Lucyna Legut
Marzę o ślubie
(Trzecia i ostatnia część "Miłości trzynastolatki")
Moja miłość frunie ze mną Nie pytajcie mnie, jak się czuję, bo sama nie wiem.
Jestem i szczęśliwa, i nieszczęśliwa. Obracam na palcu kółeczko od firanki, :zyli mój zaręczynowy pierścionek... Zaręczyliśmy się z Grześkiem w Dworku Sierakowskich, pijąc waniliową herbatę. To jest to samo ółeczko, które wówczas wpadło do mojej filiżanki z herbatą i któ-"e Grzesiek włożył mi na palec jako zaręczynowy pierścionek. Grzesiek ma cudowne pomysły! Wracam więc do mojej szkoły M Anglii jako narzeczona! Dziewczyny poszaleją z zazdrości! Nie-;zęsto się spotyka aż tak szczęśliwe narzeczone. Z drugiej jednak itrony jestem nieszczęśliwa, no bo bez Grześka. Boże! Jak ja wy-:rzymam bez niego przez te pół roku? Moje serce szaleje! Gdybym -nogła przypiąć sercu skrzydła i wysłać je do Grześka, tak jak się wysyła gołębie pocztowe z ważną wiadomością... Grzesiu! Moje >erce krwawi! Moja dusza jęczy! A ja z rozpaczy ogryzam paznok-:ie, aż do samego ciała! Kocham cię, Grzesiu! Kocham! Kocham, jak wariatka! Może rzeczywiście zwariowałam? Może, gdy wysiądę s samolotu, od razu wpakują mnie w kaftan bezpieczeństwa? Chy-?a coś się naprawdę ze mną dzieje, bo chłopak, który właśnie przeszedł obok mnie, bardzo uważnie mi się przyglądał. Pewnie zauważył oznaki szaleństwa. Machinalnie odwróciłam za nim głowę i on także się odwrócił, a potem nagle podszedł do mnie usiadł obok. - Wydaje mi się, że pękasz. Coś cię gnębi? A może nie znosisz podniebnych podróży? - zagadnął. Przechylił się do przodu, wpatrując iię w moją twarz.
- Nic mi nie jest - powiedziałam i odwróciłam głowę do na. Nie miałam ochoty zwierzać się z mojej rozpaczy całki obcemu człowiekowi. Jeżeli on zauważył, że cierpię, to pew wszyscy pasażerowie samolotu to zauważą. Niemal wpadł-w panikę. - Ja też nie lubię samolotu - ciągnął niezrażony moim ZUTUT tonem. - Codziennie słyszy się o katastrofach. To nic przyjemne fajtnąć w dół i zostać mokrą plamą. Ale ja mam metodę. Procł Kapujesz? Łykasz i masz w nosie karambole i wszystko. Prawdzh odlot. Czyli lot samolotem z rozkosznym odlotem - roześmiał : łobuzersko. Zwróciłam twarz w jego kierunku. - Przypuszczam, że masz na myśli narkotyki. Otóż mnie to r interesuje. I nigdy nie będzie mnie to interesowało. - A to już twoja broszka. Są tacy, którzy kochają cierpień! Słyszałaś o biczownikach? Lubisz cierpieć, to cierp. Chciałem ofiarow; koleżeńską pomoc. Za frajer. Nie wziąłbym od ciebie grosza. Ni chyba żebyś chciała nabyć coś na zapas. Kiedyś się do tego przekonas Bo nie da się żyć w tym drańskim świecie. Trzeba o nim zapomnie' Proch ratuje życie. - A ja słyszałam, że odbiera życie! - Jakiś kretyn ci to powiedział. Spójrz na siebie w lusterko Wyglądasz jak siedem boleści. A mogłabyś zacząć skakać ze szczęście - Słuchaj! Zostaw mnie w spokoju, bo zawołam stewardesę - zdenerwowałam się. - Nie znam cię i nie chcę znać. Dlaczego właśnie do mnie się przyczepiłeś? Handluj sobie z kimś innyn twoimi prochami. - Nie bądź taką ważniaczką! Nie jest powiedziane, że się jeszcze kiedyś nie spotkamy. Może wtedy nie będę taki miły. Myślisz, że nie wiem, kim jesteś? Znam twoją szkółkę w Oliwie i nawet poznałem kilku kolesiów. Może się zdarzyć, że ci ktoś kiedyś nabije guza. Ze mną lepiej nie zaczynać. No to cześć, ślicznotko! Wyniósł się na swoje miejsce, ale za każdym razem, gdy stewardesa przechodziła, oglądał się na mnie, sprawdzając, czy przypadkiem nie donoszę na niego. "Poznałam prawdziwego handlarza narkotyków!" - pomyślałam ze zgrozą. Wyglądał jak miły chłopak z porządnego
domu. Zawsze mi się wydawało, że taki handlarz musi mieć twarz mordercy, a on był zwyczajny. Dziwne, że odważył się proponować mi jakieś prochy. Pewnie ma je ukryte w toalecie, bo kierował się w tamtą stronę. Gdybym na niego naskarżyła, nie znaleźliby niczego przy nim. Bardzo sprytnie. Zdenerwował mnie ten incydent. l świadomość, że on się kręci w pobliżu mojej szkoły. Nie wydaje mi się, aby u nas ktokolwiek zażywał narkotyki. Może on tylko czyha, aby kogoś namówić do tej strasznej rzeczy? Nie wszyscy mają takie mocne charaktery jak ja. Poza tym młodsze dzieciaki są jeszcze naiwne i nie znając niebezpieczeństwa, mogłyby chcieć czegoś spróbować. Zwłaszcza przy takiej zachęcie. On ma dar przekonywania, oczywiście jeżeli idzie o naiwnych. Będę musiała porozmawiać o tym z naszą panią wychowawczynią, gdy tylko wrócę na stałe do szkoły. Stworzymy zespół opieki nad młodszymi dzieciakami. Nie pozwolę, aby mu się udało kogoś z naszych wciągnąć w to bagno. Gdyby nie było kusicieli, nie byłoby także narkomanii. Sprawdziłam, czy moja podręczna torba leży na siatce, tam gdzie ją położyłam; słyszałam, że zdarzało się, iż ktoś podrzucił komuś innemu prochy, a sam bezpiecznie szedł sobie obok, i gdy nakryto tego kogoś, to winny był bezpieczny. Nie wiem, jak potem odbierają ,,towar", ale z pewnością mają na to swoje sposoby. Nigdy nie zastanawiałam się nad sprawą narkotyków. Nie było takiej potrzeby. Teraz już nie pozbędę się tej myśli. Powinno się coś z tym zrobić. Tylko nie wiem co. Nie można pozwolić, aby naiwne dzieciaki skracały sobie życie. No i przecież tyle złego dzieje się przez narkotyki! Nawet inteligentni młodzi ludzie decydują się na spróbowanie "zakazanego owocu", a potem nie mogą się już wyzwolić z nałogu i bywa, że popełniają przestępstwa, aby tylko zdobyć pieniądze na narkotyki. Nie rozumiem, jak można być tak głupim, aby nie wiedzieć, co narkotyki mogą zrobić z człowieka. Nikt by tego nie tknął, gdyby się najpierw zastanowił. To tak, jakby spróbować pocałunku z diabłem. Kto ma rozum, wie, jak się skończy taka chwila rozkoszy. W piekle. Do końca lotu nie przestałam o tym myśleć.
Ratunku! Jestem w potrzasku Nie lubię oklepanych zwrotów, ale to był naprawdę ,,gn z jasnego nieba"! Pierwsza osoba, na którą się natknęłam na lotnis w Gotwick, to był Colin! Pomyślałam, że chyba zaraz zemdleję a] że mi się to śni. Zacisnęłam mocno powieki, łudząc się, że g znowu otworzę oczy, Colina tam nie będzie. Oczywiście miafc zganić się za ten sen. Ale nie tylko z oczyma coś mi się stało, słuchem także, bo tuż obok usłyszałam głos Colina: - Wiem, o której przylatują samoloty z Polski. Niejeden r przychodziłem tu z mamą po babcię. Pomyślałem, że będziesz mia tysiąc walizek. Mógłbym się przydać jako tragarz. W żadnym wypadku nie należało dopuścić do ponownego bliskie^ kontaktu z Colinem, przecież przyrzekłam to sobie w Gdańsk Muszę być bezwzględnie oziębła, ze względu na Grzesia. Kocha) tylko Grzesia! Niech to będzie wiadome raz na zawsze! Właśn: zamierzałam, tak jak sobie postanowiłam, ozięble podziękować z fatygę i poprosić, aby był łaskaw zostawić mnie, gdyż sama sobi poradzę, ale nagle zauważyłam kątem oka, że ten piękniś z samoloti ten okropny handlarz narkotyków, stoi z boku i drwiąco przygląd się nam. No więc na złość jemu i ze względu na własne bezpieczeństwi rzuciłam się w ramiona Colina. Colin był chyba zaskoczony, ali zanim zdążył się zastanowić, już mnie tulił i całował moje włos1 i oczy. Handlarz narkotyków zaśmiał się głośno i odszedł. Wyrwałan się z ramion Colina i krzyknęłam: - Zostaw mnie! Jakim prawem mnie całujesz? Nie jestem twoją dziewczyną! Jestem dziewczyną Grzesia i będę nią do końca życia! Nie wolno ci tak się zachowywać! Nie chcę cię znać! Rozumiesz? - Absolutnie nic nie rozumiem - powiedział bezradnie Colin. - To ty pierwsza wpadłaś w moje ramiona! Nie dotknąłbym cię bez pozwolenia, a pomóc ci nieść bagaże to chyba nie zbrodnia? - Och! Przepraszam! - powiedziałam i rozpłakałam się. - Nie chcę być dla ciebie okrutna. Nie zrobiłeś nic złego. To wszystko moja wina, a raczej pewnego handlarza narkotyków...
- Zlituj się! Wyjaśnij mi, o co chodzi! Jaki handlarz narkotyków? Może ty jesteś chora? Bo nie przypuszczam, abyś brała narkotyki? Każda, tylko nie ty! - Może uda mi się jakoś ci wszystko wyjaśnić. Otóż w samolocie pewien młody człowiek próbował mnie zainteresować narkotykami. Zwymyślałam go. Tu, na lotnisku przyglądał się nam i idiotycznie się uśmiechał. Tak się zezłościłam, że nie wiedziałam, co robię! A raczej wiedziałam! Chciałam, żeby zauważył, że mam opiekę mężczyzny! Kto wie? Może by mnie w dalszym ciągu nękał i próbował nakłaniać do prochów? Z takimi nic nie wiadomo. W każdym razie ja nigdy nie miałam do czynienia z kimś takim i nie wiem, czego się można spodziewać... Przepraszam, że się uwiesiłam na twojej szyi. - Wspaniale, że istnieją handlarze narkotyków! To znaczy, ten handlarz! Życzę mu wszystkiego dobrego. Dzięki niemu mogłem cię mieć blisko siebie. Nie mogę przestać myśleć o tobie. Stałaś się moją obsesją. Widzę cię wszędzie. Nawet w talerzu z zupą pomidorową. Cały świat jest tobą! Drzewa, domy, ulice. Dziwię się, że jeszcze nie wpadłem pod jakiś pojazd. Wszędzie jesteś ty, a ja idę za twoim cieniem. Jesteś moją pierwszą i ostatnią miłością. - Boże! Jakie to tragiczne! - krzyknęłam przerażona. - Przecież nie mogę zadawać ci cierpień, ale także nie mogę odwzajemnić miłości. Ja już kocham innego. Wiesz o tym. Uwierz mi! Twoja miłość minie! To jest pierwsze zauroczenie. Ja także podkochiwałam się w wielu chłopakach, zanim spotkałam Grześka. - Podkochiwać się w kimś, a kochać to wielka różnica. Ja ciebie kocham. Absolutnie wiem, że nikogo innego nie będzie w moim życiu! Ty albo żadna! - Stawiasz mnie w strasznej sytuacji! Co mam robić? - Masz mnie kochać! - Colin! Zlituj się! Ja już kocham! I to nie ciebie! - Powiedz, że mnie nie znosisz! - Tego nie mogę powiedzieć. Lubię cię. Bardzo. Ogromnie! Z pewnością mogłabym cię kochać, gdybym już nie kochała innego. Zrozum! Nie może tak być, że się zaczyna budować jeden dom, potem nagle się go zostawia i próbuje się budować drugi.
- My nie musimy budować żadnego domu. A właściwie to ci chodzi z tymi domami? Bo nie bardzo rozumiem. Może ź powiedziałaś po angielsku? - Och! Rozmawialiśmy kiedyś z Grześkiem właśnie o mi Zapytałam go, skąd można wiedzieć, że miłość jest jedyna i ost i że już nie zakochamy się w przyszłości w kimś innym. I Grz mi odpowiedział. Właśnie to o budowaniu domów. Zdecydow się kochać Grześka i nie mogę kochać ciebie! Zrobiłabym r z domu miłości Grześka. Chyba nie myślisz, że jestem zdoln takiej podłości? A gdybym to tobie zrobiła? Co byś powiedzia - Muszę to przemyśleć. Colin usiadł na mojej walizie. Jego mina wyraźnie świadc o tym, że zabrał się do myślenia. Obawiałam się, że to może pot nawet tydzień, a przecież nie możemy tu zostać. Już i tak lu potykali się o nas, nieraz nawet niezadowoleni mruczeli coś pod no - Colin, chodźmy! - dotknęłam delikatnie jego ramienia. -przemyślisz tak poważnej kwestii na poczekaniu. Bez słowa wstał i wziął moją walizę. Nie patrzył na mnie. powinnam była rzucać mu się w ramiona! - pomyślałam. - St przed jakimś idiotą, który mnie zaczepiał w samolocie, nie uspraw liwia mnie. Zwłaszcza że tak cudownie było w ramionach Co Teraz dopiero uświadamiam to sobie. Trzeba spojrzeć prawe w oczy: skorzystałam z okazji!" Oczywiście nie wyznałam Colin swoich myśli. Ja także będę się musiała nad wszystkim zastano Jedno jest pewne, nie zdradzę Grześka, żeby tam nie wiem co W pociągu właściwie nie rozmawialiśmy. Taka cisza była stras krępująca. Colin cały czas był zamknięty w sobie. Może to już na zawsze zostanie? Nie chciałabym. Wszyscy go uwielbiali za pogodne usposobienie. Z mojego powodu gotów stać się odludk Nie wiedziałam, jak to zmienić, więc także milczałam. W bra szkoły Colin oddał mi walizkę i nie patrząc na mnie, powiedz - Teraz już dasz sobie radę sama. Muszę pędzić, aby się ta rozpakować. Cześć! Colin pobiegł przez trawnik do swojej części domu, a ja sta w bramie, ze ściśniętym z żalu sercem. Tyle bólu zadałam Colin Dlaczego właśnie mnie pokochał? Taki wspaniały chłopak! Móg
mieć najpiękniejszą i najmądrzejszą dziewczynę! Dlaczego wybrał mnie? Nie mogę odwzajemnić jego uczucia, choćbym bardzo chciała! Nie jestem taka jak inne. Czułam się jak mucha w pajęczej sieci. Czy mi się uda z tej matni wyplątać? Boże! Jak skomplikowane jest Lady Paulina Podchodząc do drzwi naszego pokoju, przystanęłam, zdziwiłam się panującą wewnątrz ciszą, zwłaszcza że wydawało mi się, iż widziałam zarys jakiejś postaci w naszym oknie. Zrobiło mi się smutno, bo szykowałam się na gorące uściski i okrzyki radości. Wtaszczyłam się z walizką i plecakiem. Na środku pokoju stały moje trzy przyjaciółki, w białych dresach, z czarnymi muszkami na szyi, każda z przezroczystym krążkiem w oku, który miał udawać monokl. Na mój widok przytknęły do ust grzebienie z bibułką i odegrały melodię ,,Góralu, czy ci nie żal". Kiedyś pytały, jaką piosenkę najczęściej się w moim kraju śpiewa, i zaśpiewałam im tę właśnie. O Boże! Co się potem działo!!! Piszczałyśmy, całowałyśmy się, Hilda z radości zrobiła "gwiazdę", a Jane mostek. Greta przyklękła przede mną, z Kermitem, którego łapkę uniosła w geście salutowania. Zaczęłyśmy mówić wszystkie równocześnie. Padały pytania i odpowiedzi. Opowiadałyśmy o wszystkim, co się wydarzyło, gdy nie byłyśmy razem. Dziewczęta najbardziej były ciekawe mojego spotkania z Grześkiem. Pokazałam im dłoń z kółeczkiem z firanki na palcu. - Zaręczyłam się - powiedziałam. - To było przeznaczenie. W herbaciarni to kółeczko z firanki w oknie wpadło wprost do mojej filiżanki. Sam los zdecydował o naszych zaręczynach. Czy to nie wspaniałe? Dziewczęta z uwagą oglądały moją obrączkę. - Jakie to romantyczne! - westchnęła Greta. - I cenniejsze nawet od platynowej obrączki.
- Skoro jesteś zaręczona, to chyba powinnyśmy się do cię w jakiś szczególny sposób zwracać. Może panno Paulino? - To b słowa Hildy. - Myślę, że lady Paulina będzie właściwszym zwrotem - pov działa Jane. - Zaręczyny to nobilitacja. Zostałam więc lady Paulina. Miłosne tortury I znowu była nauka i nauka. Wszystkie chciałyśmy być jednako\ doskonałe, więc uczyłyśmy się, z małymi tylko przerwami na wygłup Hilda nad swoim biurkiem ponaklejała na ścianę niezliczoną ilo zdjęć i reklam waltorni. Kochała się przecież w Michaelu - waltorniśc: Co pewien czas przerywała naukę, wykonywała jakieś tajemnic: skłony przed tymi naklejkami i wypowiadała szeptem zaklęcia: Na waltorni smętną duszę Kocham cię! Bo kochać muszę! Wypij ust mych wrzący kielich Albo niech nas grób rozdzieli! - Jeżeli już bierzesz się za czary - powiedziała Jane - zró z wosku dwie figurki: twoją i Michaela i połącz ich dłonie w miło; nym uścisku. Gdy wosk się roztopi, zostaniecie złączeni ze sobą n zawsze! - Czy już komuś się to sprawdziło? - zapytała Hilda. Wida było, że jest gotowa do natychmiastowego czynu. - Tylko skąc wziąć wosk? - Z kaplicy. Tyle tam świec... Nikt nie zauważy braku jednej. - Jestem katoliczką. Tego mi nie wolno zrobić. - W takim razie umieraj z miłości - powiedziała obojętnie Jan i zabrała się z powrotem do nauki.
- Ja jestem protestantką - odezwała się cichutko Greta. - Może mnie bardziej wypada? Pójdę do kaplicy po świecę. Kermit jest zdania, że należy pomagać wielkiej miłości. - Nie mieszaj do tego żaby - skarciła ją Jane. - Pokaż, że masz mocny charakter i stać cię na kradzież świecy. - Co za okropne słowo! Kradzież! - oburzyła się Hilda. - Przyjaciółka próbuje uratować mi życie! To jest właśnie prawdziwa przyjaźń! Chyba każdy widzi, że umieram z miłości! Chcecie, aby moje serce do końca się wykrwawiło? - Poddałam tylko myśl, ale nie mam ochoty brać udziału w awanturze z kradzieżą świecy. Na to jestem zbyt wielką damą! - powiedziała Jane. - Jak sama nazwa wskazuje, prawdziwą damą jest tu tylko lady Paulina - wycedziła Hilda. - Lady Paulina z pewnością zrobiłaby wszystko dla mnie! - Oprócz tej jednej rzeczy - odezwałam się. - Ja także jestem katoliczką. Taki czyn to świętokradztwo. - Przez was zostanę starą panną. - Hilda obraziła się. - Niech nikt się dla mnie nie poświęca! Skoro nie jestem godna poświęceń, biorę się do nauki. Jeszcze kiedyś znajdę sposób na uwiedzenie Michaela, i to bez waszej łaski, Znowu zabrałyśmy się do nauki. To nie była poważna awantura, tylko jeden z naszych wygłupów. Byłyśmy przecież zwariowanymi czternastolatkami. Już niedługo będziemy miały po piętnaście lat, a wtedy wszystko nabierze innego znaczenia. Ja, chociaż byłam prawdziwie zakochana, przez co czułam się bardziej dorosła, jednak także lubiłam nasze szaleństwa. Czas na wielkie kochanie zostawiłam sobie na powrót do kraju. U boku Grześka będę poważniejsza, bo tego oczekuje się od osoby zaręczonej. Uczyłyśmy się w ciszy, przerywanej od czasu do czasu westchnieniami Hildy. Nikt nie zwracał na nią uwagi. Niezbyt poważnie traktowałyśmy jej zakochanie. Prawdziwie zakochana byłam wyłącznie ja. Zauważyłam, że dziewczęta odnoszą się do mnie niemal z szacunkiem. Miałam obrączkę. I co z tego, że odpadła z firanki? Liczyły się uczucia i poważne zamiary Grześka. Miło było zostać lady
13
Paulina pośród tej rozbrykanej dzieciarni. Moimi zaręczynam: bardziej przejęła się Greta. Zawsze gdy przechodziła obok : z Kermitem w objęciach, szeptała do niego: - Patrz, Kermi! To lady Paulina. Prawdziwa narzeczona. narzeczoną to poważna sprawa. To jest miłość na całe życie! życie, pojmujesz?!? To brzmi niemal tragicznie! Lady Paulin, nigdy nie będzie się mogła w kimś innym zakochać. Greta i jej żaba, Kermit, niewiele jednak wiedzieli o życiu. Kochałam Grześka, ale nie przestawałam myśleć o Colinie, to niezależne ode mnie. Nawet przestałam mieć wyrzuty sum Ja nie chciałam się kochać w Colinie. Coś samo we mnie ko się w nim. Coś, co nie było mną. Ja, prawdziwa Paulina, koch wyłącznie Grześka. Jakieś moje drugie ja kochało Colina. Zastanaw: się, czy nie pójść z tą sprawą do psychologa szkolnego? Tyli mi z tego przyjdzie? Psycholog najwyżej znajdzie jakąś uc nazwę na stan mej duszy, ale przecież nie będzie za mnie decyd( Ja muszę sama zdecydować, albo Colin, albo Grzesiek. Z pewnością Grzesiek. Może po prostu potrzebuję trochę czasu, się z tym uporać. To musi minąć. Postanowiłam poważnie pi mawiać z Colinem. Poproszę, aby mi pomógł wyplątać się z uczuć. To on zawinił! Po co wyznawał mi miłość, wiedząc kocham innego? Czemu był taki miły i tak przepięknie na patrzył? Przecież najwyraźniej mnie uwodził! Tego się nie i wyprzeć! A ja jestem słabą dziewczyną. Jeśli mnie naprawdę ki tak jak mówi, powinien mi pomóc zapomnieć o nim. Nie mogt przerwy cierpieć. Przechodząc obok Colina na przerwie, szepnęłam mu, tak nikt nie słyszał: - Muszę z tobą pomówić. Bądź w niedzielę na ławeczce. Cała drżałam na myśl, że spotkam się z nim sam na sam, to było nerwowe drżenie, wiem z całą pewnością. Nie miłosn
Zapomnij o mnie raz na zawsze To był chyba najgorszy dzień w moim życiu! Deszcz siąpił bezustannie, było szaro, ponuro, okropnie! Włożyłam płaszcz przeciwdeszczowy, w którym wyglądałam jak bezbarwna kuropatwa, ale nie dbałam o to, i poszłam na spotkanie z Colinem. Wiedziałam, że przyjdzie o tej samej godzinie, o której po raz pierwszy spotkaliśmy się przy ławeczce. Czekał. Siedział ze spuszczoną głową, z rękami zwisającymi bez życia. Nawet się nie poruszył, gdy podeszłam. Czułam się beznadziejnie. Nie wiedziałam, jak zacząć rozmowę. Nie umiałam znaleźć słów na to, co kłębiło mi się w głowie. W milczeniu usiadłam na ławce, w pewnym oddaleniu, i nieświadomie w ten sam sposób apuściłam głowę i ręce. Potem bezwiednie zaczęłam zgniatać rąbek przeciwdeszczowego płaszcza. - Strasznie szeleści ten płaszcz, gdy go tak zgniatasz - odezwał się Colin. - Mam głowę pełną szelestu. Nie mogę myśleć. - Wiesz, o czym chcę mówić? - zdecydowałam się rozpocząć rozmowę. - Wiem. Chcesz mi powtórzyć, że kochasz innego i że nie mam na co liczyć. Ale to, co ja czuję, jest wyłącznie moją sprawą. Dałem :i przecież spokój. Nie nagabuję cię. Nawet staram się nie patrzeć na ciebie. Nie możesz powiedzieć, że cię prześladuję. - Jestem ci wdzięczna za twoje zachowanie. Chodzi jednak o coś innego. Zburzyłeś mój spokój. Przez ciebie czuję się jak zbrodniarka. Zabiłam w sobie jakąś część miłości do Grześka. Czuję się winna, 30 ja naprawdę nie chciałam... Kochałam tylko jednego chłopaka! Czemu stanąłeś na mojej drodze? Czemu mówiłeś do mnie te wszystkie piękne słowa? Każda z dziewcząt dałaby sobie dla ciebie odciąć głowę. No, może nie głowę, ale palec u ręki, a ty musiałeś właśnie mnie wybrać! Skrzywdziłeś mnie! Przez ciebie mam wyrzuty sumienia. Cierpię nadludzkie męki, bo nie mogę przestać myśleć o tobie! - ostatnie słowa niemal krzyknęłam. Colin całym ciałem odwrócił się w moim kierunku i wpatrzył się we mnie.
- Cierpisz? Z mojego powodu? Więc chyba mnie kochasz? - Wcale cię nie kocham! Kocham Grześka! Tylko dlaczego mogę uwolnić się od myśli o tobie? Coś strasznego się ze i dzieje! Musisz mi pomóc wymazać siebie z mojej pamięci! Je mnie kochasz, tak jak mówisz, zrobisz coś, co mi pozwoli znienawi cię! - Natychmiast to zrobię! Colin gwałtownie przyciągnął mnie do siebie i zaczął n" całować. Tłukłam go pięściami, najpierw gwałtownie, potem cc słabiej, aż w końcu objęłam go i już mi było wszystko jec Całowałam go tak samo gorąco, jak on mnie. Nie wiem, jak to dl trwało. Może tylko chwilę, a może całą wieczność. Gdy przestaliś się całować, aby zaczerpnąć oddechu, powiedziałam: - Nienawidzę cię za to, że ciebie także kocham! Nie mogę żyć! Popełniam występek wobec Grześka, gdy ciebie całuję, i wo ciebie, gdy całuję jego. Powinieneś mną gardzić! Przecież widz że mam nikczemny charakter. - To samo można by powiedzieć o mnie - zamyślił się Co - Nie powinienem odbijać dziewczyny innemu chłopakowi. W działem, że kochasz innego. Wszystko stało się wbrew mojej w Przysięgam, że nie miałem zamiaru interesować się tobą. To są przyszło. Nawet nie wiem kiedy. Po prostu pewnego dnia zor towałem się, że wariuję z miłości. - I co my teraz zrobimy? - spytałam załamana. Dla mnie była to naprawdę trudna sytuacja. Przecież by uczciwą dziewczyną. I nie przestałam kochać Grześka. Czy jesz komukolwiek zdarzył się taki przypadek? Coś pozaziemskiego plątało nasze losy. No bo jeżeli wszystko zależy od nas samych jak to mogło się stać poza naszą wolą? Prawdziwe czary. Ani ani Colin nie znaleźliśmy wyjścia z tej trudnej sytuacji. Sprawa wyglądała dobrze. Colin mnie rozumiał i naprawdę chciał mi pom ale nie mógł przestać mnie kochać. Staliśmy się ofiarami włas miłości. Przyrzekliśmy sobie, że będziemy unikali sytuacji, w któr znowu znaleźlibyśmy się w swoich ramionach. I będziemy stare się o sobie zapomnieć. Powiedziałam Colinowi, że powinien spróbow; zainteresować się inną dziewczyną. Podsunęłam mu myśl o Alic
'ej, którą w szkole ironicznie nazywano "panną torcik", bo była łódka dla wszystkich chłopców. Colin oburzył się na moją propozycję. - No wiesz? Nie mogłaś już nic obrzydliwszego wymyślić? "Panna orcik", która obściskuje się ze wszystkimi chłopcami! Zbyt nisko mnie 'enisz. Tego się po tobie nie spodziewałem. Nie myśl sobie, że ja koniecznie chcę mieć jakąś dziewczynę. Znakomicie obywałem się bez uch i w dalszym ciągu może tak być. Ty byłaś dla mnie kimś tvyjątkowym. Powiedzieliśmy przecież sobie, że to było od nas niezależne. To się po prostu stało. Nawet nie chcę słyszeć o "pannie torcik"! - Przepraszam. Nie chciałam cię urazić. Jednak co do "panny orcik", a raczej Alice, to wszyscy się mylicie. Poznałam ją trochę. 'o bardzo inteligentna dziewczyna i bardzo mądra. Ale nieszczęśliwa. 'rzynajmniej tak mi się wydaje. - Nie mogłam nic więcej powiedzieć, »o przyrzekłam Alice, że nikomu nie zdradzę, jaka jest naprawdę. Uice z jakichś powodów wolała, aby ją uznawano za głupią i rozwiązłą Iziewczynę. Myślę, że była zbyt dumna, aby pozyskiwać sobie >rzyjaciół, pokazując się z dobrej strony. Chciała, aby ktoś sam >dkrył, jaka naprawdę jest. Najbardziej zależało jej, aby to był Colin. Ale ja nie mogłam mu tego wszystkiego powiedzieć. - Nie chcę mieć nic wspólnego z żadną dziewczyną - powiedział ;olin. - I przestań mi matkować. Jeżeli zechcę mieć dziewczynę, sam obie ją znajdę. Żegnaj na zawsze! Nie chcę ochłapów w postaci )rzyjaźni! Zajmę się poważniej sportem i może zapomnę o tobie! Nie nartw się o mnie. Jestem mężczyzną i muszę być przygotowany na yszystkie przeciwności losu. Życzę ci szczęścia. Cześć! Colin odszedł, a ja zostałam sama na ławce. Wiatr zawiał, 'vzmógł się deszcz i chłostał mnie po twarzy. Siedziałam jak spa-aliżowana. A potem wypłakałam wszystkie nagromadzone we mnie ;zy. Byłam taka nieszczęśliwa! I nie rozumiałam dlaczego. Przecież "hciałam, aby Colin zostawił mnie w spokoju. Po to się z nim tutaj imówiłam. Powinnam być zadowolona, że zrozumiał. Nie będę już larażona na jego czułe spojrzenia. A jednak żal mi się zrobiło, że de ujrzę tych spojrzeń. Doprawdy, albo mam nikczemny charakter, ilbo zwyczajnie zwariowałam? Muszę się wziąć w garść! Zabiorę ię ostro do nauki. To najlepsze lekarstwo na wszystkie męki luchowe. Niejeden raz się o tym przekonałam.
Anielskie pióra Wróciłam do naszego pokoju. Dziewczęta siedziały z i w książkach. Podniosły głowy, gdy wchodziłam. Miały jedn zdumione spojrzenia. - Co się stało? - spytały równocześnie, a Hilda dodała: - Albo wpadłaś do studni, albo zaprzyjaźniłaś się ze zmi kurami. - Zafundowałam sobie darmową maseczkę z deszczu -wiedziałam. - Zobaczycie, jaką jutro będę miała piękną cerę! - Lady Paulina musi dbać o siebie - podchwyciła Greta. to, co my. My możemy byle jak wyglądać, bo i tak nikt nie ; na nas uwagi. - Mów za siebie! - oburzyła się Hilda. - Za mną wczoraj o się jeden chłopak, ale nie wiem, kto to, bo mi akurat okulary z się z nosa. - I nie zauważyłaś, że to nie był chłopak, tylko dziev - zaśmiała się Jane. - Kiedyś pomylisz anioła z diabłem. Ra dopasować sobie lepiej okulary. - Ważne, abym ciebie mogła odróżnić od diabła, co jest trudne - odparowała Hilda. - Czyżbyś siebie miała za anioła? - spytała, śmiejąc się, - A gdzie anielskie piórka? - Chcesz piórek, to będziesz je miała! - krzyknęła Hilda chwyciła poduszkę, którą rzuciła w Jane. Jane bez namysłu ud Hildę swoją poduszką. Greta i ja włączyłyśmy się do za Poduszki fruwały po całym pokoju. Przerwałyśmy walkę, gdy ze ściany, trafiony poduszką, obrazek waltorni. Hilda osę namalowała waltornię i kazała oprawić obrazek w szkło i póz ramkę. - Teraz to symbol mojego zdruzgotanego życia! - powie Hilda, zbierając z podłogi okruchy szkła. Wszystkie rzuciłyśmy się do pomocy. - Proszę tego nie dotykać! - krzyknęła. - Sama zbiorę ok szczęścia! - Pozbierała nawet najmniejsze kawałeczki szkła,
wsypała do wielkiej koperty. - Gdy będę się zbliżała do stu lat i będę mniej zajęta niż teraz, posklejam to szkło. Przypomnę sobie czas, w którym byłam beznadziejnie zakochana, a jednak szczęśliwa. No i przypomnę sobie dzisiejszy dzień, gdy moje przyjaciółki próbowały mnie zamordować poduszkami! Czy wy zdajecie sobie sprawę, że kiedyś będziemy stuletnimi staruszkami? To nas nie powinno spotkać! - Mnie z całą pewnością nie spotka! - powiedziała Jane. - Ja zawsze będę piękną Jane. Zostanę przecież artystką, a artystki się nie starzeją. - Sara Bernhardt się zestarzała - zauważyła Greta. - Ba! Ale kiedy to było?!? Wówczas ludzie się starzeli, bo nie 3yło dobrych kremów - odpowiedziała Jane. Ja także wtrąciłam się do rozmowy. Powiedziałam: - Taka Kleopatra, chociaż nie używała kremu, ale kąpała się w oślim mleku, zawsze była przepiękna. Spróbuj oślego mleka, Jane! - Kleopatra była śliczna do końca, bo młodo umarła! Kupiła sobie w sklepie ze zwierzętami żmiję, czy innego trującego gada, i kazała, żeby ją ukąsiła - powiedziała Hilda. Greta się rozpłakała. - Ja nie chcę być stara! - Kto właściwie rozpoczął tę okropną rozmowę o starości? - spojrzała na nas groźnie Hilda. - Co nas obchodzi starość? Mamy po czternaście lat! - Przecież to ty zaczęłaś mówić o starości - zauważyła Jane. - Z powodu waltorni, a raczej szkła z obrazka z waltornią. Przez waltornię wplączemy się w nieszczęście. - Doprawdy, o byle co robicie szum! - obraziła się Hilda. - No i zazdrościcie mi mojej miłości. - Nie wszystkie. Lady Paulina jest zakochana, i to szczęśliwie - powiedziała Greta. Poczułam się nieswojo i zmieniłam temat: - Przestańmy ciągle mówić o miłości. Wygląda na to, że nic innego nie robimy, tylko się kochamy albo próbujemy się zakochać. Nauka czeka, kochane panienki! Aż do pełnoletności to ma być nasza największa miłość! Żegnam, drogie damy! Tylko pozbędę się
mokrego ubrania i natychmiast rozpalam nad swoją głową kagai wiedzy! Poszłam do łazienki przebrać się. Nasze żarty pozwoliły mi odprężenie. Już nie czułam się nieszczęśliwa. Nawet mnie to zdziw Powinnam trochę dłużej pocierpieć. Ale obecnie tyle spraw dzi się poza moją wolą. Widocznie tak musi być. Życie jest pełne niespodzianek Przez pewien czas nic szczególnego się nie działo. Nades wiosna, egzaminy końcowe zbliżały się coraz bardziej. Wygląd na to, że wszystkim wywietrzały z głowy romanse. Uczyliśmy jak szaleni. Zawsze przed nadejściem lata każdy chciał wyp, możliwie najlepiej. To nie znaczy, abyśmy się w ciągu roku obij Może to właśnie wiosna sprawiała, że chciało się mocniej żyć i le^ uczyć. Babcia, na przykład, zawsze na wiosnę dostawała twórcze napędu. Mówiła, że gdy widzi słońce, wydaje się jej, że może zac; przenosić góry. Mama także piękniała z wiosną i była nawet goto wziąć w teatrze każde nagłe zastępstwo, chociaż kiedy indziej : dawała się na to namówić. Nasz pokój aż kipiał od wiedzy, którą w siebie wchłaniałyśn Kermit na łóżku Grety tracił żabią urodę, porzucony przez Grę zajętą wyłącznie nauką. Smętnie zwisały ze ścian rysunki waltor Hilda nie miała głowy, aby je przykleić. Bez przerwy siedzi, z nosem w książkach, tylko co jakiś czas chuchała na okuli i przecierała je zamszową szmatką. Jane starała się nie pochy zbytnio nad książką, musiała dbać o siebie - przyszła aktorka i może być przygarbiona. Często brała długi drążek, który kładła plecy, na końcach drążka opierała rozciągnięte ręce i w tej póz} powtarzała wiadomości, które przed chwilą wbijała sobie w parni My nie musiałyśmy się tak torturować, bo nie zamierzałyśmy t aktorkami. Chociaż jeśli o mnie chodzi, to kto wie? Ciągle jeszc
nie zdecydowałam, kim chcę być. Wszystko będzie zależało od Srześka. Może obiorę sobie taki zawód jak on? Nie wiem, co zamierzał, bo przestał do mnie pisać. Na pewno nie miał wolnej :hwili, przecież szykował się do matury. Grzesiek nigdy nie pisał istów, tylko krótkie karteczki. Wybaczałam mu to, bo wielu jest udzi, którzy nie znoszą pisania listów. Zresztą ja także ostatnio nie "ozpieszczałam go korespondencją. Naprawdę nie miałam na to ani 3;łowy, ani czasu. Cała szkoła zamknęła się w kokonie nauki, z którego pod koniec "oku szkolnego wyfruną barwne motyle wiedzy. Ja już szykowałam ;ię do rozpostarcia motylich skrzydeł. Sama siebie muszę pochwalić, e nie zmarnowałam czasu i byłam wśród niewielu prymusów. labcia będzie się puszyć z dumy. Mama i tata oczywiście także, le oni robią to dyskretniej. Babcia natomiast próbuje cały świat Joinformować, jaką to ona ma uzdolnioną wnuczkę. Często w tych 3ochwałach przesadza, a potem zaczyna sama w to wierzyć. Wydawało się, że spokojnie dobrniemy do końca roku szkolnego, ^dy tymczasem wydarzył się bardzo przykry wypadek. Podczas neczu w Colina tak mocno trafiła piłka, że upadł na boisku i na :hwilę stracił przytomność. Tego dnia nie kibicowałyśmy. Cały czas poświęcałyśmy na naukę. Dowiedziałyśmy się jednak o wypadku -latychmiast, gdy tylko przyjechała karetka pogotowia. Widziałam, ak przez trawnik biegnie w szaleńczym pośpiechu "panna torcik". dostawiłyśmy książki i także pobiegłyśmy na boisko. Alice klęczała 3ochylona nad Colinem i krzyczała: - Na miłość boską! Ratujcie go! Ratujcie! - Proszę się uspokoić! Właśnie to robimy - powiedział lekarz próbował odsunąć Alice, która szarpała się, jakby chciała sama aodźwignąć Colina i zanieść go do karetki. Bardzo szybko umieszczono Colina na noszach. Alice wyrwała iię chłopcom, którzy ją przytrzymywali, i uczepiła się noszy. - Jeżeli to twój krewny albo twój chłopak, to możesz z nim echać - powiedział lekarz. - Tylko proszę zachować spokój. Prawdopodobnie nic mu nie będzie. Widziałem wiele takich urazów oośród sportowców. Zwykły szok. Zrobimy prześwietlenie czaszki, ia wszelki wypadek, i będziecie mogli razem wrócić.
Opiekun naszej klasy stał przy karetce, w samej tylko p i trząsł się z zimna. - Proszę chwilę poczekać! Ubiorę się i natychmiast bęc wrotom. Chłopiec nie może zostać bez opieki. - Nie mamy czasu czekać - odpowiedział doktor. -pewnością chłopcu nic nie grozi. Widzi pan, że jest całkiem prz Zbadamy go i będzie mógł wrócić z tą dziewczynką. Colin wstał z noszy i chciał wyjść z karetki. - Nic mi nie jest - powiedział. - Po co to całe zamieszanie? - Co to, to nie - odpowiedział lekarz. - Najpierw sprawdzić, czy z całą pewnością nic ci nie jest, a potem bardzo, wracaj. Ruszamy! - powiedział do kierowcy i poje Jeszcze jakiś czas trwało na boisku zamieszanie. Ci, ktc byli świadkami wydarzenia, pytali, jak to się stało. Ktoś c] nie opowiadał, ale właściwie nie było wiele do powi i wszyscy rozeszli się do swoich pokoi. Wydarzenie było towane, szczególnie niezwykłą sprawą wydała nam się c "panny torcik". Dlaczego właśnie ona pojechała z Colinem? byli parą, o czym nikt do tej pory nie wiedział? Było to pomyślenia: Colin i "panna torcik"? Świat się przewraca nogami! Nic nie grozi Colinowi Całą drogę w karetce Colin milczał. Lekarz przyglądał zaniepokojony i co chwilę mierzył jego puls. - Czy z całą pewnością nie odczuwasz żadnych doleg - zapytał. - Mówiłem już, że nic mi nie jest. - Zawsze jesteś taki ponury? Jak na młodego chłopca, t dziwne. Skoro nic ci nie jest, mógłbyś nas zaszczycić ro A może chodzi o to, że chciałbyś być sam na sam z twoją dzie^
Niestety, jesteście skazani na moje towarzystwo, ale niedługo będziecie rolni. - O czym pan mówi? - zapytał ze złością Colin. - Nie mam ,adnej dziewczyny! Ani tutaj, ani w ogóle! I nie wiem, dlaczego właśnie ona jedzie ze mną? - Zaopiekowała się tobą. Mógłbyś jej podziękować. Nie rozumiem zupełnie współczesnej młodzieży. Brak wam subtelności i elegancji. ^. ty - zwrócił się do Alice - niepotrzebnie wylewałaś łzy z jego -owodu. Nie jest ciebie wart. Znajdź sobie innego chłopaka. - Nie jest moim chłopakiem. Jest tylko kolegą z mojej klasy - wyjaśniła spokojnie Alice. Wydawało się, że niezadowolenie Colina vcale jej nie dotyczy. Zachowywała się obojętnie, a nawet wzgardliwie. - Akurat byłam w pobliżu, gdy zdarzył się ten wypadek. Ktoś ausiał się nim zająć. Ale to nic nie znaczy. Koleżeńska przysługa i tyle. Lekarz spojrzał zdumiony na Alice. Przed chwilą jeszcze szlochała [ błagała o pomoc dla Colina... "Może to była inna dziewczyna?" - pomyślał. "Ale nie. To z całą pewnością ona". Była prześliczna z miejsca ją zauważył. "Co za zwariowane dzieciaki?" - snuł swoją myśl pan doktor. "Pewnie się posprzeczali i teraz sobie dokuczają". Podczas gdy Colina badało kilku lekarzy, robiono mu prześwietlenia czaszki i kręgosłupa, Alice zatelefonowała do swojej matki: - Mamo! Czy możesz mi pożyczyć samochód na kilka godzin? - Jak to "pożyczyć samochód"? Nie rozumiem. Ale gdzie ty właściwie jesteś? Powinnaś być w szkole! - wykrzykiwała w słuchawkę mama Alice. - Mamo! Teraz nie będę ci tłumaczyć. Nie mam czasu. Potrzebny mi samochód na jeden dzień. Jutro twój kierowca może go odebrać z college'u. - Słuchaj! W tej chwili jest u mnie fryzjer i nie mogę się ruszyć z miejsca. Wolałabym wiedzieć, o co chodzi. Nie znoszę twoich szalonych pomysłów. Przyjechałabym do ciebie, ale... - Już powiedziałaś. Jest u ciebie fryzjer. Nic się nie stało. Są sytuacje, w których... Zresztą nieważne. I tak nie zrozumiesz. Ja jestem cała i zdrowa i potrzebny mi samochód na jeden dzień. Kierowca niech zaraz podjedzie! - i Alice podała adres ulicy za rogiem szpitala. Postanowiła tam poczekać na dostarczenie samochodu.
Gdyby powiedziała o szpitalu, jej mama znowu zadawałaby tyś pytań, na które Alice nie miała zamiaru odpowiadać. - Czekam samochód! Każ kierowcy natychmiast przyjechać! - Alice szy odłożyła słuchawkę, nie chcąc przeciągać rozmowy. Natychm pobiegła we wskazane miejsce. Za kilka minut był już kiero\ - Dziękuję - powiedziała. - Jutro proszę odebrać samochód z n-szkoły. Kiedy kierowca zniknął za zakrętem, wsiadła w samochód i p jechała pod szpital. Czekała, aż Colin wyjdzie. Była raczej pev że nic groźnego się nie stało i nie zatrzymają go w szpitalu. Wo nie spotkać się z nim wewnątrz. Mógłby powiedzieć jej coś niemił i to przy ludziach. Bez świadków mógł sobie stroić fochy i nw co chciał. Gdy Colin wreszcie wyszedł, stanęła przy otwartych drzwiczk samochodu. - Wsiadaj - powiedziała i przeszła na stronę kierowcy. Colin miał zdziwioną minę. - Skąd wzięłaś samochód? - zapytał, nie zbliżając się, jakby zamierzał skorzystać z zaproszenia. - A co to ma za znaczenie? - odpowiedziała, wzruszając ran nami. - Chyba chcesz dostać się do szkoły? Jeżeli wolisz jakiś ii środek lokomocji, to proszę bardzo! Możesz nawet pójść piech Proponuję ci samochód, a ty decyduj. - Jesteś, jak zawsze, niesympatyczna i złośliwa. Tylko nie wi czemu właśnie mnie się czepiasz? - Nie czepiam się! Proponuję ci, że cię podwiozę, i to wszys Normalny, ludzki odruch. Nie słyszałeś o czymś takim? - A usiadła za kierownicą. Przez uchyloną szybę krzyknęła: - Decyduj się! Jedziesz ze mną, czy też tak mnie nienawidź że nawet przez pół godziny nie zniesiesz mojego towarzystwa? Colin speszył się. - Dlaczego miałbym cię nienawidzić? Nie interesuję się t po prostu. - A czy ja każę ci interesować się mną? Słyszałeś ode nr chociaż słowo na ten temat? Nie marudź, tylko wsiadaj! Colin usiadł obok Alice.
- Masz prawo jazdy? - zapytał. - Żebyśmy po drodze nie mieli jakichś kłopotów... - Nie ty będziesz miał kłopoty. A na pytanie, czy mam prawo jazdy, nie odpowiem, jeżeli siadam za kierownicą, to znaczy, że potrafię prowadzić. Ruszyli z miejsca. Za chwilę byli już poza miastem. Colin w myślach musiał przyznać, że Alice doskonale prowadzi. Nie próbowała się popisywać, po prostu prowadziła samochód jak zawodowy kierowca, szybko, ale bezpiecznie. Przyłapał się na tym, że po raz pierwszy przyjaźnie o niej myśli, i w dodatku z podziwem. - Kto cię nauczył prowadzić samochód? - zapytał, aby jakoś nawiązać rozmowę. - Obserwowałam naszego kierowcę, gdy siedziałam za nim. Potem zapytałam go o to i owo... Czasem, za miastem, gdy jechaliśmy bez mamy, pozwalał mi prowadzić. Stwierdziłam, że to nic trudnego. Jakoś tak samo przyszło. Nasz kierowca twierdzi, że chyba urodziłam się wraz z kierownicą. Może rzeczywiście mam do tego talent. - Masz talent do wielu rzeczy. Chyba o tym wiesz? - Co ty powiesz? - zaśmiała się Alice. - Zauważyłeś, że mam jakieś talenty? Myślałam, że w ogóle nie dostrzegasz, że istnieję. A jeżeli już, to spostrzegałeś mnie jako coś odrażającego. - Musisz przyznać, że nie dajesz powodu do przyjaznych uczuć. - A niby dlaczego cały świat miałabym obdarzać miłością? Co w ludziach takiego jest, aby ich kochać? Nie uważasz, że to głupie? - Ale także nie jest mądre odnosić się niechętnie do wszystkich ludzi. - Po prostu nie podlizuję się ludziom i nie mam zamiaru walczyć o ich sympatię. Mam swój świat, w którym jest miejsce dla kilku wybranych osób. - Czy łatwiej ci się żyje z takim stosunkiem do świata? - Łatwiej? Nie wiem. Taka jestem i już. Jeśli komuś zacznie na mnie zależeć, nie będzie mnie oceniał powierzchownie. Postara się zorientować, jaka naprawdę jestem. I zrozumie, dlaczego jestem taka, a nie inna.
25
- Zdaje się, że to się nazywa "wiek buntu"... Sięgnę po f literaturę, aby to lepiej zrozumieć. - Zaskakujesz mnie. Chcesz mnie zrozumieć? - Alice sr: na Colina z uwagą. - Nie ciebie, tylko zjawisko jako takie - odpowiedział C - Ach tak? A już myślałam, że jestem dla ciebie kimś, tylko przypadkiem naukowym - wróciła do dawnej ironii A - Znowu zaczynasz? Nie potrafisz normalnie się zachov - zapytał Colin, a potem dodał: - Wiem, że potrafisz być c sympatyczną dziewczyną, jeżeli zechcesz. - Skąd ci to przyszło do głowy? - Paulina cię lubi. Ona się zna na ludziach. - Rozmawiała z tobą o mnie? A to zdrajczyni! - Co w tym zdradzieckiego? Powiedziała, że jesteś si i wrażliwą dziewczyną, chociaż na to nie wyglądasz. My wyczuła to w jakiś tylko sobie znany sposób. Ona jest niez- - Szalejesz za nią, prawda? - To nie twoja sprawa. I w ogóle nie chcę o tym mówić. C jestem, czy skończyli mecz beze mnie? - Colin zmienił tema - Wątpię. Oni bez ciebie nie potrafią nawet trafić palce nosa. W każdej większej grupie ludzi potrzebny jest przyv Łatwiej jest dublować cudze zalety, niż starać się o własne. - Myślisz, że jestem jakimś ideałem do naśladowania? - Ideałem może nie, ale masz w sobie jakąś charyzmę, to p - Nigdy o tym nie pomyślałem. - Samemu się takich rzeczy nie wie. Inni cię oceniają. - No, nie wiem. Na przykład ciebie źle oceniają. Zu niesprawiedliwie, jak się dzisiaj przekonałem. Nie można pi na ocenie ogółu. - Można. Przecież ja się staram, aby mnie źle oceniali. - Dlaczego to robisz? - Na to pytanie nie znajdę odpowiedzi. Lubię być nielu To pewnie jakieś zboczenie. - Wygłupiasz się! Jakie znowu zboczenie? Jesteś zwyc nieznośna. Przypuszczam, że jako dziecko byłaś rdemożliwit pieszczana. Pozwalano ci na różne wygłupy i mimo wszystko
kochana. Teraz także tego chcesz. Ale my nie jesteśmy rodziną i nie chce nam się tolerować czyichś wariactw. Najgorsze są te twoje erotomańskie zapędy. Całowałaś się niemal ze wszystkimi chłopakami w szkole. To przecież nie ma żadnego sensu! Nie wyobrażam sobie, aby ci się wszyscy podobali. - Może w ten sposób próbowałam, który mi się spodoba? Ale żaden nie przypadł mi do gustu. Zwyczajne ofermy. A zresztą, co ciebie to wszystko obchodzi? Dla ciebie jestem nikim. Nikt to jest nikt. Szkoda czasu na poświęcanie "nikomu" choćby chwili uwagi. - Po dzisiejszej rozmowie będę musiał o tobie myśleć. Czy nie uważasz, że to mogło być przeznaczenie? Gdybym nie dostał piłką w głowę, może nigdy nie doszłoby do tej rozmowy. Alice nagle zatrzymała samochód na skraju drogi. Z prawej strony rozciągała się ogromna łąka, cała ukwiecona żółtymi kwiatami. - Dawno nie miałam kontaktu z czymś tak pięknym, jak ta łąka - powiedziała Alice. Wydawało się, że zapomniała o usłyszanych przed chwilą słowach. Ale ona nie tylko doskonale je słyszała. Słowa Colina oszołomiły ją. Musiała zmienić temat, aby nie rzucić mu się w ramiona. Od tak dawna go kochała, chociaż on nigdy nie zwracał na nią uwagi. Nie chciała tego zepsuć. Gdy przyjdzie odpowiednia pora, wyzna mu swoją miłość. Teraz wziąłby to za jeszcze jeden z jej erotomanskich kaprysów, a ona go naprawdę kochała. Nie wymagała niczego od niego. Wystarczyło jej, że przestał o niej źle myśleć i że nareszcie zwrócił na nią uwagę. Jeżeli Paulina nie będzie zgłaszała praw do Colina, ona zostanie z nadzieją na odwzajemnienie uczuć. Co prawda, Paulina przysięgała, że kocha tylko swojego Grześka, ale czy będzie stała w uczuciach? Colin od dawna osaczał Paulinę swoją miłością, czego nikt się nie domyślał, oprócz niej - Alice. I Alice domyślała się walki uczuć w Paulinie, która kochała Grześka, ale Colina także. Jeżeli nawet jeszcze nie kochała do szaleństwa, to mogło to z czasem nastąpić. Alice nie zamierzała podstępem zdobywać Colina. Postanowiła szczerze porozmawiać z Paulina. Colin i Alice usiedli na brzegu skarpy i bez słów wpatrywali się w piękny widok. Siedzieli tak dłuższą chwilę. W pewnym
27
momencie Colin zbiegł w dół, zerwał kilka żółtych kwiatków i we je w splecione na kolanach dłonie Alice. - Na pamiątkę dzisiejszego dnia - powiedział. - Było naprą miło. Ale chyba trzeba już wracać? Alice nie była w stanie wydobyć z siebie słowa. Czuła szczęśliwa aż do zawrotu głowy. Wrócili do samochodu. Kw ułożyła starannie na tylnym siedzeniu. - Nie chcę, żeby się rozleciały - wyjaśniła. - Potem włożę j wody. Aha! Zapomniałam powiedzieć dziękuję. - A ja ci dziękuję za dzisiejszy dzień. Chwilę milczeli. Przez otwartą szybę samochodu wpadł n podmuch wiatru. Długie włosy Alice podfrunęły i sięgnęły tw Colina. Zatrzymał w dłoni miękki kosmyk. - A wiesz, że twoje włosy pachną tak, jak ukwiecona ł - powiedział. Alice oszalała ze szczęścia. Nacisnęła pedał gazu i pędzili t z zawrotną szybkością. Gdy dojechali do celu, zostawiła Co w gronie kolegów. Wszyscy go otoczyli i wypytywali o wyniki ba i jego samopoczucie. Nikt nie zwracał uwagi na Alice, która samo kroczyła przez podjazd i zniknęła w bramie swojego budynku. T Paulina podbiegła do niej. Chwyciła ją za ramię. - Alice, czy wszystko w porządku? - zapytała zaniepokojon - Z Colinem tak - odpowiedziała Alice. - Ze mną nie. Koc go jeszcze mocniej. Już nie będę cię namawiała, abyś ty go koc] Zostań przy swoim Grześku. Zrobię wszystko, aby zdobyć mi Colina. On jest wspanialszy, niż mogłam sobie wyobrazić! Zos mi go. Ty i tak musisz wrócić do swojej Polski. A teraz idę siebie, aby w samotności poumierać ze szczęścia. Paulina wróciła do zgromadzonych przy Colinie. Przyłapała na myśli, że wolałaby, aby Colin nie interesował się za bardz...
rutkowska-j