KSIN.doc

(282 KB) Pobierz

Konrad T. Lewandowski

KSIN

 

ORBITA Spółka z o.o. Warszawa 1991

49

 


PRZYBYSZ


 

Wygrana śmierć

Przeciągłe, wibrujące wycie wilkołaka rozległo się gdzieś w głębi mrocznego matecznika. Śpiew słowika urwał się, ucichły świerszcze. Nawet wiatr zamarł i wszyst­kie cienie znieruchomiały. Jeden tylko wielki, okrągły księ­życ trwał niczym nie wzruszony, siejąc mocną, złocistą po­światą.

Ksin przystanął na moment i zwrócił głowę w stronę, z której doleciał go głos. Ocenił odległość. Było blisko. Za blisko.

Ruszył dalej. Długim susem przesadził strumień i biegł, prawie nie dotykając spiczastych traw. Śpieszył się, lecz to nie strach go poganiał. Powodem był Korzeń. Korzeń dla Starej Kobiety, która tak bardzo go potrzebowała. Czuł, że czasu już mało i dlatego chciał zdążyć. Musiał zdążyć.

Wypadł z pomiędzy drzew na niewielką polanę i stanął jak wryty. Instynkt tylko na małą chwilę wyprzedził wzrok. Teraz zobaczył. Przypadł do ziemi, jeżąc sierść na grzbiecie.


— Jednak nie biegłem dość szybko, musiał obejść — pomyślał, patrząc na kształt, który wynurzył się przed nim.

Wilkołak był zaskoczony, szedł przecież śladem człowie­ka, już wyobrażał sobie, smakował świeżą krew i ciepłe drgające jeszcze mięso, a tu...

Dwie pary świecących oczu niemo wpatrywały się w sie­bie: czerwonosine wilkołaka i zielonkawe Ksina.

— Odejdzie, czy nie odejdzie? — zastanawiał się Ksin.

Nie odchodził. Nie mógł się zdecydować. Czuł człowie­ka, widział kotołaka i nie pojmował tego.

Ksinowi obrzydło czekanie, poderwał się nagle i runął wprost na tamtego. Chciał tylko wolnej drogi, nie zwady. Odbił się i wyprężył jak struna, przelatując wysoko nad łbem wilkołaka.

I to był błąd, nie docenił napastnika. W ułamku sekun­dy ziejąca smrodem morda znalazła się tuż pod nim, a scze­rniałe kły wbiły się w jego udo, nieomal wyrywając kawał ciała.

Ksin zwinął się w kłąb i runęli na ziemię, aż jęknęła od podwójnego ciosu. Drzewa zatrzęsły się od przeraźliwego ryku, który wypełnił już cały las.

Zakręcili się w opętańczym tańcu, a strzępy darni i fon­tanny ziemi rozpryskiwały się na wszystkie strony. Zwarli się ciasno i miotali tak gwałtownie, że Ksin nawet nie usiło­wał wyciągnąć pazurów. Każda próba uwolnienia łap mog­ła mieć tylko jeden koniec: ucieczkę wilkołaka wraz z częś­cią jego nogi. Nie miał wyjścia; wypuścił Korzeń i ostro skręcając łeb, wgryzł się wolnym już pyskiem w krtań napa­stnika. Wycie zamieniło się w charkotliwy bełkot.

Gdyby miał zęby takie, jak te, co wpiły się w niego, byłoby już po walce. Ale jego były krótsze i tkwiły w dużo


mniejszej paszczy. Jednak zrobiły swoje — wilkołak puścił i w tym samym momencie uczynił to Ksin.

Odskoczyli od siebie.

Ksin prychnął i warknął gardłowo. Odpowiedziało mu tylko chrypienie wilkołaka. Rzucił kilka szybkich spojrzeń — nigdzie nie dostrzegł Korzenia. Nie było czasu na szuka­nie, wyprostował się i powoli uniósł w górę ramiona. Na­piął mięśnie. Miękkie opuszki rozchyliły się i potężne szpo­ny w księżycowej poświacie rozbłysły jak polerowana stal.

Wilkołak zamilkł, sprężył się i zaszarżował, rozchylając szczęki. Kły przeciw pazurom. Starcie było szybkie jak myśl, ale Ksin był jeszcze szybszy i nie popełnił już błędu. Dwa ciosy zerwały napastnikowi z pyska wszystkie mięśnie i ścięgna, odsłaniając nagą kość oraz wrośnięte w nią zęby, które bezsilnie chwyciły powietrze w miejscu, gdzie przed momentem stał Ksin.

Wilkołak zarył łbem w trawę i przekoziołkował przez plecy. Natychmiast wstał i znów zaatakował, tym razem z wyskoku. Spotkali się w powietrzu.

Skóra na ramieniu kotołaka rozdarła się z trzaskiem, ale dwa jego pazury trafiły wprost w jedno z sino jarzących się ślepi i wyrwały je razem z kawałem kości czaszki.

Jęk wilkołaka w niczym nie przypominał już tego, co Ksin usłyszał na samym początku — teraz była to prze­raźliwa skarga upiora. Na wpół oślepiony zaczął cofać się w stronę drzew, ale Ksin nie pozwolił mu uciec. Palący ból w nodze i łapie zaćmił wszystko oprócz pragnienia zemsty.

Wykorzystał zdobytą przewagę i zaszedł go od strony wyłupionego oka...

Rwał, gryzł i szarpał, czując jak ciało tamtego ustępuje pod jego szponami. Ogarnęła go zwierzęca radość i uniesie­nie. Rozkosz mordowania. Jej szczyt nastąpił wtedy, gdy


jego tylne pazury rozpruły wilkołakowi brzuch i zaplątały się w jelitach. Na krótko, bo te porwały się jak marne sznureczki.

Nareszcie odstąpił i spojrzał na swoje dzieło. Potwór leżał bez ruchu, nie wydając żadnego dźwięku, ale żył. Światło jak gdyby skupiło się nad nim, tworząc wyraźny, oddzielny snop łączący go ze świecącą wysoko na niebie tarczą...

Ksin podlegał tym samym prawom i wiedział, że ozna­cza to, iż żadna z ran, które zadał, nie jest tak naprawdę śmiertelna i chociaż starczyłoby ich do zabicia dziesięciu zwykłych ludzi, to jednak wilkołak ozdrowieje jeszcze tej samej nocy.

I rzeczywiście: wyprute wnętrzności zaczęły się poru­szać, początkowo bezładnie, lecz już po chwili, niczym wiel­kie białe glisty, z powrotem wpełzały do otwartego brzu­cha. W trawie coś zaszeleściło: nie musiał patrzeć, aby upe­wnić się, że tam toczy się teraz owo skrwawione oko, wlo­kąc za sobą odłupany kawałek czaszki.

Nie miał ochoty na nową walkę i wiedział, co powinien zrobić. Podszedł bez pośpiechu i lewą łapę oparł na gardle leżącego. Prawą uderzył mocno. Zwarł pazury, ściskając żebra i mostek jak chrust, w jeden pęczek. Pociągnął. Roz­legł się ostry, wielokrotny trzask i chrzęszczące mlaśnięcie. Cisnął na bok wyrwany ochłap, po czym sięgnął po od­słonięte, trzepoczące źródło życia i mocy...'

Posoka bluzgnęła na boki. Podniósł się z sercem w ła­pach i patrzył. Tylko dwie rzeczy mogły pokonać moc ma­gii nekrokreatywnej; srebrny pocisk lub miedziane ostrze albo pazury istoty pokrewnej — właśnie takiej jak on...

Niczym kawał szmaty rozerwał zdobycz na strzępy i roz­rzucił. Reakcja była natychmiastowa; struga opalizującego

11


światła postrzępiła się i zgasła, a wszelki ruch ustał. Zerknął w dół. Przemiana już nastąpiła... U stóp kotołaka leżał teraz zmasakrowany trup człowieka. Przyjrzał się: twarzy właściwie nie było, ale dłonie zabitego świadczyły, że mu­siał to być młody mężczyzna; mniej więcej w wieku Ksina...

— Jeśli rodzina odnajdzie go i jakimś cudem rozpozna — pomyślał — na zawsze pozostanie dla nich tylko ofiarą i nikt nigdy nie dowie się prawdy o nim...

Zaniepokoił się; stracił przecież tak wiele czasu! Pośpie­sznie odszukał Korzeń i pobiegł w noc.

Zarys chaty pojawił się między drzewami. Przyśpieszył. Po chwili las był już za nim. Ogarnął go lęk; Cienie Śmierci, które kiedy odchodził, błąkały się jeszcze na skraju zarośli, teraz podeszły aż pod sam dom. Bezkształtne i nieokreślone snuły się, polatywały, aby zaraz rozpłynąć się w powietrzu i znowu ukazać. Dopóki trwała pełnia, widział je, później potrafił jedynie odczuć ich obecność; tak samo jak pies przewidujący nieuchronny zgon swego pana... Jednakże ani teraz, ani kiedykolwiek nie było w jego mocy rozproszyć ich lub przegonić — one istniały tylko jako pewien rodzaj emanacji umierającego...

Starając się nie patrzeć na zawieszony nad drzwiami Znak, chyłkiem przestąpił próg i przypadł do łoża.

Stara Kobieta z wysiłkiem otworzyła oczy.

— Jesteś... — wyszeptała.

Pochylił się do przodu i otworzył pysk — Korzeń spadł na posłanie. Jej dłoń drgnęła, przesunęła się i szukała, aż w końcu palce natrafiły i rozpoznały poskręcany kształt. Uśmiechnęła się słabo.

12


Za późno synku... — powiedziała to bardzo cicho, ale wyczuł w tych słowach i żal, i ulgę zarazem.

Wcześniej obawiał się tego, ale teraz, gdy ujrzał Cienie, zyskał tę straszną pewność, która napełniła mu duszę roz­paczą. Stara Kobieta osłabła tak bardzo, że nie mogła już sama przyrządzić sobie leku, a jego potężne, lecz niezgrab­ne łapy nie mogły wykonać tej delikatnej pracy.

Do chwili, w której odzyskać miał ludzki wygląd, bra­kowało mu jeszcze kilka godzin...

Był bezsilny. Położył łeb na skraju posłania i czekał. Nic innego nie mógł zrobić, a Cienie Śmierci przeniknęły już ściany i tańczyły w izbie.

Ręka Starej Kobiety uniosła się i opadła na jego głowę. Gładziła krótką sierść, muskała uszy. Gdy natrafiła na kos­myk sztywny od zakrzepłej wilkołaczej krwi, znieruchomia­ła na moment. Potem znów poczuł słabnącą pieszczotę. Zrozumiał, że domyśliła się wszystkiego.

Upływał czas i nic nie zmieniło się, tylko Cienie ocierały się już o niego. Zamknął ślepia, by na nie nie patrzeć.

— Cieszę się, że jesteś przy mnie — usłyszał nagle zupe­łnie wyraźnie.

Były to jej ostatnie słowa. Dłoń, którą czuł na sobie, opadła bezwładnie. Cofnął się, spojrzał: leżała z zamknięty­mi oczami i już nie oddychała. Cienie zniknęły.

Gdyby był wilkołakiem, być może zawyłby teraz, lecz on nie umiał nawet ronić łez, ale potrafił kochać...

Pochylił się i zaczął lizać jej stygnącą rękę. Tę dobrą rękę, która, choć nigdy nie sprawiła mu bólu, pokryta była siecią głębokich bruzd — starych śladów jego kłów i pa­zurów.

Siedział tak odrętwiały ze smutku i żalu, że nawet nie zauważył godzin, które minęły. Dopiero lekki dreszcz, jaki

13


wstrząsnął jego ciałem, przypomniał mu o tym, co miało stać się za chwilę...

Tępy ból ocknął się gdzieś w głębi mózgu i narastał pulsując szkarłatem. Rósł, potężniał, nadymał się, rozsa­dzając czaszkę, i nagle, jak lodowaty piorun, strzelił wzdłuż kręgosłupa. Ksin wydał zdławiony skowyt i padł, skręcając się w drgawkach. Pysk, łapy ogarnął żywy ogień. Kości gięły się i zwijały jak wiotkie gałązki, a mięśnie puchły i sztywniały na przemian. Zęby cofały się w głąb szczęk, które w spazmatycznych zrywach zmniejszały swą długość. Miał wrażenie, jakby wydzierano mu oczy, miażdżono pal­ce i nogi. Sierść w rytm Przemiany kryła się pod obrzmiałą skórą.

Nareszcie cierpienie przesiliło się i szybko zaczęło słab­nąć. Po chwili w miejscach objętych Przemianą pozostało już tylko delikatne mrownienie, które wkrótce znikło. Ksin podniósł się z podłogi i usiadł, teraz już mógł płakać...

Ukrył twarz w dłoniach i bezgłośny szloch wstrząsnął jego barkami. Trwało to jakiś czas. Dotkliwy chłód poran­ka kazał mu wreszcie pomyśleć o sobie — był przecież zu­pełnie nagi. Wstał i sięgnąwszy po swoje ubranie, które zdjął tuż przed pełnią, zaczął się pośpiesznie ubierać. Gdy skończył, znów spojrzał na ciało Starej Kobiety. Teraz do­piero dotarło do niego, jak bardzo jest sam.

— Nie ma jej, już nie ma... — poraziła go nowa fala smutku. Pozbierał się jakoś. .Ostatni raz popatrzył na tę dobrą twarz, ucałował lodowate policzki i nakrył ciało.

Rozejrzał się po izbie, znalazł sznur i jeszcze kawał tka­niny. Zabrał się do roboty. Niebawem leżał przed nim po­dłużny, nieforemny tłumok.

Stał wyprostowany, jasnowłosy, a jego zielone oczy za­patrzyły się gdzieś... hen daleko...

14


— Tak długo była tu przy mnie..., była zawsze... — po­wiedział cicho do siebie.

Znalazła go dawno temu. Był paromiesięcznym niemo­wlęciem. Leżał porzucony na jakimś pustkowiu, przygwoż­dżony do ziemi trzema osikowymi kołkami. Oprawcy prze­sadzili — dlatego przeżył. Całkowicie wystarczyłby jeden, ale wbity w serce. Te trzy akurat je ominęły — znalazło się między nimi — i jego kocia żywotność wykorzystała szan­sę.

Kobieta uwolniła go, opatrzyła rany, po których nie został żaden ślad, i nakarmiła. Szybko wyzdrowiał.

Musiała domyślać się kim jest, a jednak którejś nocy, gdy mały gaworzący na swoim łóżeczku bobas zamienił się w szalejącego potworka, dała się zaskoczyć. Nawet zlek­ceważyła go, nie podejrzewając, jak potężna siła i nienawiść wstąpiła w jego malutkie ciałko. Rzucił się na nią opętany morderczym szałem. Walczyli długo. Ona robiła wszystko, aby nie zrobić mu krzywdy, on chciał tylko zabić. Bardzo ją wtedy pokaleczył, a zwłaszcza ręce.

Na drugi dzień, gdy płakała z bólu, on jak zwykle krzy­kiem domagał się swojego mleka.

Nie zemściła się ani nie ukarała go. Wciąż pielęgnowała najlepiej, jak tylko umiała. Stała się jedynie ostrożniejsza i kiedy nadchodziła pełnia, zabezpieczała się przed nim. Jednakże nawet wtedy nie próbowała go wiązać, czy zamy­kać. Przeciwnie, raczej sama kryła się albo uciekała, dając mu całkowitą swobodę. Nie groziło to nikomu, gdyż naj­bliższe osady były oddalone o wiele godzin marszu.

Nigdy nie dowiedział się, dlaczego przybyła na to prze­raźliwe pustkowie i zamieszkała tutaj. Nie była czarownicą, prostą wieśniaczką też nie. Prosiła go, aby nie pytał, więc uszanował jej wolę.

15


Pierwsze lata przebiegały tak samo; przeważnie był zdrowym, roześmianym chłopczykiem, uwielbiającym ba­wić się i biegać, a czasami, zwykle na kilka nocy w miesią­cu, gdy niebo było pochmurne, stawał się krwiożerczym upiorem. Wtedy to z całą bezwzględnością polował na tę, do której za dnia zwracał się „mamusiu"...

Rósł, a z czasem zaczął dostrzegać i pojmować to, co się w nim działo. Któregoś dnia, po powrocie do ludzkiej po­staci, przyniósł jej bukiecik zebranych w lesie kwiatów. Przepraszał i płakał. Nie musiał tego robić, bo ona i tak nigdy nie gniewała się.

Potem pojawił się bunt i wstręt do samego siebie. Po­czucie winy i wstydu rosło razem z nim. Nabierało mocy. Coraz bardziej kochał Starą Kobietę. Tym więcej, im bar­dziej mógł pojąć i ocenić jej dobroć. Ta miłość potężniała i łącząc się z przepełniającym go gniewem, z coraz większą siłą napierała na skoncentrowany w nim ładunek nienawiści.

Z każdą kolejną Przemianą coraz wyraźniej przypomi­nał sobie, kim był za dnia, aż wreszcie nastąpił przełom. Zbliżył się wówczas do jej kryjówki i zapiszczał. Odgadła, że zaszło coś niezwykłego. Odważnie wyszła. Tkwiące w nim zło podjęło ostatnią próbę; był cały rozdygotany, gdy podchodziła do niego. Wyciągnęła rękę. Te blizny! Uciekł, bojąc się, że nie wytrzyma. Po chwili jednak stanął i znów zaczął iść w jej stronę. Dotknęła go, pogłaskała po grzbiecie i nagle ponury czar prysł. Przypadł do niej, mru­cząc i łasząc się jak zwyczajny kot, a ona tuląc go długo płakała ze szczęścia...

Jedna tylko rzecz pozostała zagadką — dlaczego nie odzyskał w tym momencie ludzkiej postaci. Dopiero póź­niej, kiedy zaczął dojrzewać, okazało się, co było powodem.

Nie był człowiekiem. Tkwiło w nim za wiele kocich cech

16


— to właśnie one ujawniły się w owym okresie. Miał owal­ne, a nie okrągłe źrenice, inaczej niż wszyscy ukształtowane kości policzkowe, trochę nietypowy głos, odmienne pazno­...

Zgłoś jeśli naruszono regulamin