"Pasja"
Jerzy Kosiński
Wydawnictwo Da Capo
Warszawa 1993
Katherinie, darowi życia, jakże cenniejszemu od tego, co
życie zwykle przynosi
Wszystko to powiedziałem, moja gosposiu, abyś zrozumiała
różnicę, jaka między jednymi a drugimi rycerzami zachodzi;
słuszna to rzecz byłaby, aby panujący bardziej cenili ten drugi,
a raczej ten pierwszy rodzaj błędnych rycerzy, którzy, jak to
czytamy w powieściach o nich, mieli na celu dobro nie jednego
tylko, ale wielu królestw.
Cervantes, "Don Kichote"
(przeł. Anna Ludwika Czerny i Zygmunt Czerny)
Jakże to więzień może się na zewnątrz wydostać, jeśli nie
przebije się przez mur? Dla mnie ten biały wieloryb jest murem,
co tkwi nade mną. Czasem już myślę, że nic poza nim nie ma.
Melville, "Moby Dick"
(przeł. Bronisław Zieliński)
Fabian postanowił się ostrzyc. Zaparkował autodom przy
krawężniku naprzeciw pierwszego zakładu fryzjerskiego, jaki
zobaczył. Dopiero kiedy wszedł do środka, zorientował się, że
jest to modny salon, którego klientelę stanowią młodzi i bardzo
eleganccy ludzie. Było coś niezmiernie pretensjonalnego zarówno w
wystroju wnętrza, jak i w wyglądzie osób obojga płci, przy
których krzątały się młode fryzjerki.
Dziewczyna z szopą loczków na głowie umyła mu włosy. Ubrana
w dżinsy i jedwabną kamizelkę, z której co rusz wyzierały piersi,
żuła monotonnie gumę, tak jak znużona klacz przeżuwa paszę,
obojętna na chrzęst swoich szczęk. Fabian, z głową odchyloną do
tyłu nad umywalką, wpatrywał się w sufit, czując na głowie ręce
dziewczyny masujące mu skórę, a na plecach dotyk jej piersi,
ilekroć pochylała się do przodu.
- Jak się dziś czujemy? - Pytała tak pewnie wszystkich
klientów.
- Dobrze - odparł.
- Wciąż ma pan niezłe włosy jak na kogoś w pańskim wieku -
oświadczyła spłukując szampon. - Ledwo widać siwiznę!
- Dziękuję - powiedział. Bolało go ubóstwo języka, którym w
tak zdawkowy sposób wyraża się wdzięczność, kwitując prawdziwy
stan uczuć brudnym banknotem "dziękuję" i wytartą monetą
"dobrze".
- Mieszka pan w pobliżu? - spytała, kiedy usadowił się w
fotelu fryzjerskim.
- Po drugiej stronie ulicy.
- Poważnie? - zdziwiła się. - To niesamowite, ilu ludzi
żyje w mieście tuż obok siebie, nic o tym nie wiedząc.
Wzięła się za strzyżenie; przy każdym ruchu kamizelka
dziewczyny przemieszczała się lekko, ukazując linię jej szyi,
pachy, skrawki piersi. Fabian obserwował fryzjerkę w lustrze; ich
oczy to spotykały się, to omijały.
Jej bliskość postawiła instynkt erotyczny Fabiana w stan
pogotowia. Czuł, że będzie uwodził ją w wyobraźni, aż w końcu,
nie potrafiąc uwolnić się od jej obrazu, zmienić biegu swoich
myśli, rzeczywiście zacznie ją podrywać.
Lecz wiedząc, jak funkcjonuje jego umysł, po chwili uznał
nagłe zainteresowanie dziewczyną za krótkotrwałą tęsknotę
zmysłów, namiastkę prawdziwego pożądania, zbyt słabą, żeby nabrał
ochoty na włączenie się w bieg świata i kolejny erotyczny podbój.
- Czym się pan zajmuje? - zapytała.
- Gram w polo.
- W polo? Tak zarabia pan na życie?
- Właśnie.
- W naszym mieście?
- Niezupełnie. Jeżdżę po całym kraju - wyjaśnił.
- Nigdy nie widziałam gry w polo - powiedziała. - Tylko film
w telewizji o takim jednym zawodniku, który spadł z konia i
został kaleką. Potem grał jeżdżąc na wózku inwalidzkim. Widział
pan ten film?
- Nie przypominam sobie.
- Jaką grą jest polo?
- Szybką.
- Co pan jeszcze robi?
- Piszę.
- Dla Hollywoodu czy dla telewizji?
- Nie, piszę książki. Książki o jeździectwie.
- Podręczniki?
- Niezupełnie. Tłumaczę, co to znaczy być jeźdźcem.
- A co to znaczy?
- Jeśli pani naprawdę chce wiedzieć, radzę przeczytać parę
książek.
Po chwili milczenia dziewczyna jeszcze raz spróbowała
nawiązać rozmowę.
- Większość facetów, których strzygę, cały czas patrzy w
lustrze na siebie. A pan rozgląda się po salonie. Dlaczego?
- Bo znam już faceta w lustrze - odparł Fabian. - Nie znam
natomiast tego salonu.
Uznała, że nie jest dla niej kimś interesującym i -
powróciwszy do swojego pierwotnego stanu umysłowego odrętwienia -
pospiesznie wysuszyła mu włosy, parząc mu skórę głowy gorącymi
podmuchami ręcznej suszarki.
Zapłacił w kasie, po czym wrócił do dziewczyny i dał jej
napiwek. Schowała banknot do kieszeni, nawet na niego nie
patrząc.
- Do następnego razu, panie polo - powiedziała, ledwo
wykrzywiając usta w grzecznościowym uśmiechu.
Na zewnątrz było ciepło. Fabian postanowił przejść się po
parku. Zanim wyruszył na spacer, umocował do obu boków autodomu
tablice z jaskrawym napisem "Międzystanowa Stacja Przyrodnicza".
Teraz mógł mieć pewność, że policja drogowa nie będzie
interesować się pojazdem i niepokoić koni podczas jego
nieobecności.
W parku było mnóstwo ludzi. Z tarasu restauracji roztaczał
się widok na rozległą murawę, po której przechadzali się
spacerowicze; inni odpoczywali na trawie, a wokół nich dokazywały
dzieci i psy. W rogu tarasu znajdował się wolny stolik; jego ceną
była konsumpcja. Fabian nie miał ochoty na jedzenie, ale zamówił
kanapkę i coś do picia. Na tarasie ogrzewali się w popołudniowych
promieniach słońca nikomu niepotrzebni, wsparci o laski starcy
oraz samotne stare kobiety; u ich stóp drzemały zwinięte w kłębek
pudle. Parę psów uganiało się między krzesłami.
Do kilku studentek zajmujących stolik obok Fabiana
przysiadła się grupa hałaśliwych młodzieńców. Ponieważ nie mogli
się pomieścić, chcieli, żeby Fabian odstąpił im swój stolik.
Jeden z chłopaków powiedział mu, żeby przesiadł się gdzie
indziej, ale Fabian grzecznie odmówił. Ze złości zaczęli potrącać
krzesłami jego stolik, śmiać się i wymieniać półgłosem złośliwe
uwagi na temat jego dżinsowego stroju i kowbojskich butów na
wysokim obcasie. Przedrzeźniali jego sposób bycia i akcent;
usłyszał, jak jedna z dziewcząt, najwyraźniej pozująca na
intelektualistkę, określa go mianem "egzystencjalnego kowboja".
Fabian ignorował ich; nie zamierzał dać się sprowokować. Wkrótce,
znudzeni bezowocnymi drwinami, młodzieńcy skupili się na jedze-
niu, trunkach i - pobudzeni zmysłową pogodą - budowaniu
erotycznego napięcia między sobą a studentkami.
Odczekawszy odpowiednio długą chwilę, Fabian wstał i
schylił się, udając, że coś upuścił, po czym zamoczył róg
papierowej serwetki w żółtej kałuży świeżo pozostawionej przez
jednego z pudli. Następnie, chowając serwetkę w dłoni, zaczął się
przeciskać między krzesłami, jakby szukał upuszczonego
przedmiotu. W trakcie wędrówki przesuwał serwetką po krawędziach
marynarek, które młodzieńcy zawiesili na oparciach krzeseł. Nikt
tego nie zauważył; po chwili Fabian wyrzucił serwetkę, wrócił do
stolika, zamówił jeszcze coś do picia i spokojnie czekał na
rozwój wypadków.
Pudle, które dotąd obwąchiwały ziemię oraz nogi krzeseł i
stolików, nagle znalazły nową atrakcję - charakterystyczny
zapach. Zaczęły węszyć zaintrygowane, z wdziękiem typowym dla tej
rasy trącając nosami marynarki; potem każdy unosił elegancko
tylną nogę i puszczał żółty strumień z precyzją gracza w polo
uderzającego piłkę.
Słońce prażyło; młodzieńcy, odchyleni do tyłu, wystawiali
twarze na jego działanie. Psy dokazywały na tarasie, co jakiś
czas wracając, aby niezauważenie pozostawić swoje oryginalne
wizytówki. W pewnym momencie któryś z młodzieńców sięgnął za
siebie, żeby wyjąć papierosy z lewej dolnej kieszeni marynarki.
Wzdrygnął się i cofnął rękę. Jakieś odległe powiązanie ze światem
zwierzęcym kazało mu podnieść ją do nosa i ostrożnie powąchać.
Zidentyfikował zapach i rozejrzał się, szukając winowajcy.
Dojrzał psy hasające wesoło dookoła. Fabian obserwował, jak
chłopak zerka ukradkiem na towarzyszy, żeby się upewnić, czy nikt
nie widział, co mu się przytrafiło. Najwyraźniej uznał, że nie ma
sensu mścić się na psach; bez słowa wytarł dłoń o skraj obrusa,
po czym zdjął marynarkę z oparcia i położył sobie na kolanach,
żeby wyschła.
Wkrótce pozostali młodzieńcy również odkryli, jakie
zastosowanie znaleźli dla ich marynarek najwierniejsi przyjaciele
człowieka. Ogarnięci furią, zawołali kierownika restauracji i
pokazując mu ubrudzone marynarki i zniszczone zawartości
kieszeni, domagali się odszkodowania. Spokojny taras przemienił
się w hałaśliwą arenę oskarżeń i pretensji. Kierownik nie miał
najmniejszej ochoty narażać swojego powonienia na przykre
doznania; kiedy młodzieńcy nalegali, żeby powąchał marynarki,
krzyknął, że nie jest psem. Młodzieńcy zaczęli warczeć jeden na
drugiego; studentki, chichocząc, odeszły. Wiekowi lordowie i damy
przywołali swoje ogary, założyli im smycze i z ociąganiem ruszyli
w poszukiwaniu bardziej spokojnego lokalu, gdzie nic nie zakłó-
całoby błogiego letniego dnia. Fabian obserwował oddalającą się
gromadkę.
Fabian, samotny nomad autostrad, w swoich wędrówkach
gardził kempingami, na których tylu innych właścicieli
karawaningów i przyczep mieszkalnych wymieniało opowieści o
kłopotach z silnikami, odparowywaczami nieczystości i zbiornikami
na wodę. Jego autodom - niczym namiot Beduina - towarzyszył mu
zawsze, zarówno kiedy mknął po monotonnej pustyni, jak i kiedy
krajobraz za oknem nieustannie się zmieniał; gdy kierował się w
obrane z góry miejsce i gdy całkowicie zdawał się na przypadek,
rozbijając obóz tam, gdzie spodobała mu się napotkana oaza. Jego
podróż nigdy nie miała konkretnego celu; gonił autodomem wiecznie
uciekający horyzont, choć głód tego, co horyzont obiecywał, nigdy
nie zostawał zaspokojony. Napędzany gładko pracującym silnikiem
dieslowskim autodom Fabiana, pomysłowe skrzyżowanie ciężarówki z
przyczepą kempingową, ogromny, poruszający się na dziewięciu
parach kół pojazd, zdawał się płynąć nad szosą niczym
poduszkowiec.
Osłonięty od ciekawskich spojrzeń przez obszerne szyby nie
pozwalające dojrzeć, co jest w środku, podróżnik miał do
dyspozycji przestrzenną szoferkę, salonik, uniwersalne i
znakomicie wyposażone pomieszczenie do pracy, a nad nim sypialnię
z dużym małżeńskim łożem pod rozsuwaną kopułą z pleksiglasu.
Dalej znajdowała się kuchnia - urządzona równie precyzyjnie jak
na statku - z której prowadził do łazienki wąski korytarzyk;
wreszcie, mijając dwa pomieszczenia służące za magazyny,
wchodziło się do ministajni mieszczącej dwa konie. Autodom
Fabiana cechowały komfort i użyteczność; nadawał się idealnie dla
wolnego, niezależnego człowieka, który wygodę własną i swoich
wierzchowców ceni sobie nie mniej od możliwości szybkiego
przemieszczania się z miejsca na miejsce. Był wręcz dziełem
sztuki; podziw, jaki wzbudzał u obcych, stanowił najlepszy dowód
dobrego gustu Fabiana, a zarazem potwierdzenie jego sposobu
postrzegania rzeczywistości. Uroda pojazdu była jak uroda kobiety
mijanej na ulicy - jej widok krystalizuje pożądanie czegoś, czego
potrzeby nie odczuwało się dotąd.
W swoim autodomie Fabian mógł dotrzeć wszędzie, lecz nie na
szczyty kariery, która wymagałaby stałego adresu. Jego
potencjalnym adresem był każdy punkt na mapie; każda miejscowość
mogła stać się jego nowym miejscem zamieszkania. Woził ze sobą
spis graczy w polo, hodowców koni i właścicieli stajni, z których
wielu znał osobiście, a także wykaz miejskich, lokalnych i pry-
watnych stajni, publicznych i prywatnych parków, po których wolno
jeździć konno, krytych parkingów, na których mieścił się jego
pojazd, oraz placów kempingowych w całych Stanach.
Fabian mógł sobie pozwolić tylko na używany karawaning;
przez długi czas studiował pilnie ogłoszenia, aż wreszcie wpadło
mu w oko jedno, zamieszczone w piśmie poświęconym hipice i polo.
Kilkakrotnie dzwonił do pośrednika, ale dysponował jedynie połową
żądanej sumy.
Autodom został zbudowany w Oklahomie na zamówienie młodego
Teksańczyka, który na przekór pragnieniom rodziny, nie chciał się
ustatkować. Wolał wyruszyć w drogę, zabierając ze sobą swoją
dziewczynę i dwa ulubione konie. Z dziewczyną zabawiał się bez
przerwy; z końmi wtedy, gdy znajdował boisko i chętnych do gry.
Może tym, co skłoniło młodego Teksańczyka do wyruszenia w
trasę, była historia podboju Azteków, którzy - po raz pierwszy w
życiu widząc konie - uznali żołnierzy Corteza za niezwyciężonych
bogów i poddali im swoje królestwo; ale młody Teksańczyk,
zamknięty w metalowych ścianach autodomu, nie bardzo potrafił
wczuć się w rolę współczesnego konkwistadora amerykańskich szos;
zaczął się nudzić. Po trzech latach podróżowania karawaningiem
wystawił go na sprzedaż. Przez długi czas nikt nie był
zainteresowany kupnem. Wreszcie, z pomocą bankowej pożyczki,
Fabian zdołał zapłacić żądaną cenę. Upragniony autodom stał się
jego własnością.
Tak samo jak cenił autodom za jego wygodę i mobilność, tak
samo podziwiał konia, istotę wręcz idealnie zbudowaną, jeśli
chodzi o wytrzymałość i użyteczność. W odysei skazanego na lądowy
żywot człowieka koń jest jego najdawniejszym pojazdem, a tym
samym najstarszym zwiastunem kosmicznych lotów. Pierwszy człowiek
galopujący na wierzchowcu, wsłuchany w tętent kopyt niosących go
w dal, był zarazem pierwszym pasażerem statku kosmicznego,
podróżnikiem w przestrzeni. Koń jest jedynym zwierzęciem, któremu
człowiek powierza siebie; tylko z nim wchodzi w tak intymny
kontakt, dotykając jego ciała łydkami, udami i pośladkami, tylko
jemu pozwala pośredniczyć między sobą a ziemią. Koń pomagał
człowiekowi w pracy, wożąc jego i narzędzia, szarżował z nim w
bitwie; razem uczestniczyli w łowach, wyścigach, skokach przez
przeszkody, razem występowali na ujeżdżalni, na parcoursie, na
arenie cyrkowej. I wspólnie brali udział w polo - najstarszej
znanej grze, w której zawodnicy posługują się piłką.
Jako zawodowy gracz polo, zafascynowany zwierzęciem nie
mniej niż samą grą, Fabian uważał, że tak jak niegdyś człowiek
podróżował na koniu albo w ciągniętym przez zaprzęg powozie, tak
teraz, w erze samochodów, jest jak najbardziej słuszne, aby woził
konia ze sobą - w karawaningu.
Dojechał do przedmieścia. Miasto otaczały ciągnące się
kilometrami cmentarze; umarli oblegali żywych niczym wojska
czekające na poddanie się fortecy. Na tle zamglonego horyzontu,
za ogromnymi mrowiskami miejskiego wysypiska, wznosiły się
wieżowce. Fabian umocował do boków autodomu tablice z napisem
"Kwarantanna", niezwykle skuteczne, gdyż odstraszały złodziei,
ciekawskich przechodniów i kierowców; jeśli natomiast czasem
potrzebował pomocy, napis sprawiał, że chętnie mu jej udzielano.
Przyroda rozdziela ludzi lasami i rzekami, lecz miasto
ofiaruje samotność, która jest nie tylko wolnością, ale i
schronieniem. Dla Fabiana miasto zawsze stanowiło azyl. Tutaj,
gdzie ciągle dotyka się innych ludzi, czy to na chodniku, w
metrze, autobusie, w kinie, w szpitalu, w kostnicy, czy na
cmentarzu, gdzie od obcych ciał dzielą centymetry, wszystkie
drogi prowadziły do jego duchowego domu.
Miasto jest siedliskiem seksu. Fabian uważał, że skoro
natura wyposażyła ludzi, proporcjonalnie do ich wielkości, w
największe i najbardziej rozwinięte narządy płciowe, uczyniła to
dlatego, że ze wszystkich ssaków tylko oni potrafią utrzymywać
się w stanie wiecznej gotowości seksualnej. Tak więc popęd jest
najbardziej ludzkim ze wszystkich instynktów. Życie zapewnia lu-
dziom dość czasu, żeby mogli myśleć i działać, pożądać i uprawiać
miłość. Ponieważ jednak siły witalne są w stanie zawieszenia
podczas snu, a najpełniej objawiają się podczas współżycia
seksualnego, Fabian dzielił życie na sferę snu i sferę seksu.
Kiedy spał, był więźniem czasu, który tłumił wszelką jego
aktywność, to dopuszczając do niego zwidy, to zakazując im
dostępu. Seks natomiast wyzwalał go, dostarczając odpowiedni
język pilącemu słownikowi nastrojów i potrzeb; mowa znaków,
gestów i spojrzeń składa się na język ogólnoludzki i wszędzie
zrozumiały. Sen jest wyrazem wewnętrzego schematu życia, seks
jego zewnętrzną manifestacją. We śnie Fabian istniał dla samego
siebie; uprawiając seks, dla innych. Jeśli chciał spać, sen
nachodził jego, jeśli chciał seksu, to on nachodził innych. Nie
uważał, aby zwrot "spać z kimś" był równoznaczny z uprawianiem
seksu; sen i seks miały, jego zdaniem, tylko tyle wspólnego, że
jedno i drugie odbywało się w łóżku.
rutkowska-j