ona zapisana w znanym języku, w znanym piśmie. Na ten przypadek czekał Champollion zmagając się z egipskimi hieroglifami. Aż się doczekał: pomogła mu tablica z Rosetty. I Grotefend, ten, który, rozwikłał tajemnicę glinianych tabli­czek z tysiącami znaków - asyryjskich klinów. I Ventris, który przeniknął zagadkę pisma kreteńskiego. Bo potem problem jest już prosty. Wtedy ma się w ręku klucz. Rebus sprzed stuleci staje się ledwie najzwyklejszą krzyżówką. W odpowiednie miejsce muszą trafić od­powiednie słowa. I trzeba je tam umieścić.

Umieścić. Po prostu - odczytać pismo.

Cóż prostszego?

Tyle w telegraficznym skrócie. Zacznijmy jednak raz jeszcze od początku...

10

Wyspa jest naprawdę niewielka: 179 kilometrów kwadratowych. To nawet nie tyle, co pół województwa. Skalista. Bardziej niż wyspa - zlepek 19 wulkanów. Wulkany już wygasły. Na wschodnim Pacyfiku. Dokładniej - na Grzbiecie Wschodniopacyficznym. W zasięgu połu­dniowej odnogi Prądu Peruwiańskiego, co ważne. Najbliższy kontynent to Ameryka Połu­dniowa. Najbliższy - a jednak odległy 0 3500 kilometrów. Dziś należy do Chile. Amerykań­ska baza wojskowa tam zlokalizowana - wciąż się rozbudowuje, przybywa wielokilometro­wych pasów startowych. Liczy 600 mieszkańców. Usiana pięcioma tysiącami pieczar. Ma kształt trójkąta. Stąd - przez niektórych nazywana Sycylią Pacyfiku. Po polinezyjsku Waihu Rapa Nui. Po hiszpańsku Isla de Pasqua. Czyli Wyspa Wielkanocna. Cechy szczegółowe: słynna z kamiennych posągów i śladów nieznanej starej kultury o pasjonującej przeszłości...

Historię ma inną od innych. Bo zwykle historię odtwarza się na podstawie odnalezionych grotów strzał, połamanych w boju ostrzy, czy skorup naczyń porzuconych w popłochu ucieczki. Bo zwykle - historia to czas nieustających najazdów i wojen. Czas pokoju - to czas zbierania sił przed następną bitwą. Bo zwykle - dzieje ludzkości mierzone są rytmem zmian ostrzy kamiennych na odlane z brązu, tych zaś - na kule formowane z ołowiu. To historią łączenia się jednej grupy z drugą, by móc się przeciwstawić trzeciej.

Dlatego gdy archeolog odkopie system fortyfikacji - powie, że podobnych systemów od­kopał już bardzo wiele. Ale gdy archeolog odkopie posąg - koniecznie będzie chciał odnaleźć następny. Powie, że dopisało mu szczęście.

A co będzie, jeżeli odkryje cały las kamiennych figur?

Co będzie, jeżeli natknie się na cały las kamiennych figur, z których każda będzie wielko­ści wagonu kolejowego?

Bo tak właśnie było na Wyspie Wielkanocnej, gdzie inaczej biegła historia. Na wyspie niepodobnej do żadnej innej.

Gdy Roggeveen w roku 1722 jako pierwszy z europejskich żeglarzy dotarł do brzegów Wyspy Wielkanocnej, nie musiał nawet sięgać po łopatę. Roggeveen nie był archeologiem, miał zdobywać lądy i morza. Nie miał też, jak stwierdza w swoich pokładowych zapiskach, zbyt wielkiego szczęścia. A jednak odkrył to, co przez stulecia ludziom miało zapierać dech...

„Las posągów. Niektóre z nich są przysypane, wystają im czubki nosów, wierzchołki usznych zgrubień wymodelowanych z kamienia. Przed niektórymi palą się ogniska. Wszędzie tłumy krajowców. I ten las. Wzdłuż brzegów, na skałach, figury w czerwonych, także ka­miennych perukach. Kamienny las. Las posągów z czerwonymi fryzurami" - tak pisał w swoim dzienniku pokładowym.

Na brzegach skalistej wysepki odkrytej w dniu Wielkiej Nocy marynarze Roggeveena na­liczyli czterysta kamiennych kolosów. Niektóre z nich były tak potężne, że trzech mężczyzn nie było w stanie otoczyć ich rękoma. Dokładniejsze oględziny wyspy liczbę tę powiększyły do ponad sześciuset. Ten sam profil, jakby zdjęty z prehistorycznej matrycy: wydatny nos, wydłużone uszy, a raczej małżowiny. Portrety długouchych. Rozmiarami sięgające dziesięciu metrów.

Wyspa - później zwana Pępkiem Świata - ochrzczona została jako Zakątek Tajemnic i Za­skoczeń. Była maleńkim światłem rządzącym się własnymi niepowtarzalnymi prawami. Była całym mikrokosmosem. Bo historia ludzkości to historia wojen, ucieczek i najazdów. Na tę wyspę również dokonano najazdu - jednego z najdziwniejszych w dziejach. Nikt nie wie - kiedy. Nikt nie potrafi powiedzieć - dlaczego. Najazd odbył się bez ognia. Bez zgrzytu oręża i płaczu kobiet. Gdy w Europie sądzono, że świat kończy się na Słupach Herkulesa, gdy roz­począć się miała doba upadku Cesarstwa Rzymskiego - na drugiej półkuli inni żeglarze wylą­dowali u brzegów najsamotniejszej z wysp. Żeglarze - pionierzy najdziwniejszej z koloniza­cji. Zamiast ostrzy i mieczy - wyostrzyli kamienne topory: odtąd czas na wyspie mierzony był tętnem stuku w kamieniołomach - nieznani żeglarze posiedli niespotykany kunszt rzeź­biarski. W skałach, litych blokach wykuwali posągi-giganty, olbrzymie ludzkie figury. Jedna

11

grupa łączyła się z drugą, tak samo jak w innych częściach świata, lecz nie po to, by walczyć z wrogiem; lecz by nazajutrz rozpocząć pracę przy jeszcze większym skalnym bloku, by szybciej móc gotowy posąg transportować poprzez góry i przełęcze wulkanicznego wnętrza wyspy, by szybciej móc stawiać je na kamiennych podmurowaniach.

Na bezdrzewnej wyspie tworzywem musiała być skała.

Na bezdrzewnej wyspie przez stulecia nie zbudowano jednego miasta.

Na bezdrzewnej wyspie w sercu Pacyfiku przez całe stulecia wyrastały kamienne kolosy.

Dlaczego - zamiast budować drogi, świątynie, miasta, akwedukty - wciąż wykuwano ka­mienne posągi, których waga dochodziła do ciężaru współczesnego czołgu?

Kim byli ich twórcy?

W jaki sposób potrafili oni podołać zadaniom, których rozwiązania nie powstydziłoby się najnowocześniejsze biuro projektowe?

Wyspa Wielkanocna stała się ostatnim ogniwem w sporze izolacjonistów z dyfuzjonistami.

Izolacjoniści to ci, którzy twierdzą, że dwa oceany, które dzielą Ameryką Południową i Północną od Europy i Azji, izolowały Nowy Świat od kontaktów ze Starym Światem do roku 1492. To ci, którzy Kolumbowi przyznają patent na pierwszą podróż przez Atlantyk. To ci, którzy uznają, że mieszkańcy prekolumbijskiego Peru nie byli w stanie oddalić się na swych tratwach dalej niż na kilka mil od brzegu. To ci, którzy uważają, że ludzkość rozwijała się niezależnie w kilku centrach, które nie były w stanie na siebie wzajemnie wpływać.

Dyfuzjoniści zaś to ci, którzy twierdzą przeciwnie. Są zdania, że istniała jedna wspólna kolebka wszystkich cywilizacji. Przyjmują za możliwe, ba... za konieczne, różne warianty transoceanicznych podróży starożytnych. Tak jak izolacjoniści oceany również uznają za nie­przebyte, lecz stwierdzają jednocześnie: istnieją strefy wód wyraźnie uprzywilejowane. A o tych przywilejach wiedzieć musieli starożytni. Przywilej to stały wiatr wiejący z określonego kierunku, to także prąd morski. Według nich - to właśnie wiatry i prądy mają wytyczać szlak przenikania kultur. Tworzą jakby przenośnik taśmowy na powierzchni oceanu. To dzięki nim nawet wątłe stateczki sprzed tysięcy czy setek lat były w stanie sprostać trudom wielomie­sięcznej podróży. Dyfuzjoniści to ci, którzy mówią, że właśnie dzięki tym prądom rozprze­strzenił się kult słońca i sztuka obróbki kamienia; ci, którzy traktują prądy, wiatry i oceany jako poszczególne ogniwa prehistorycznych migracji. Z basenu Morza Śródziemnego poprzez Wyspy Kanaryjskie, poprzez Atlantyk. Do Ameryki Środkowej, do starożytnego Peru. Stam­tąd - zgodnie z kierunkiem Prądu Peruwiańskiego przez Pacyfik. Na wyspy Polinezji. Po dro­dze - na Wyspę Wielkanocną.

Każda ze stron przytacza własne argumenty. Dyfuzjoniści wskazują na korelację czasową. Starożytny Egipt to trzecie tysiąclecie p.n.e. A przecież między Afryką a Ameryka istniał Prąd Kanaryjski - zaczynał się u wybrzeży Maroka, kończył pętlą na Morzu Karaibskim, wracając ku Staremu Światu drogą północną Golfsztrom. W Peru kultura Paracas to pierwsze tysiąclecie p.n.e. Wyspa Wielkanocna z posągami przypominającymi do złudzenia te, które są dziełem ludów znad Jeziora Titicaca, w Taihuanaco, w Boliwii - to już pierwsze tysiąclecie naszej ery. I znów prąd! Tym razem Peruwiański: od wybrzeży Peru ku Polinezji. Powołują się na podobieństwa i kulturowe pararele: umiejętność obróbki kamienia, oddawanie czci słońcu, sztuczne brody, umiejętność trepanacji czaszki, pismo, kalendarz, tarasowa uprawa ziemi, tkactwo, zbliżone motywy zdobnicze, bóstwa o ptasich głowach, trzcinowe łodzie, grobowce, podobne polichromie, prawie identyczne motywy występujące w rzeźbie. Wyli­czać można by jeszcze długo.

Izolacjoniści odpowiadają na to po swojemu: No dobrze, ale cała koncepcja jest utopijna; zbieżności to czysty przypadek; cywilizacje rozwijały się niezależnie od siebie, a podobień­stwa wynikają tylko stąd, że niezależnie od kontynentu, w różnym czasie, na pewnym etapie historii i rozwoju, ludzie stawali przed podobnymi problemami... i podobnie je rozwiązywali.

12

Dyfuzjoniści: Główna fala migracyjna na Wyspę Wielkanocną napłynęła ze wschodu, od strony wybrzeży amerykańskich.

Izolacjoniści: Nieprawda! Na odwrót! Od strony Malajów, metodą „małych kroków", z wyspy na wyspę, a nie dzięki „oceanicznemu skokowi".

Spór ten bardzo wcześnie mnie zafascynował. Wydał mi się bardziej frapujący od najbar­dziej tajemniczej zagadki kryminalnej. I na dobrą sprawę wszystko zaczęło się rozkręcać, gdy przeczytałem o trzech zagadkach Wyspy: i kamiennych posągach (to pierwsza z nich), nie odczytanym piśmie pozostawionym przez jej dawnych mieszkańców (to druga), o tym, że w Leningradzie chłopcy niewiele starsi ode mnie próbowali je odczytać, wreszcie - o przeszło stuletniej dyspucie o pochodzeniu ludności tego najsamotniejszego skrawka globu (to trzecia zagadka). Był rok 1972.

Pierwsza zagadka została rozwiązana już w roku 1959 przez Thora Heyerdahla w czasie jego ośmiomiesięcznego pobytu na Wyspie Wielkanocnej. Okazało się, że gigantyczne figury są rodzajem pomników wystawionych ku czci wybitnych żeglarzy i nawigatorów. Co naj­dziwniejsze, mimo upływu wielu stuleci sama technika wykuwania w twardym tworzywie, jak również sposób ustawiania ich w pozycji stojącej - pozostał żywy wśród niektórych kra­jowców należących do grupy tzw. długouchych. Metoda - genialna dzięki swojej prostocie i jednocześnie chyba jedyna możliwa do zastosowania na tę skalę przez społeczność nie znają­cą wytopu żelaza ani nawet zastosowania koła - polegała na podważaniu „cielska" leżącego kolosa drewnianymi żerdziami i na podkładaniu odłamków skalnych w ten sposób, że po wielokrotnym powtórzeniu całej operacji posąg stopniowo „piął się" w górę, z wolna osiąga­jąc pozycję pionową. Tak w końcu stawał „o własnych siłach".

Natomiast zagadkę pochodzenia ludności można było sprowadzić do pojedynczego zagad­...

Zgłoś jeśli naruszono regulamin