RAMBAUT PIERSCIEN CEZARA.doc

(903 KB) Pobierz

Aby rozpocząć lekturę kliknij na taki przycisk

który da ci pełny dostęp do spisu treści książki.

Jeśli chcesz połączyć się z Portem Wydawniczym

literatura.net.pl

kliknij na logo poniżej.

^jiflu IB o r < w ril a w n I c z y

@literaturaf

KLIKNIJ TUTAJ

Alfred Rambaud

PIERŚCIEŃ CEZARA

Powieść

Tytuł oryginału:

lAnneau de cezar

Wydawnictwo „Tower Press" Gdańsk 2001

2

Tower Press 2000

Copyright by Tower Press, Gdańsk 2000

3

Część pierwsza PARYZOWIE LUTECJI

4

WSTĘP

Znużony długoletnimi trudami wojennymi, osłabiony wiekiem i ranami, osiadłem wreszcie na stałe w Szarej Skale, mojej wsi rodzinnej, leżącej nad Rzeką Bobrów, dopływem Sekwany, niedaleko miasta Lutecji. Wspomnienia te zapisuje dla mych dzieci i wnuków, by wiedziały, że ich ojciec i dziad nie szczędził krwi i zdrowia w wielkiej wojnie o niepodległość Galii. Będę opisywał wszystko może zbyt szeroko, bo starzy lubią opowiadać o swej młodości, a żołnierze - o swych czynach wojennych. Sądzę jednak, że ta szczegółowość mych wspo­mnień nie będzie zbyteczna, moje bowiem wnuki i prawnuki, ba! nawet moje dzieci nie mogą sobie po prostu wyobrazić, do jakiego stopnia zmienił się cały świat i nawet ten mały nasz zakątek rodzinny, odkąd na wybrzeżach Sekwany ukazały się po raz pierwszy złote orły le­gionów rzymskich.

Gdy wspominam swoje lata dzieciństwa i pierwszej młodości, a później przenoszę się my­ślą i wzrokiem do ludzi i rzeczy współczesnych, to zdaje mi się, żem się przesiedlił z jednej gwiazdy na drugą lub żem przeżył z dziesięć pokoleń ludzkich. A mam wszak dopiero lat osiemdziesiąt i czuję się zupełnie zdrów na ciele i duszy. Włosy moje, jakkolwiek pokryte już szronem starości, pozostały dotąd obfite, zębami mogę jeszcze gryźć orzechy, a na wspo­mnienie dawnych bojów czują, iż miecz drży mi u boku, i zdaje mi się, że i teraz jeszcze dzi­da nie zaciążyłaby mej starej dłoni.

Wspomnienia swoje układam i piszę w języku Rzymian, mimo że walczyłem ze wszyst­kich sił z nimi i jakkolwiek - wbrew zdaniu wielu innych naczelników galijskich - nie uwa­żam, by panowanie ich nad nami było nieodwołalne. Ale nie umiem pisać w żadnym ze zna­nych mi narzeczy Celtów lub Bolgów. Sądzę nawet, że nikt spomiędzy nas, Galów, mimo wysokiego chociażby wykształcenia w szkołach druidów, nie zdołałby pisać w żadnym z tych narzeczy, które są dobre tylko do mówienia. A przy tym język Rzymian znany jest powszech­nie teraz we wszystkich krajach Celtyki - jak i po całym świecie zresztą. I pisząc jak Rzy­mianie mogę mieć nadzieję, że gdyby moje dzieci lub wnuki chciały kiedy pokazać te zwoje papirusu jakiemu znakomitemu gościowi z dalszych stron, aby i on mógł poznać dzieje naszej wielkiej wojny o niepodległość Galii - zawsze zostanę zrozumiany.

5

Rozdział I

SZARA SKAŁA I RZEKA BOBRÓW

Pamiętam siebie od wczesnego bardzo dzieciństwa jako zupełnie małego jeszcze pędraka, bawiącego się w piasku na wybrzeżach Rzeki Bobrów, gdzie rozłożyła się wioska mego ojca. Dom nasz, który obecnie synowie moi przebudowali na wzór rzymski, zachowując w nim tylko stosowniejszy dla naszego klimatu dach pochyły i spadzisty, w owej dobie przypominał raczej dużą stodołę o słomianej strzesze.

Mieszkanie składało się z jednej tylko ogromnej sali na dole, która zajmowała całą długość domu, oraz ze znacznie mniejszej izby przybudowanej na piętrze, co na owe czasy stanowiło w naszych stronach wielką jeszcze rzadkość. Ściany tego domostwa były zbudowane z potęż­nych, z grubsza tylko ociosanych kłód drzewa; szpary pomiędzy nimi pozatykano rzniętą słomą, przemieszaną z gliną, olbrzymia zaś strzecha słomiana, najeżona niby sierść zwierzę­cia, pokrywała dom niemal całkowicie, zwieszając się nad ścianami tak nisko, że nasi wojow­nicy dobrze musieli schylać karku, aby wejść przez drzwi do wnętrza. Powierzchnia tej strze­chy przedstawiała dziwne nierówności i załamania, gdyż strzecha z jednej strony była wyższa aniżeli z drugiej, w dodatku u szczytu zdobiły ją trzy wysokie żerdzie, wskutek czego z dale­ka dom nasz z owymi trzema żerdziami, sterczącymi wysoko ponad nim, przypominał mi zawsze olbrzymiego byka o zjeżonej sierści i wygiętym grzbiecie, na którym stoją zadumane trzy długonogie żurawie. Przy tym, ponieważ słomę strzechy umocniono u szczytu ubitą gliną i kawałami darniny, rósł i kwitł tam prawdziwy ogród wiszący z nasianych przez wiatr traw i kwiatów polnych.

Przodkowie nasi mało dbali o symetrię i wygodę, toteż kilka nierównej wielkości otwo­rów, które zastępowały nam okna, wycięto w ścianach domu to wyżej, to niżej, dym zaś z ogniska wychodził w powietrze do góry wprost przez umyślnie pozostawioną w tym celu dziurę w dachu. Co prawda, to, zanim wyszedł, hulał sobie po trosze i po mieszkaniu, wyci­skając obecnym łzy z oczu, zwłaszcza służbie pracującej przy ognisku. Podłogę, ubitą z gliny, pokrywały rozrzucone to tu, to ówdzie wiązki słomy, na których siadano za dnia, a na noc, zebrane po kilka razem, służyły za posłanie. Dla znakomitych zaś gości, którzy nocowali u nas, te posłania z wiązek słomy przyrzucano jeszcze puszystą skórą niedźwiedzią, lisią lub wilczą.

Od tej surowej prostoty dziwnie odbijała rozwieszona po ścianach broń wyborna, która świadczyła o zasobności domu i upodobaniu gospodarza w rzemiośle wojennym. Były więc tam miecze z brązu, a nawet najprzedniejsze stalowe, krótkie włócznie do ciskania, długie, ciężkie dzidy, ozdobne tarcze i hełmy.

Pomiędzy tymi rzeczami świeciły tu i ówdzie drogocenne i pięknej roboty naczynia ze złota, srebra lub bursztynu: misy, wazy, kubki lub czary. Te piękne i kosztowne rzeczy po­chodziły ze zdobyczy wojennych mego ojca i dziada, i takichże jeszcze skarbów pełna skrzy­nia dębowa stała w jednym rogu sali, a zawierała nawet pewien zapas monet bitych w złocie, srebrze i brązie.

Mieszkanie mojej matki na piętrze domu było urządzone ze znacznie większą wygodą, ba! nawet zbytkownie. Stało tam duże łoże dębowe i kilka takichże krzeseł, wszystko trwałej ro­

6

boty, a zdobne płaskorzeźbą; podłogę zaściełał kobierzec wzorzysty, a ściany zasłaniały pięk­ne tkaniny o żywych barwach. Ojciec mój bowiem swą żonę, a moją matkę, niezmiernie sza­nował i kochał; i cokolwiek tylko mógł zdobyć z rzeczy cennych lub rzadkich, czy to w wy­prawach wojennych, czy też przez stosunki handlowe z Paryzami Lutecji, wszystko to prze­znaczał dla niej.

Pewnego razu w potyczce z Germanami pomiędzy tłumem wojowników ujrzał męża ol­brzymiej postawy, noszącego wspaniały złoty naszyjnik. Pośrodku tego złotego łańcucha tkwił ogromny bursztyn, otoczony dokoła drobniutkimi, lecz świecącymi jak małe słońca kamyczkami.

-              Jakże pięknie byłoby mej Eponinie w tym naszyjniku!... - pomyślał mój ojciec.

I bez wahania rzucił się z mieczem w dłoni na owego wodza germańskiego. Po krótkiej, lecz zaciętej walce powrócił z naszyjnikiem, głową nieprzyjaciela - i potężnym cięciem przez twarz, po którym głęboka blizna pozostała mu na całe życie.

-              Zapytacie może: po co mu była potrzebna ta głowa nieprzyjaciela?... A oto posłuchajcie, bo teraz obyczaj ten już zaniknął.

Strzechę naszego domu zdobiły różne trofea, przede wszystkim myśliwskie, a więc czaszki żubrów, łosi, jeleni, niedźwiedzi, dzików i tym podobne, następnie zaś także czaszki wrogów, zabitych na wyprawach wojennych. Im więcej naczelnik galijski miał na strzesze swego do­mu tych ozdób, szczególnie czaszek nieprzyjacielskich zatkniętych na kijkach wbitych w słomę, tym większy dlań szacunek odczuwał gość, wchodzący po raz pierwszy do domu, ro­zumiał bowiem, iż wchodzi pod dach wielkiego wojownika, sławnego z męstwa i czynów orężnych.

Tak więc frontowa część dachów naszych domów stawała się kromką naszych zwycięstw. Lecz pod gołym niebem na strzesze umieszczano tylko czaszki pospolitych wojowników, czaszki zaś wodzów, owinięte w kosztowne tkaniny, składano ze czcią do skrzyni zawierają­cej najcenniejsze zdobycze wojenne, skąd wydostawano je tylko w dni uroczyste lub w razie odwiedzin jakiegoś znakomitego gościa, przy czym opowiadało się zazwyczaj, w jakich oko­licznościach głowa ta została oddzielona od tułowia wroga.

Dom nasz oraz przyległy ogród i podwórze otaczał dokoła żywopłot, poza ogrodem zaś rozciągała się wioska, złożona z szeregu chałup, podobnie wraz z podwórkami i ogrodami okolonych żywopłotem. Niektóre chaty, stanowiące mieszkania wojowników, podobne były do naszego domu, tylko mniejsze; inne zaś, uboższe, należały do rolników, którzy częściowo byli wolnymi ludźmi, częściowo zaś niewolnikami, pochodzącymi przeważnie ze zdobyczy wojennej. Chałupy te były tak niskie, że pokrywająca je słoma spuszczała się prawie do zie­mi. Wchodziło się do nich niemal na czworakach. Większość ich była zbudowana z kłód nie ociosanych, zdarzały się jednak między nimi budowle jeszcze pierwotniejsze, na przykład okrągłe jak ule chałupy z trzciny, związanej u góry, z wierzchu zaś pokrytej słomą dla ochro­ny od chłodu, albo też lepianki z gliny i słomy lub nawet wprost - szałasy z gałęzi, nieraz jeszcze zielonych.

Całą wieś wraz z naszym domem otaczał dookoła wysoki częstokół o ciężkiej dębowej bramie zamykanej na drewnianą zasuwę, co wystarczało, aby nas bronić w dzień od niespo­dziewanego wtargnięcia. W nocy zaś wsi strzegły nasze psy tak wielkie i złe, że się niewiele różniły od wilków. Dzieliły z nimi tę straż nocną nasze wieprze, olbrzymie, wpółdzikie, które chrząkając i ryjąc ziemię wałęsały się nocą swobodnie po całej wiosce. Biada nieszczęsnemu złodziejowi, któremu by się udało przedostać przez częstokół!... Psy i wieprze byłyby go na­tychmiast rozszarpały, a nawet pożarły, tak iż z biedaka nie pozostałoby ani śladu. Rzecz jed­nak oczywista, wieś nasza znajdowała się głównie pod ochroną bogów.

Najwięcej u nas były czczone boginie Epona i Bobona; pierwsza jako szczególna opiekun­ka koni, druga - bydła rogatego. Wieśniacy nasi wystawili obu boginiom u dwu przeciwle­głych krańców wioski coś w rodzaju posągów, czyli właściwie wprost dwa słupki drewniane,

7

z których jeden miał u szczytu wyciosaną z drzewa głowę konia, drugi zaś takąż głowę byka o dużych rogach. W pewne poświęcone boginiom dni roku pierwotne te figury oblewano krwią ofiar.

Dookoła wzgórza Szarej Skały rozciągały się olbrzymie lasy, których granic nie znaliśmy dokładnie. Szumiały tam wspaniałe dęby i buki, brzozy i smukłe sosny podobne do kolumn świątyń rzymskich. A ponieważ te drzewa rosły niezmiernie blisko jedno od drugiego - wią­zały jeszcze je ze sobą zielone sploty bluszczu, jemioły i dzikiego winogradu - tworzyło więc to taką zwartą masę roślinności, że poza pewnymi udeptanymi już drogami i ścieżkami nie­podobna było przedostać się tędy bez topora, w niektórych zaś miejscach nawet promienie słoneczne nie przenikały gęstwiny.

Dalej w tych lasach rozlewały się grząskie bajora i bezdenne trzęsawiska, z wierzchu po­kryte złudnie zielenią traw, ponad którą - i to właśnie w miejscach płytszych - sterczały nie­raz rosochate rogi uwięzłych tam jeleni.

Niewielu tylko śmiałków odważało się zapuszczać nazbyt daleko w głąb tej puszczy, a nawet psy nasze, które nieraz polowały same na drobniejszą zwierzynę, wracały z tych wy­cieczek do lasu przerażone jakieś, drżące, z podgiętym ogonem, i cisnęły się skomląc do nóg swych panów. Lecz na całym naszym wzgórzu Szarej Skały i nawet dalej, w pewnym pro­mieniu dokoła niego, grunt był już wykarczowany, oczyszczony starannie i uprawny dzięki pracy naszych wieśniaków, którzy zasiewali na nim pszenicę, żyto, jęczmień, owies, soczewi­cę i proso.

U podnóża Szarej Skały przepływała rzeka, zwana Rzeką Bobrów. Bierze ona początek w południowo-zachodnich górach daleko od nas, niosąc mętne wody do Sekwany pod Lutecją. Była zaś podówczas niezmiernie kapryśna: to zraszała dobroczynnie nasze pola i łąki, płynąc sobie spokojnie w gliniastym łożysku, to znów niespodzianie wzdymała się gniewnie i z nie­oczekiwaną wściekłością tłukła o brzegi, unosząc ze sobą nasze zasiewy, nieraz część stad, a niekiedy i pasterzy. Czasem ni stąd, ni zowąd zmieniała kierunek i w miękkim gruncie prze­bijała sobie nowe łożysko, zostawiając nam w zamian straconego w ten sposób obszaru stare łożysko, które zazwyczaj bardzo prędko porastało trawą i krzakami.

Wieśniacy nasi przypisywali jej namiętności żywej istoty, aby więc ułagodzić ją i przebła­gać, nieraz sypali w jej nurty nocą przy świetle księżyca ziarna zboża. Nawet ojciec mój po­dzielał ich poglądy, pamiętam bowiem, że pewnego roku po wielkiej powodzi wyjechał na kilka dni z trzema tylko wiernymi sługami na jakąś tajemniczą wycieczkę w kierunku połu­dniowo-zachodnim; dopiero później dowiedziałem się, że składał ofiary u źródeł Rzeki Bob­rów, lejąc w jej wody mleko i wino i zabarwiając je krwią zabitego na ofiarę konia, po czym rzucił jeszcze w te zdradliwe fale trzy złote monety, trzy srebrne i trzy brązowe.

Nazwa „Rzeka Bobrów" pochodzi stąd, że mnóstwo bobrów mieszkało istotnie na jej brzegach, zwłaszcza o jakie parę tysięcy kroków za wzgórzem Szarej Skały, nieco w górę rzeki, gdzie jej wody tworzyły kilka odnóg i wysp. Była tam cała kolonia tych zwierząt w liczbie zapewne kilkuset, zwana przez nas „Miastem Bobrów".

Podrósłszy o tyle, żem począł wędrować sobie po całym wzgórzu i jego najbliższych oko­licach, nieraz zbiegałem ku osadzie bobrów, by się przypatrzyć ich ruchliwemu i pracowite­mu życiu.

Z prawdziwą przyjemnością widziałem, jak te rozumne i ładne zwierzątka o wąsatych pyszczkach, mające sierść gęstą i lśniącą, płaski, pokryty łuską ogon, tylne łapy z palcami spiętymi błoną jak u kaczek, przednie zaś opatrzone ostrymi i długimi pazurami - snuły się i krzątały po wybrzeżu i wśród wód rzeki. Silnymi pazurami przednich pięciopalczastych łap wykopywały sobie w ziemi, ale tuż nad wodą, nory lub też budowały z gałęzi domki, do­prawdy przypominające niektóre z chat naszych wieśniaków. Najciekawsze było jednak, jak budowały groblę. Najpierw niektóre bobry ostrymi zębami ścinały co cieńsze młode drzewka, potem, również zębami, zaostrzały je u dołu, aby je łatwiej było wbić w ziemię, gdy tymcza­

8

sem inne bobry, nurkując pod wodą, wykopywały tam doły. Następnie przysiadłszy na tyl­nych łapach, trzymając zaostrzone kołki w przednich, wbijały je w dno rzeki, przy czym wy­prowadzały nimi w ten sposób dwie tak prawidłowe linie, równe j ak pod sznur, że mógłby im tego pozazdrościć niejeden rzymski inżynier.

Po ukończeniu tej pracy wstępnej bobry zręcznie i szybko - jak wprawni koszykarze - za­platały giętkimi witkami te dwa rzędy pali, następnie przestrzeń między nimi zapełniały żwi­rem, piaskiem, kamieniami, kawałkami drzewa, a wreszcie na to wszystko nanosiły sporo miękkiej gliny, którą tak mocno ubijały płaskimi ogonami - przypominając mi przy tej pracy kobiety, co piorą kijankami odzież - że glina stawała się twarda i połyskliwa jak kruszec. Po dokonanej pracy przy budowie grobli miłe te zwierzątka, dumne widocznie ze swego dzieła, poczynały przebiegać w wesołych podskokach po grobli z jednego końca na drugi i pogwiz­dując przyglądały się z zadowoleniem swej robocie.

Aby móc podglądać to życie Miasta Bobrów, kładłem się zazwyczaj pośród wysokiej tra­wy opodal ich osady, mając pod ręką łuk i strzały. Z początku moje przybycie wywoływało w osadzie bobrów wielki popłoch; zwierzęta z pośpiechem nurkowały do rzeki, a trwożliwe ich pogwizdywania płoszyły nawet inne bobry, pracujące daleko na groblach lub na wyspach rzeki. Widocznie jednak były zbyt ciekawe, aby się długo ukrywać, wkrótce bowiem nad ciemnawymi falami rzeki, ostrożnie wysuwając się z wody, ukazywały się okrągłe, wąsate główki, które rzucały na mnie spojrzenia pełne nieufności i trwogi i zaraz chowały się pod wodę - aby po chwili się wynurzyć i ukradkiem znów spojrzeć na mnie. Stopniowo miłe te główki poczynały ukazywać się na powierzchni wody coraz to liczniej, ładnymi, rozumnymi oczami przyglądając mi się coraz dłużej. Aż wreszcie zrozumiawszy widać, że im z mej stro­ny nie grozi niebezpieczeństwo, najpierw ostrożnie wysuwały się na brzeg, następnie poczy­nały tam chodzić i skakać, a wkrótce brały się znów do przerwanej roboty. Pracowały z takim zapałem, że niektóre spomiędzy nich, zapędzając się po kamienie lub żwir, przeskakiwały z rozpędu przez moje wyciągnięte na trawie nogi. W końcu nawet samice z małymi wychodziły z nor i chatek na wybrzeże i lekceważąc sobie moją obecność grzały się na słońcu oraz kar­miły spokojnie swe młode, przyglądając się pracy mężów i braci. Niekiedy zresztą ni stąd, ni zowąd w osadzie powstawał nagły popłoch. Zazwyczaj jednak nie ja bywałem jego przyczy­ną, lecz albo zabłąkany jeleń, który z wielkim szumem gałęzi wyskakiwał na wybrzeże z lasu, albo przebiegające mimochodem tamtędy stado dzików... Nic jednak nie mogło zniechęcić tych dzielnych zwierząt do pracy. Przeszkadzali im nieraz nieproszeni goście różnego rodzaju lub szalała rzeka, zrywając wszystkie ich groble i tamy, gdy jednak niebezpieczeństwo mija­ło, czworonożni budowniczowie, pogwizdując sobie, natychmiast odważnie wznawiali robo­tę.

Ludność naszej wioski otaczała to Miasto Bobrów wielkim poszanowaniem, a to tym wię­cej, że bobry przepowiadały ponoć pogodę oraz powodzie. Ojciec mój twierdził nawet, że oddają nam znaczne usługi, gdyż dzięki tamom i groblom powstrzymują nieco przypływ wód, nie dopuszczając w ten sposób nazbyt nagłych i zbyt silnych powodzi. Nikt też z mieszkań­ców Szarej Skały nie byłby się ważył zabić bobra. Nasi starzy wieśniacy utrzymywali nawet, że niegdyś dawno, bardzo już dawno, przodkowie ich, mieszkańcy Szarej Skały, żyli wspól­nie z bobrami i mówili nawet wspólnym z nimi językiem; z zabobonnym szacunkiem też pa­trzyli na te małe gryzonie, widząc w nich dusze swych przodków, które wcieliły się w ciała tych zwierząt, albo też uważając ich za swych dalekich krewnych.

Nie wiem, o ile to może być prawdą. Prawdą jest jednak, że nasi sąsiedzi z Lutecji z dawna już nadali mieszkańcom Szarej Skały przezwisko „Bobrów", a myśmy się tym nie obrażali wcale, przeciwnie - dumni byliśmy z tego miana! Mój ojciec, dziad i pradziad, jakkolwiek pochodzący z innego plemienia niźli nasi wieśniacy, na swych tarczach i znakach wojennych nosili bobra wyrobionego z brązu, w postawie siedzącej, trzymającego w przednich łapach kołek zaostrzony u góry jak dzida. A należy wiedzieć, że nawet imię mego ojca-Beboryks,

9

nadane mu przez jego ojca, a mego dziada, w starożytnym miejscowym języku oznacza „króla bobrów". Słowem, nas - Paryzów z Szarej Skały - zwano ogólnie „Bobrami" i „Bob­rami" też zostajemy nadal i na zawsze - jeżeli tylko moje wnuki nie poczną się wstydzić swe­go starego nazwiska i idąc za przykładem innych nie przybiorą jakiego imienia na wzór na­zwisk rzymskich.

Rozdział II

MIESZKAŃCY SZAREJ SKAŁY

Ludność Szarej Skały stanowi część plemienia Paryzów, których największa wieś, Lu- tecja1, leży na jednej z wysp Sekwany. Plemię to, jakkolwiek, mówiąc bez przechwałki, naj­znakomitsze ze wszystkich plemion Galii, jest wszakże jednym z najszczuplejszych, zamiesz­kując bowiem oba brzegi Sekwany oraz wybrzeża rzek: Marny, Oise, Essonny i paru innych mniejszych, zasiedla nie więcej nad dziesięć do dwunastu mil kwadratowych przestrzeni. O swych przodkach wieśniacy nasi opowiadają nader dziwne i zgoła nieprawdopodobne rzeczy. Na przykład, jakoby oni w łodziach z wydrążonych pni drzewnych pływali ongiś po dolinach naszego kraju, które podobno były wówczas rozległymi, głębokimi jeziorami. Wskazują na­wet dotąd jakieś otwory w występach skał, wyglądające rzeczywiście jak dzieło rąk ludzkich. Starożytni wojownicy - o ile mamy wierzyć słowom wieśniaków - musieli toczyć walki z jaszczurami stustopowej długości, które połykały wołu jak muchę, ze straszydłami wodnymi o łabędziej szyi i rybiej łusce, ze skrzydlatymi smokami, ze słoniami, znanymi nam z opo­wiadań, które rzekomo wówczas były porosłe długim włosem, ba! nawet pospolite niedźwie­dzie miały być ponoć tak olbrzymie, że stanąwszy na tylnych łapach głowami sięgały wierz­chołków drzew! Psów nie umiano jeszcze układać do polowania, natomiast owi starożytni ludzie oswajali sobie jelenie, na których jeździli i których łanie doili, jak my doimy krowy. Nie znali też jeszcze żelaza, ani nawet brązu, i do walki używali tylko toporków kamiennych.

Lecz owa pierwotna ludność naszego kraju została następnie pokonana przez Celtów i Bolgów i częściowo wytępiona, częściowo wygnana, częściowo zaś zamieniona w niewolni­ków. Potomkowie ich zapomnieli już swej dawnej mowy i mówią w naszym języku. Musi być w ich bajdach szczypta prawdy, nieraz bowiem przeorując nasze pola znajdujemy w zie­mi toporki lub groty z kamienia, a zdarza się, zwłaszcza w miejscach głęboko rozmytych przez wodę, odkopać nawet szkielet jakiegoś olbrzymiego a nie znanego nam potwora. Wie­śniacy nasi utrzymują nadto, jakoby w rozciągających się ku zachodowi od Lutecji nieprze­bytych puszczach można napotkać jeszcze niekiedy ludzi z tego niemal doszczętnie zaginio­nego już plemienia, żyjących pomiędzy dzikimi jak oni zwierzętami.

Nie mam najlżejszej wątpliwości, iż to jest prawda, opowiadania te bowiem potwierdza pewne zdarzenie z czasów mego dzieciństwa, którego sam byłem świadkiem. Jeden z wojow­ników mego ojca, nazwiskiem Dumnak, wraz z nierozłącznym towarzyszem i przyjacielem, którego zwano Arwirag, obaj z rzędu tych zuchwałych śmiałków, co to nie lękają się ni bo­gów, ni ludzi, ni dzikich i niebezpiecznych zwierząt, postanowili udać się na wyprawę my­

1 Dzisiejszy Paryż.

10

śliwską właśnie w głąb tej puszczy zachodniej, by ją nieco zbadać. Cały tydzień nie było ich widać z powrotem, tak iż w Szarej Skale poczęto nawet obawiać się, że zginęli; wreszcie uka­zali się znowu na placu przed domem mego ojca, przywożąc jakieś dziwne stworzenie, skrę­powane sznurami i przytroczone do siodła Dumnaka. Dumnak odtroczył je i tak bez ceremo­nii cisnął z góry przed progiem naszego domu, jak gdyby to był jakiś tobół podróżny. Lecz ów tobół począł się zaraz poruszać i dało się zeń słyszeć gniewne mruczenie i dźwięki jakieś - dźwięki ludzkiego głosu... Dumnak zeskoczywszy z siodła przeciął myśliwskim nożem sznury krępujące potwora i rzekł:

-              Sądzę, że teraz można go już rozwiązać, gdyż od trzech dni nic w ustach nie miał, może więc będzie łagodniejszy... Spytajcie Arwiraga, ile trudu kosztowało jego ujęcie. A i potem niemało sprawiał nam jeszcze kłopotu...

I zrzuciwszy kubrak, pokazał szeroką, jakkolwiek niezbyt głęboką ranę na ramieniu, której wszyscy poczęli się ciekawie przypatrywać, nie mogąc zrozumieć, jakim by narzędziem mo­gła być zadana. Lecz Dumnak rozstrzygnął wątpliwości, gdyż wyjął zza pasa jakiś dziwny przedmiot i rzekł:

-              Patrzcie, oto jest oręż tego potwora! Doprawdy, szczerze podziękowałem w myśli mej matce za to, że wydała mię na świat z takimi mocnymi kośćmi! A gdybym nie uskoczył na­tychmiast, nie tylko ramię moje, lecz i głowa nie byłaby cała!

To mówiąc podał memu ojcu podłużny, płaski kamień rzeczny, przypominający kształtem toporek, zaostrzony z jednej strony jak ostrze siekiery, z drugiej zaś zwężony mocno jak gwóźdź ogromny i tym węższym właśnie końcem wetknięty w otwór w jelenim rogu, a przy­wiązany doń sznurem z łyka.

Kiedyśmy oglądali z zajęciem ów toporek kamienny, człowiek leśny, który dotąd tylko mruczał głucho, porwał się nagle na równe nogi, wydając jakiś groźny, gardłowy, chrapliwy krzyk podobniejszy do krótkiego ryku raczej niźli do głosu człowieka. Dumnak skoczył doń natychmiast i pochwycił z tyłu za ramiona; jednakże tylko z pomocą kilku wojowników udało mu się po uporczywej walce pokonać to ryczące wściekle, kąsające i drapiące stworzenie - tak silne, a zarazem tak zwinne i zręczne, że wywijało się wojownikom z rąk jak wąż, aby wydostać się na swobodę. Byłem małym chłopięciem podówczas, toteż przestraszyłem się ogromnie tego nie znanego mi, dzikiego zwierza i dopiero po dłuższej chwili, gdy odważyłem się wreszcie doń zbliżyć, przekonałem się, iż to jest - człowiek. Wzrostu był raczej niskiego, lecz barczysty, o potężnych muskułach ud i ramion; całe ciało porośnięte włosami, ręce dłu­gie, czoło niskie, nos szeroki i nieco spłaszczony, duże, silne szczęki o grubych wargach przypominały zwierzę drapieżne, a spod lasu gęstych czarnych włosów, spadających mu aż do pasa, świeciły niewielkie czarne oczy o wyrazie okrutnym i zarazem trochę przestraszo­nym. Lecz ten dziki człowiek miał na sobie jaką taką odzież, a mianowicie coś w rodzaju tu­niki ze szczurzych skórek oraz na szyi długi naszyjnik z muszel - może jakiś talizman?... Mi­nę miał posępną i chmurną. Stał nieruchomo, o ile go pozostawiono w spokoju, tylko czasami spoglądał spode łba, ukradkiem, w stronę lasu. Gdy jednak kto doń podchodził i przypatrywał mu się, poczynał zaraz ciskać się i rzucać, szczerząc z wściekłością duże i jak u wilka ostre zęby.

Dumnak począł nam opowiadać:

-              O trzy dni drogi stąd wśród prawie niedostępnej gęstwiny leśnej spostrzegliśmy dużą pieczarę w skale, z której dochodził nas ciężki zaduch. Nic dziwnego - u wejścia bowiem do jaskini leżało kilka na pół odartych z mięsa i na pół rozkładających się trupów zwierząt. Po­mimo iż deszcz począł padać właśnie, woleliśmy schronić się raczej pod występ skały niźli wejść do jaskini zamieszkałej - jak sądziliśmy- przez jakiegoś czworonożnego drapieżnika. Raptem z czarnego jej otworu wypadł na nas niespodzianie ten oto dzikus, który na pierwszy rzut oka zrobił na mnie wrażenie nie człowieka, tylko jakiegoś olbrzymiego włochatego kłęb­ka. Odskoczyłem mimo woli. Ten ruch bezwiedny ocalił mię od śmierci, gdyż toporek ka­

11...

Zgłoś jeśli naruszono regulamin