ROMAIN ROLLAND DUSZA ZACZAROWANA
Tom III i IV TYTUŁ ORYGINAŁU FRANCUSKIEGO
« L ’ AME ENCHANTEE
3 Tower Press 2000
Copyright by Tower Press, Gdańsk 2000
4
TOM TRZECI:
MATKA I SYN
Pax: enim non belli privatio, sed virtus est, quae ex animi fortitudine oritur.
Pokój bowiem nie oznacza braku wojny. To cnota zrodzona z siły ducha.
S p i n o z a. Tractatus Politicus V. 4
TYTUŁ ORYGINAŁU FRANCUSKIEGO . « MÉRE ET FILS
PRZEŁOŻYŁ FRANCISZEK MIRANDOLA
5
C z ę ś ć p i e r w s z a
Wojna nie mogła przerazić Anetki. Myślała: „ Wszystko jest wojną. . . ” Wojną zamaskowaną.
. . „ . . . Nie boję się spojrzeć ci prosto w twarz. ” Wszyscy bliscy Anetki przyjęli
to wydarzenie również niemal bez buntu, ona sama zaś z fatalistyczną uległością zdobytą
w dniach niedawnej próby:
„ Jestem gotowa! Niech się, co chce, dzieje! . . . ” Siostra jej Sylwia z tajonym
wyczekiwaniem, zaledwie mogąc stłumić okrzyk niecierpliwości:
„ Nareszcie! ” Nareszcie! Rozszerza się monotonny strumień upływających dni. Rozszerzy
się krąg miłości i nienawiści. . .
Syn jej Marek przyjął nowinę z posępnym zachwytem, którego na zewnątrz nie okazuje,
zdradzają go jednak rozpalone ręce i gorączkowy blask oczu. . . Objawił się więc
ów tragiczny ideał, którego Marek lękał się w swojej słabości, a jednocześnie pragnął,
opanowany przez ciemne, nie znane jeszcze młodości instynkty, ideał, który budził
siły spętane, przytłumione nudą epoki pozbawionej sensu istnienia. Widzi teraz, jak
starsi od niego wyruszają z domów, upojeni żądzą czynu i poświęcenia. Fala ta nieść
będzie wkrótce wiele błota, w pierwszych jednak dniach źródło jest czyste, o ile
naturalnie czysta być może dusza młodzieńcza skażona niepokojem. Pochylony nad strumieniem,
Marek chwyta wargami i czystość płomienną ofiary, i denny muł. Zazdrości odchodzącym
jutra, którego zakosztują, i lęka się go zarazem. Podnosząc oczy napotyka spojrzenie
matki. Oboje odwracają wzrok. Zrozumieli i się na tyle, by nie pragnąć się lepiej
zrozumieć. Wiedzą dobrze, iż kroczą oboje pod tym samym chmurnym niebem. Jedynym
człowiekiem, który wcale nie brał udziału w owym pełnym egzaltacji podnieceniu, był
Leopold, mąż Sylwii: on jeden z całej rodziny poszedł na front. Liczył na to, że
rocznik jego, należący do najstarszych w armii terytorialnej, nie od razu będzie
powołany, że pobór następować będzie stopniowo. Nie śpieszyło mu się wcale. Przeczucie
jednak mówiło, że wojna więcej od niego okaże pośpiechu i że o nim nie zapomni.
Przypomniała go sobie rychlej, niż przypuszczał. Pochodząc z Cambrai, znalazł się
na pierwszej linii frontu. Dla człowieka w jego wieku był to zaszczyt niemały, ale
doskonale obszedłby się bez niego. Mimo to w chwili wyjazdu nadrabiał miną. Było
to zresztą konieczne: Sylwia zachowywała się po bohatersku, daremnie również szukałby
współczucia w oczach innych kobiet. Każda miała wśród zmobilizowanych męża, kochanka,
syna czy brata. Ten gromadny odjazd nadawał sprawie niezwykłej pozory normalnego
zjawiska. Gdyby ktokolwiek z nich zechciał to podawać w wątpliwość, zmąciłby tylko
spokój kobiet; nikt więc nie próbował protestować, a Leopoldowi nie przyszło to nawet
do głowy. Powołanie nie podlegało dyskusji i tak też przyjęła ten fakt jego rodzina.
Marek niby młody wilczek śledził Leopolda podejrzliwym i zawistnym wzrokiem, wypatrując
momentu słabości. Udawał więc zucha. Podczas pożegnalnej kolacji przepijał, poczciwiec,
do całego personelu. Z ciężkim sercem jednak opuszczał pracownię, choć o interesy
mógł być spokojny: Sylwia będzie umiała ich dopilnować. O reszcie. . . może lepiej
nie myśleć. Na razie była Lukrecją. . . Co za baba! Przy pożegnaniu uronił łzę na
jej policzek, ona zaś powiedziała:
Toż to po prostu wycieczka! Takie piękne lato! Strzeż się tylko kataru!
6 Anetka pocałowała go. ( Tyle przynajmniej zyskał! ) Żal jej go było, ale żalu tego
nie oka-
zywała nie chcąc odbierać mu sił. „ Nieprawdaż? Skoro tak trzeba! . . . ” Szukając
błagającym wzrokiem spojrzenia starszej siostry odczytał w nim tylko życzliwe, lecz
nieugięte:
„ Tak trzeba! ” Wszędzie mur. Jedyna droga iść prosto przed siebie. Więc poszedł.
*
Cały dom, od góry do dołu, wyroił się niby ul pszczeli. Ani jedna komórka nie odmówiła
daniny. Każda rodzina składała w ofierze swych mężczyzn.
Z samej góry, z poddasza dwaj robotnicy, ojcowie rodzin; z piątego piętra syn wdowy,
trzydziestopięcioletni stary kawaler; z piętra Anetki młody urzędnik bankowy, od
niedawna żonaty; z niższego dwaj synowie urzędniczej rodziny; jeszcze z niższego
jedyny syn profesora prawa; z dołu syn właściciela szynku mieszczącego się na parterze.
Razem ośmiu wojowników, wojowników nie z własnej woli. Ale o zdanie nikt ich nie
pytał. Państwo nowoczesne odciąża swych wolnych obywateli od kłopotu posiadania
własnej woli, a obywatele uważają to za bardzo wygodne jeden kłopot mniej!
W całym domu, od piwnic do strychu, zupełna jednomyślność, z jednym tylko wyjątkiem
( nie dostrzeganym zresztą) . Ten wyjątek to pani Chardonnet, sąsiadka Anetki, owa
młoda mężatka; zbyt słaba jednak, by protestować. Niemal wszyscy pozostali nie rozumieją
wcale, dlaczego swą wolność osobistą i prawo do życia złożyć mają w ofierze jakiemuś
tajemniczemu władcy. Poza paroma wyjątkami nie usiłują nawet tego zrozumieć, nie
potrzebują rozumieć, by się z tym pogodzić, wszyscy są bowiem z góry na to przygotowani
przez wychowanie. Kiedy tysiące zgadzają się na coś, nie potrzeba im żadnych dowodów:
każdy czyni po prostu to, co czynią inni, a cały mechanizm ducha i ciała funkcjonuje
sam przez się, bez wysiłku. Miły Boże! Jakże łatwo jest pędzić trzodę na targ.
Wystarczy jeden tępy pastuch i kilka psów. A im liczniejsza trzoda, tym łatwiej daje
się pędzić, tworzy bowiem masę, w której toną poszczególne jednostki. Naród jest
miazgą krzepnącej krwi. Aż przychodzą krytyczne chwile wielkich wstrząsów, regularna
odnowa narodów i pór roku, a wówczas zamarznięta rzeka druzgoce powlokę lodową i
pustoszy kraj zalewając go spienioną i rwącą falą. . .
Mieszkańcy domu różnią się wierzeniami, tradycjami, temperamentem. Każda z tych ko-
mórek duchowych, każda z tych rodzin ma odrębny wzór chemiczny. Mimo to wszyscy jed-
nakowo przyjęli wojnę.
Wszyscy kochają swych synów i podobnie jak dziewięć dziesiątych rodzin francuskich
złożyli w nich wszystkie swoje nadzieje. Już od dwudziestego piątego czy trzydziestego
roku, od progu swego życia, za cenę tajemnych, codziennych ofiar, przenosili na dzieci
radości, które ich ominęły, ambicje, z których zrezygnowali. I oto teraz na pierwsze
wezwanie oddają tych synów bez słowa skargi. . .
Wdowa Cailleux mieszka na piątym piętrze. Ma blisko sześćdziesiąt lat. W chwili śmierci
męża liczyła lat trzydzieści trzy, a synek jej osiem czy dziewięć. Od tego czasu
żyli zawsze razem, nie rozłączając się nigdy, i przez ostatnie dziesięć lat nie było
ani jednego chyba dnia, którego by nie spędzili pod wspólnym dachem. Istna para starych
małżonków. Mimo że Hektor Cailleux nie ma jeszcze czterdziestki, wygląda już na emeryta,
a życie jego, nim się rozpoczęło, już było skończone. Nie żali się na swój los i
nie pragnie innego.
Ojciec był urzędnikiem na poczcie, teraz z kolei jest nim syn. Drugie pokolenie nie
doczekało się awansu i Hektor stoi w tym samym miejscu, co jego ojciec. Ileż jednak
wysiłków potrzeba, by utrzymać się i nie spaść niżej. Człowiek słaby i nie mający
szczęścia zyskuje już, jeśli nic nie traci. Aby wychować syna, matka, nie mając żadnych
dochodów, musiała chodzić
7 na posługi. Było to przykre dla osoby, która prowadziła niegdyś swój własny, drobnomiesz-
czański dom; nie narzekała jednak. Z biegiem lat odzyskała swój skromny raj utracony
i teraz odpoczywa, pracując wprawdzie, ale dla siebie i syna, u którego czuje się
obecnie „ jak w domu ” . Jej poczciwa, krowia twarz wieśniaczki z Berry lepiej
by wyglądała w białym czepeczku z falbankami niż w miejskim kapeluszu, którym co
niedziela przystraja swe siwe włosy, uczesane w mały koczek. Szerokie, bezzębne usta
nie mówią nigdy głośno, mają jednak dla syna i znajomych serdeczny, trochę znużony
uśmiech. Jest nieco przygarbiona. Rano wstaje pierwsza i przynosi synowi do łóżka
kawę, a kiedy on jest w biurze, starannie sprząta mieszkanko i gotuje: jest dobrą
kucharką, a on lubi dobrze zjeść. Wieczorem syn opowiada to, co słyszał w ciągu dnia,
a matka słucha go niezbyt uważnie, szczęśliwa jednak, że mówi. W niedzielę ona
chodzi na ranną mszę, on nie. Tak się już u nich utarło. Hektor nie jest niewie-
rzący, ale i nie wierzy. Religia to sprawa kobiet, matka zajmuje się tym za dwoje.
Po południu spacerują trochę, rzadko jednak opuszczają swoją dzielnicę. On zestarzał
się przedwcześnie i oboje zadowalają się skromnymi, niekosztownymi radościami, które
powtarzają się zgodnie z ustalonym porządkiem. Związek tych dwojga jest tak silny,
że syn nie ożenił się i nigdy się nie ożeni: nie odczuwa potrzeby tego. Żyje bez
przyjaciół, bez kobiet, niemal nic nie czyta i nigdy się nie nudzi. Kupuje ten sam
dziennik, który czytywał jego ojciec. Dziennik ten zmienił wiele razy przekonania,
on jednak ich nie zmienia: niezmiennie wyznaje zawsze poglądy swego dziennika. Nic
go nie interesuje, wiedzie życie automatu. Najmilsze są im monotonne pogawędki, a
także milczący, przewidziany z góry bieg codziennych, drobnych czynności i uświęconych
obrzędów. Ludzie ci nie mają namiętności poza ową bliskością, która stała się drogim
nawykiem. Oby życia tego nic nie zmąciło! Jak najmniej zmian! Jak najmniej myśli.
. . Żyć spokojnie razem. . .
Nie spełni się jednak to skromne pragnienie. Wojna, powołanie do wojska rozłączają
ich. Matka wzdycha i spiesznie pakuje rzeczy syna. Nie protestują. Silniejszy ma
zawsze rację, a tym razem przemówiła potężna siła.
Rodzina Cailleux mieszka nad Anetką o piętro wyżej. O piętro niżej mieszka rodzina
Bernardinów: ojciec, matka, dwóch synów i dwie córki. Katolicy i rojaliści, rodem
z południa, z Akwitanii.
Ojciec urzędnik, mały, korpulentny, krępy człowieczek, kosmaty jak dzik, o krótkiej,
gęstej brodzie, w której ginie twarz jest żywy i krewki. Coś w nim stale wre, temperament
go roznosi. Ten zdrowy, silny wieśniak dusi się w mieście. Lubi dobrze zjeść, śmieje
się rubasznie, a przy najmniejszej przeciwności ów stary grubas tupiąc rzuca się
ze spuszczonym łbem, niby odyniec, w ataku wściekłości równie krótkim jak gwałtownym.
Nagle przypomina sobie o swoim stanowisku i o spowiedzi. Gniewnie chrząkając opanowuje
się i przybiera postawę pełną namaszczenia.
Młodszy z dwu synów, dwudziestodwuletni student, kształci się na archiwistę. Ma bródkę
w klin, dyskretny, złośliwy uśmiech, podkrążone oczy i zagadkowe spojrzenie widywane
na portretach z końca XVI wieku. Poczciwy chłopak, chciałby wyglądać na pełnego perwersji
faworyta pokroju pana d ’ Epernon 1 . Starszy, dwudziestoośmioletni, o pełnej, wygolonej
twarzy, artystycznie odrzuconych do tyłu i ułożonych w szerokie fale włosach, stylizujący
się na Berryera 2 , zaczyna zdobywać rozgłos jako adwokat w procesie Kamelotów 3
. Po powrocie króla zostanie ministrem sprawiedliwości.
1 d ’ E p e r n o n Jean Louis de Nogaret de la Valette ( 1554 1642) faworyt króla
Henryka III, zdolny i ambitny, wyróżnił się w czasie wojen domowych na początku
jego panowania.
2 B e r r y e r Pierre Antoine ( 1790 1868) słynny adwokat i mówca polityczny, członek
Akademii Francuskiej, o przekonaniach katolickich i rojalistycznych, w ciągu całej
swej kariery oratorskiej występował w obronie legitymizmu.
8 Trzy kobiety, matka i córki, są zepchnięte na drugi plan. ( Anetka pozna je później.
) Żyją w
cieniu, czytają mało, wychodzą rzadko, nie bywają w teatrze, często są za to w kościele,
a czas upływa im na pobożnych zajęciach.
Trzej mężczyźni mają gruntowne i dokładne wykształcenie klasyczne. „ Rzym, jedynie
godny uwagi. . . ” Łatwiej by im przyszło dyskutować po łacinie niż za granicą zapytać
o drogę po niemiecku lub po angielsku. Nie raczą zniżać się do tego. Barbarzyńcy
Północy powinni znać nasz język. Żyją ideałami przeszłości i wszyscy trzej, choć
dobrzy chrześcijanie, podziwiają bez zastrzeżeń pogaństwo Maurrasa 4 : cóż to za
Rzymianin! Weseli, umiejący się cieszyć życiem, w zamkniętym kółku nie czują niechęci
do tłustych anegdotek. Cała rodzina w sześcioro chodzi na mszę, dając tym widok wysoce
budujący. Widnokrąg mają ciasny, ale wyraźnie zarysowany, co przypomina owe charakterystyczne
krajobrazy Francji o jasnych, harmonijnych liniach: krąg wzgórz otaczający małe,
od wieków niezmienione miasteczko. Parafiańszczyzna w Paryżu to także jakby miasteczko
prowincjonalne. Nie żywi się tu niechęci do świata spoza murów, a tylko, nie znając,
traktuje się go a priori 5 z odrobiną ironii. Zresztą kto by dbał o to żyje się w
ciasnym, zamkniętym kółku, mając nad sobą Boga i skrawek nieba z białymi wieżami
Św. Sulpicjusza, na których śpiewają dzwony.
Mimo to, skoro rząd Republiki domaga się dwu synów na mięso dla armat nieprzyjaciel-
skich, nikt się nie sprzeciwia. W obrzucanej błotem Republice jest teraz coś świętego.
Wszyscy sześcioro cierpią, ale nikt tego nie okazuje. Wiedzą, że trzeba oddać cesarzowi,
co cesarskie. Bóg nie jest wymagający i wystarczy mu dusza; ciało go nie obchodzi
i nawet nie rości sobie prawa do czynów, zadowalając się dobrymi chęciami. Cesarz
zaś korzysta z tego i zabiera wszystko.
Na drugim piętrze mieszka z synem owdowiały przed kilku laty profesor prawa Girerd.
Pochodzi także z południa, ale to zupełnie inny typ. Jest protestantem z Sewennów
i uważa się za wolnomyśliciela ( wspólne złudzenie wielu biretów naszego uniwersytetu)
. W duszy jednak jest to „ heretyk ” , jakby powiedzieli ( jak mówią) młodzi Bernardinowie,
którzy w rodzinnym kole pokpiwają z jego pełnej namaszczenia miny i wyglądu kaznodziei.
Człowiek to bardzo czcigodny, surowy, obowiązkowy i pełen moralnych przesądów. (
A tacy właśnie są najgorsi, gdyż nie znają litości. ) Sąsiadom z góry mimo szacunku
i całej, nieco sztywnej, ale nienagannej kurtuazji płaci tą samą co oni jemu monetą.
Wbrew szczerej chęci zachowania bezstronności katolicyzm wydaje mu się wadą i ułomnością
organiczną, wyciskającą na najzacniejszych ludziach, mimo wszelkich wysiłków z
ich strony, ni ezatarte piętno. Katolicyzmowi też przypisuje bez wahania upadek
narodów łacińskich. Jako skrupulatny historyk, broni się przed namiętnością we wszystkim,
co mówi i pisze, narażając się na zarzut chłodu i nudy. Jest rzeczywiście chłodny
i nudny w swych wykładach dobrze udokumentowanych, naszpikowanych odsyłaczami i przeciążonych
cytatami, które wygł asza głosem monotonnym i nosowym. Jego krytyka zjawisk historycznych
jest nieświadomie wypaczona przyjętymi z góry założeniami, których nawet nie zauważa,
tak są dla niego oczywiste. Brak giętkości intelektualnej uniemożliwia mu przy
tym przyswajanie sobie myśli odmiennych niż jego własne. Człowiek ten, który czytał
dużo, widział wszystko w książkach, a niemało także i w życiu, zachował jednak
pod siwą czupryną naiwność komiczną, rozrzewniającą. . . przerażającą,
3 K a m e l o c i k r ó l a ( Camelots du roi) nazwa nadana młodzieży grupującej
się wokół monarchistycznej „ Action Francaise ” i rozprzedającej tę gazetę na ulicach.
. 4 M a u r r a s Charles ( ur. 1868) francuski pisarz i publicysta, założyciel grupy
neomonarchistycznej, od
roku 1908 redaktor „ Action Francaise ” . w roku 1945 skazany na dożywotnie więzienie
i usunięty z Akademii Francuskiej za kolaborację z okupantem w czasie drugiej wojny
światowej. W końcu XIX wieku założył wraz J. Moréas szkołę literacką nawiązującą
do tradycji literatury rzymskiej ( tzw. École romane) .
5 A p r i o r i ( łac. ) z góry, niezależnie od doświadczenia, w przeciwstawieniu
do a posteriori na podstawie doświadczenia.
9 bo ona właśnie jest źródłem wszelkich odmian fanatyzmu. Zmysł moralny ma silnie
rozwi-
nięty, przy jednoczesnym zaniku zmysłu psychologicznego. Nie rozumie zgoła tych,
którzy nie są do niego podobni.
Syn jest zupełnie taki sam jak ojciec. Niedawno, mając lat trzydzieści, bronił swej
wybitnej rozprawy naukowej i uzyskał tytuł doktora Sorbony. Historyk ten widzi
świat przez okulary idei, swoich oczywiście, a to, że okulary powinny być sprawdzone
przez okulistę, nigdy mu nie przyszło do głowy. Dla niego, podobnie jak dla ojca,
„ na początku ” był nie fakt, lecz „ zasada ” . Republika jest zasadą, zwycięstwa
pierwszej rewolucji posiadają oczywistość teorematu, rozpoczynająca się zaś wojna
jest nieuniknionym dalszym ciągiem wywodu. Ma za zadanie ustanowić w świecie Pokój
i Demokrację. Ani syn, ani ojciec nie uświadamiają sobie, że mądrzej byłoby może
zacząć od zachowania tego pokoju. Nie wątpią natomiast, że ludy, które go łamią,
są zapóźnione, niezdolne do ujrzenia i przyjęcia prawdy. Należy więc zmusić je do
tego dla ich własnego dobra oraz dla dobra całego świata.
Dwaj ci mężczyźni, ojciec i syn, niby dwaj bracia w różnym wieku podobni do siebie
i kochający się wzajem wysocy, wyprostowani, szczupli i dumni żyją w szczelnej powłoce
ideologii, przez którą nie przenika bodaj cień wątpliwości. Wiedza tych ludzi, przy
całej wewnętrznej uczciwości, służy ich demokratycznej wierze. Nie mają świadomości
tego, bo świadomość ich kształtowana jest przez ich wiarę. Wierzą. . . Wierzą. Wierzyliby
nawet mi stosie. ( Stosem tym będą dla syna okopy, a ojciec będzie mu tam towarzyszył
swoim krwawiącym sercem. . . ) Wierzą. . . I ludzie ci twierdzą, że są wolnomyślicielami!
Młody Girerd ma narzeczoną, uroczą, dzielną dziewczynę z zamożnej rodziny genewskiej,
Lidię Murisier, która jest w nim zakochana, a którą on czci religijnie. Miłość jej
nie ma może tego religijnego charakteru, jest nawet bardzo świecka. Ale chcąc się
upodobnić do narzeczonego Lidia usiłuje nadać swemu uczuciu ów charakter, a śmiejącym
się błękitnym oczom
wyraz powagi. Z natury swojej będąc istotą jak najbardziej świecką, żądałaby od życia
radości naturalnych: ziemi, wody i powietrza, urody wszystkich pór roku, zdrowia,
słońca i miłości swego ukochanego gdyby tylko ów ukochany nie szukał szczęścia
poza życiem, w świecie idei. Lidia usiłuje tedy szukać go z nim razem. I w ten
sposób młoda Szwajcarka, która nie potrzebowałaby wcale zajmować określonego stanowiska
w sporze narodów, uczy się potulnie na pamięć republikańskiego katechizmu francuskiego,
rewolucji roku I 6 i Praw Człowieka uzbrojonego, gdyż w to wszystko wierzy narzeczony.
. . Ach! Gdyby mogła pójść za głosem swych pragnień, uniosłaby go w ramionach z dala
od tej zawieruchy! Jakże ta wojna ją przygnębia, jak daleka jest od jej myśli!
Ponieważ jednak ukochany widzi i sądzi inaczej, czyni sobie wyrzuty; jest słaba,
nie ma racji. Aby być godną jego miłości, winna zamknąć swoje oczy i patrzeć jego
oczyma. . . O, drogi mój, chcę wierzyć, bo ty wierzysz, i oto już wierzę. . .
Sąsiadka Anetki z tego samego piętra, Klarysa Chardonnet, jedyna w całym domu nie
chce wierzyć. Nie, nie. . . Miłość jej nie należy do tych, które skłonne są poświęcić
siebie i ukochanego jego fałszywej wierze! . . . Zresztą to nieprawda! On nie wierzy,
liczy się tylko z szacunkiem ludzkim i boi opinii publicznej. Jest to urzędnik
bankowy, przeciętny, miły chłopiec o jasnych wąsikach i wyblakłych oczach, trochę
mdły. Sprawy szerokiego świata, bank, polityka i wyznajmy to ojczyzna, wszystko
jest mu doskonale, całkowicie obojętne. Jedyną ważną dla niego sprawą jest ta kobietka,
którą wziął ( a może to ona go wzięła? ) przed trzema zaledwie miesiącami. Cóż za
miesiące! Wciąż nie mają ich dość. Splecione palce drżą im na wspomnienie minionych
nocy. Jakże mocno trzyma go przy sobie ta namiętna młoda robotnica paryska! Czci
go jak bóstwo, swoje własne bóstwo, własne dobro, zabawkę, kota, zwierzę domowe,
duszę jeśli ją posiada wnętrzności swe, swoje wszystko, swoją własność! . . . Jest
6 R e w o l u c j a r o k u I według kalendarza rewolucyjnego rok 1792 ( rok detronizacji
króla i ogłoszenia republiki) został uznany za I rok nowej ery.
10 chudą, wiotką, nerwową brunetką o aksamitnych oczach i wąskich jak czerwona nitka
ustach
na bladej, starannie uszminkowanej twarzy, z której namiętność wyssała całą krew.
On zaś pozwala się łaskawie adorować, nie dziwi się i ulega tej nienasyconej kobiecie.
Każde z nich staje się na przemian łupem drugiego. Żadne nie przypuszcza, że to mogłoby
się skończyć. Życie nie ma dla nich innego sensu. . .
On jednak na pierwsze wezwanie wojny staje bez protestu. Nie jest to wcale wesołe,
a on nie jest wcale odważny. Płakałby niezawodnie nad tym, co traci, i nad tym, co
przyniesie mu przyszłość, lęka się jednak, że okazując swą słabość naraziłby się
na śmieszność i wzgardę ludzką. Nie przystoi mężczyźnie zbyt mocno kochać. Ona zrozumiała
go doskonale, krzyczy:
Tchórz, tchórz! I wybucha łkaniem. On się buntuje i szydzi, oburzony:
Tchórz? To mi nazwa dla człowieka, który ma być bohaterem! „ Umrzeć za ojczyznę!
” Ona błaga, by przestał tak mówić wzmianka o śmierci przeraża ją. Prosi go o przebacze-
nie, on zaś ma doskonałą . okazję do popisania się deklamowaniem patriotycznych frazesów,
a zarazem dodaje tym sobie odwagi. Ona nie śmie dłużej protestować; jest zbyt osamotniona,
nie może powiedzieć, co myśli. Cały świat ( to nie ma znaczenia) i on ( to jedynie
istotne! ) uznaliby to za herezję. Wie jednak dobrze, iż w tajemnicy, w głębi duszy,
i on myśli tak samo jak ona. . . biedaczysko! „ Umrzeć za ojczyznę! ” Nie, nie, to
dobre dla galerii! . . . Mężczyźni są tchórzami, nie mają odwagi bronić swego szczęścia!
Biedacy! Biedacy! . . . Ociera oczy. Jest przecież na scenie, trzeba się uśmiechać,
skoro on tak chce. Wypłacze się za kulisami. . . „ Tak, i ty także! . . . Nie oszukasz
mnie. I tobie serce zamiera w piersiach, tak jak mnie. O, tchórzu, tchórzu, po co
idziesz? ” On zaś czyta w jej myślach i zastanawia się głośno:
Cóż robić? Ale ona jest kobietą, i to namiętną. Nie słucha. Nie słucha niczego, co
jest nie po jej myśli.
Co robić? Zostać. Ze zniechęceniem wzrusza ramionami. Ach, cały świat jest przeciw
niej! . . . Świat jest także przeciw niemu. Ale ona czuje żal do męża, ponieważ przyznaje
on światu rację i ulega. Dlaczego? . . .
Ulegają także dwaj robotnicy z poddasza. Perret ( galanteria skórzana) i Peltier
( elektromonter) . Gotowi byli wystąpić przeciw wojnie. Ponieważ jednak nikt przeciw
niej nie występuje, trzeba iść razem z wszystkimi. Nie ma wyboru. Obaj są socjalistami
...
rutkowska-j