KALAM.DOC

(966 KB) Pobierz
Kalamburka

Kalamburka

 

Małgożata Musierowicz

 

Poznań przestępczych melin i eleganckich sklepów, światowych  banków i miejscowych przytułków, nowego bogactwa i starej  biedy - szykował się dopiero do hucznych obchodów. Oto już z  co poniektórych okien dobywał się charakterystyczny łomot  basów w stereofonii, oto już wyległy na ulice pierwsze grupy  ogolonych na zero młodzieńców o brzydkich czaszkach, którzy - jak zwykle ordynarni w mowie i w czynie - odpalali na  jezdniach i w bramach swoje próbne petardy, spotykając się  jak zwykle z całkowitą obojętnością policji. Oto i w  supermarketach zrobiło się tłoczno i nawet ustawiły się  nieduże kolejki, choć przecież nikt nie zamierzał kończyć  handlowania przed północą i choć z całą pewnością nie  groziły miastu jakiekolwiek niedobory w zaopatrzeniu. Oto i  ruch uliczny zgęstniał zauważalnie i taka na przykład  dzielnica Jeźyce, zaprojektowana na początku mijającego  właśnie stulecia, stała się tego popołudnia jeszcze bardziej  nieprzejezdna. - Dlaczego się uparłaś odwozić te przeklęte torty do  Borejków, zamiast je zwyczajnie przenieść z Mickiewicza na  Roosevelta? - zapytała Aniela, patrząc prosto w oczy  ponadczasowej damie, widocznej w zwierciadełku wstecznym.  Korek, w którym tkwiła przed samym szpitalem Raszei,  wyglądał wyjątkowo stabilnie. - Ach, moja droga, spóźnisz  się na próbę! Ale rozumiem, że nie chciałaś brnąć z tortami  przez śniegi; od rana drapało cię w gardle. I to jest powód.  Aktorka nie powinna wystawiać się lekkomyślnie na zimne  powiewy. - Aniela zatrzepotała rzęsami, po czym obejrzała sobie  gardło w lusterku, a następnie z nudów przycisnęła dla draki  klakson, parę razy. Może coś tu się wreszcie ruszy! Pogrzebała w czarnej zamszowej torebce i wyjęła pastylkę  neoangin bez cukru, którą zaraz wetknęła sobie w usta.  Absolutnie nie miała prawa rozłożyć się teraz na grypę.  Premierę w Teatrze Eksperyment wyznaczono na szóstego  stycznia, w sam wieczór Trzech Króli, a data owa dlatego  była niepod-

 

waźalna, że nowa sztuka, w której Aniela grała oczywiście  rolę główną, nosiła tytuł ,,C zwarty Król". Nic się nie ruszyło na zatłoczonej do ostatniego centymetra  jezdni. Opel wciąż był zakleszczony pomiędzy furgonetką TYP  a fordem Ka. W poprzek ulicy gramoliła się wielka  śmieciarka. Klaksony, nerwy, ścisk. Pandemonium, jak mawia  Ignacy Borejko. Swoją drogą, ciekawe, jak też się uda ten wyjątkowy  sylwester w przyciasnym, zapchanym książkami mieszkaniu  Borejków. Gabrysia uparła się, że ma to być, jak dawniej,  składkowe przyjęcie grupy ESD. No, cóż. Właściwie Aniela  zamierzała spędzić sylwestra jak co roku - w teatrze, przy  małej lampce wina i sałatkach warzywnych, z mężem Bernardom  u boku i kolegami aktorami w tle. Ale teraz się cieszyła z  tego Gabrysinego uporu. Miło będzie popatrzeć na stare  przyjacielskie gęby! Prawdę mówiąc, twarze kolegów z teatru  ociupinkę jej ostatnio obrzydły, gdyż oglądała je po  dwanaście godzin dziennie. Komedię Amburki "Czwarty Król"  próbowano intensywnie od paru miesięcy, całym zespołem, do  upadłego. Zazwyczaj sztuki tego modnego dramaturga były  jednoaktówkami o zwodniczej prostocie; cechowały się  mnóstwem zasadzek: ciętymi dialogami, absurdalnymi puentami,  zawrotnym tempem. Dogranie tego wszystkiego wymagało  piekielnej harówki. ,,Czwarty Król" - najnowsza i najlepsza  sztuka Kala Amburki - składał się aż z trzech aktów takiej  ekwilibrys-tyki. Nic dziwnego, że zespół był przepracowany i  zmęczony, a także mocno rozdrażniony. W grudniu mieli próby  codziennie, od rana do wieczora, i nawet dziś jeszcze  umówili się na wpół do szóstej, żeby doszlifować  najtrudniejszą scenę zespołową - czyli wielką kłótnię  podczas poloneza. Jeśli więc ta przeklęta śmieciarka będzie  dłużej się guzdrać, dwa delikatne torty upieczone przez  Bernarda nie trafią teraz, niestety, do spokojnej kuchni u  Borejków, lecz będą musiały tłuc się w bagażniku przez pół  miasta - prosto na próbę w teatrze. Tam wywęszą je aktorzy i  pożrą. A Bernard tego nie przeżyje.

 

- Lecz cóż widzę? - zakrzyknęła artystka, unosząc sil w  fotelu. Śmieciarka zakończyła swe niezdarne manewry i ciężk(  wjechała w ulicę Krasińskiego. - A! Oto okazja! Trwaj,  chwilo - Aniela splunęła pastylką w dal, dodała gwałtownie  gazu wyprzedziła furgonetkę jak prawdziwy pirat, i włączyła  si< w strumień pojazdów, sunących ulicą Poznańską. Po dłuższym czasie zdołała skręcić w najbliższą przecznicę  czyli w Roosevelta, a po kolejnych minutach zaparkowali  wreszcie samochód w niedozwolonym miejscu, na chodniki przed  kamienicą numer pięć. Zajrzała po raz ostatni w lusterko, wyszczerzyła białe zęb; i wygięła jeszcze bardziej na ukos wielkie rondo czarneg(  kapelusza. Przypudrowała też nos, gdyż nigdy nic nie wiadomo Wydobyła ładunek z bagażnika. Drogi Bernard, troskliwa jak  matka, umieścił swe wymuskane dzieła w pudłach, któr<  następnie zapakował do plastykowych toreb. Aniela ujęła icł  uchwyty, łokciem nacisnęła klamkę i weszła do bramy odrapane  kamienicy. Co to jest, że tu zawsze pachnie jakimś ciastem? Z sutereny, gdzie mieścił się wytworny apartament Id; i Marka, dobiegał aż tutaj potężny dziecięcy wrzask na jedne  niskiej nucie. Tak drzeć się mogła tylko mała Łucja  Pałysianka co oczywiście nie musiało zaraz oznaczać  tragedii; po prosti młodsze dziecko Idy odziedziczyło  temperament po niej. A jednał ktoś nie zdzierżył i pobiegł  na ratunek - na wysokim parterz( drzwi mieszkania Borejków  były uchylone. Aniela weszła wię< do środka, nawet nie  pukając, bo i czym miałaby pukać - ze bami? - Hej! - zawołała. - Dobry wieczór! Cisza. Niosąc torty w obu rękach, ruszyła przez długi  ciemnawy korytarz, wciąż lawirując pomiędzy regałami pełnym  książek. Nikt jej nie odkrzyknął. W mieszkaniu panowała  ciszs i bezruch, więc skręciła w prawo - do oświetlonej  kuchni. Lec;

 

i tu, w tym centrum życie rodzinnego, nikogo nie zastała.  Piekarnik rozprzestrzeniał zapach ciasta drożdżowego (przez  szybkę widać było dwa pulchne makowce), zmywarka chodziła w  najlepsze, a małe radio cicho grało Chopina. Na wielkim  starym stole jaśniał ekran zgrabnego laptopa - a więc to  pani Mila wybiegła, porzucając swoje zwykłe zajęcie, czyli  korektę dla jakiegoś wydawnictwa. Mieszkanie jest bez  opieki. Co za ludzie! Dosłownie każdy mógłby tu wejść prosto  z ulicy i wynieść, co by chciał. Tylko że Borejkowie chyba  nigdy nie uwierzyli do końca, że ktoś w ogóle miałby ochotę  kraść. Słynna artystka westchnęła lekko, z pobłażliwością, i  postanowiła uwolnić się od tortów. Złożyła pudła na stole i  zaraz do każdego zajrzała, żeby się przekonać, czy  arcydzieła Bernarda nie doznały jakiegoś uszczerbku; gdyby  doznały, emocjonalny małżonek bardzo by się sfrustrował.  Całą swoją artystyczną duszę, cały swój talent i wyobraźnię,  włożył był w przyozdobienie tych tortów - marcepanowego i  cytrynowego - kształtując z czekolady białej i czarnej róże,  liście, kiście, winne grona, świat owadzi, a nawet ślimaki. Wszystko, na szczęście, dojechało bez szwanku. Aniela  uśmiechnęła się niewinnie i w swej chwilowej zadumie musnęła  palcem czekoladowego motylka, siedzącego na krawędzi tortu.  Odpadł. Podniosła go od niechcenia i zjadła jednym  kłapnięciem. W tej samej dosłownie chwili w jej torebce  dwukrotnie pisnął telefon komórkowy. Ha! - ten telepata  przysłał jej SMS-a. Spojrzała na wyświetlacz. - DOWIOZŁAŚ? Aniela aż się spociła, przyłapana przez męża na gorącym  uczynku. - JASNE! - wystukała w odpowiedzi. - JADĘ DALEJ. UŚPIJ  BLIŹNIAKI. PRZYBĄDŹ W SMOKINGU 09!- wysłała wiadomość,  schowała telefon i spojrzała na zegarek. Już chciała lecieć,  gdy niespodziewanie ogarnął ją, jak ramionami, znajomy  nastrój tej przytulnej kuchni. Była ona jasna, ciepła

 

i czysta, choć nikt zapewne nie mógłby się upierać, że panu  tu porządek. Wysokie okna ukazywały widok na migocąi

 

światłami Śródmieście. Głośno tykał stary budzik, te same, i  zawsze, błękitne kubki stały rzędem na półce i jak zawsze r  ścianie poniżej widniała cała galeria fotografii, rysunkó i  śmiesznych hasełek. "Józinek jest jak zegar: chodzi i bij( -  przeczytała najnowsze. A oto i nie znane jej dotąd zdjęć ze  ślubu Natalii: pan młody podtrzymuje nie oblubienicę, le<  teścia, który właśnie dramatycznie pada w tył, poślizgnąws; się na oblodzonym stopniu kościoła; Natalia natomiast, w  stawiwszy obie ręce w przestrzeń, barkiem podpiera oblubieńc  Jedyna w swoim rodzaju plątanina rąk, nóg i welonu. Cudo\  ne. Tylko w tej rodzime mogło tak się udać najzupełniej spoi  taniczne sformowanie grupy Laokoona. Aniela roześmiała się i mimo woli siadła przy stole,  opieraj; podbródek na dłoni, obleczonej w czarną rękawiczkę. Miło t- Miło i swojsko. Jakby się wchodziło do własnego rodzinne  domu. Ileż to lat już minęło - dwadzieścia? dwadzieśc: dwa!?... - odkąd po raz pierwszy znalazła się u Borejkó\  przyjaźnie usadzona za tym właśnie stołem... Zaraz, momencik... co to takiego?! Aniela pochyliła się gwałtownie i wpiła wzrok w ekra  laptopa. O, nieba! Wzrok jej z pewnością nie mylił. Nie mó,  jej mylić. Rozpoznałaby ten styl na końcu świata. To jest  sztul< Kala Amburki! Tylko - jaka? Aniela, która znała na  parni* wszystkie dziesięć jednoaktówek tego następcy Mrożka  on w dodatku jedenastą, nigdzie jeszcze nie wystawianą sztul  "Czwarty Król", wiedziała na pewno, że ten akurat tekst wid  po raz pierwszy. Bez namysłu pojechała kursorern w górę, E  do nagłówka - i okazało się, że intuicja jej nie myliła. KAŁ  AMBURKA - WIECZÓR PREZYDENCKI - 2000. Tak jest! Nowa sztuka! Nigdzie dotąd nie publikowana i n  wystawiana!

 

Słynna aktorka dostała wypieków pod pudrem i rozpięła  aksamitny paltocik. Sensacja! A więc to ten tekst ma w  korekcie pani Mila! Czy to dla "Dialogu", czy dla jakiegoś  wydawnictwa? Ciekawe, czyby się zgodziła pośredniczyć w  rozmowach z autorem, skoro chce on pozostawać nieosiągalny?  Podobno - tak mówiono w kręgach teatralnych - mimo  stosunkowo młodego wieku Kał Amburka jest wyniosłym  mizantropem. Podobno zaszył się gdzieś w dzikim zakątku  Bieszczad i w ogóle się nie rusza ze swej drewnianej chaty  nad potokiem, gdyż gardzi światem blichtru, pozorów oraz  snobizmu. Faktem było, że Kał Amburka (rzecz oczywista, że  to musi być pseudonim) nie pojawiał się z reguły na  premierach swoich dzieł. Pisał i publikował od dziesięciu  lat, co roku wypuszczając nową sztukę, która natychmiast  stawała się przebojem ambitnych teatrów w kraju i za  granicą. Ten tajemniczy dramaturg zdołał zmylić nawet  najbardziej wścibskich dziennikarzy. Aniela aż się zaśmiała  na myśl, że udało jej się trafić na taki skarb nie gdzie  indziej, jak w skromnej kuchni Borejków, pomiędzy starym  budzikiem a cukiernicą. - Kłamczucha! - odezwał się za jej plecami miły, jasny głos  i Aniela odwróciła się gwałtownie. Pani Mila stała w  drzwiach kuchni - szczuplutka, przygarbiona i zupełnie siwa,  opasana fartuchem w kratkę. Przyglądała się Anieli tym swoim  błękitnym spojrzeniem, które jak zawsze było życzliwe, pełne  żywej inteligencji i zbijające z tropu - tak jakby starsza  pani wiedziała o rozmówcy dużo więcej niż on sam. - Długo tu czekasz? - spytała, wchodząc do kuchni. Tuż obok  jej nogi kroczył, twardo trzymany babciną ręką, rudowłosy,  nadąsany sześciolatek: Józinek, syn Idy i Marka. - Dopiero przyszłam - odparła Aniela, zrywając się ze  stołka. - I właściwie muszę już pędzić dalej. - Zbiegłam tylko na dół, bo Łusia się uderzyła. Strasznie  ryczała, a Marek akurat zasnął po dyżurze - tłumaczyła się  pani Mila.

11

 

- Babi, ja bym sam umiał ją pocieszyć! - rzekł z wyrzuter  gniewny Józinek, wydymając czerwone policzki. - Od twojego pocieszania ona dostaje spazmów - mruknęł,  babcia. - Siadaj. Będziesz mi pomagał. - Nie będę - burknął Józinek, czegoś mocno urażony. - Cóż to, nie lubisz pomagać własnej babci? - kpiące spytała  pani Mila. - Nie lubię - odrzekł Józinek po uczciwym namyśle. - Aha. Nie szkodzi. Zakasuj rękawy. Jest robota. - Nie!!! - Trzeba pokroić daktyle i figi. - O?... - zainteresował się Józinek. Pani Mila zbliżyła się do stołu, upinając niecierpliwie  rozsypujące się, puszyste włosy. Tu nagle wydała okrzyk  zachwytu, gdyż ujrzała oba torty w ich lśniącym pięknie i  barokowej wspaniałości. - Któż to... - Bernard, oczywiście - wyjaśniła Aniela, przepełniona dumą. - Arcydzieła! Nikt nie odważy się ich tknąć. Trzeba by je  dać na wystawę rzeźby, a nie na pożarcie - zachwycała się  pani Mila. - Bernard jest artystą bezinteresownym - przypomniała jej  Aniela. - Ach, wiem - pani Mila wydzieliła wnukowi paczkę fig,  torebkę daktyli oraz niezbyt ostry nóż i deseczkę. -  Józinku, pokrój wszystko w kostkę. Co trzeciego daktyla  możesz sobie włożyć do buzi. - Lubię pomagać babci - zmienił poglądy Józinek. - A Łu-sią  i tak tata się zajmie. - Jakoś tam sobie poradzi bez ciebie - zgodziła się babcia i  skierowała swą uwagę na makowce. Uchyliła drzwiczki piecyka,  sprawdziła patyczkiem, czy ciasto dopieczone, zmniejszyła  płomień gazowy.

12

 

Aniela postanowiła wypuścić próbną sondę. - Zerknęłam na ten tekst w komputerze - powiedziała od  niechcenia. - To dla "Dialogu"? - A ...nie, nie... - odparła nieuważnie pani Mila,  podchodząc znów do stołu. Pochylając się nad tortami,  zamknęła laptopa. - Motyle z czekolady! Patrz, Józinku! - Babi, na tym drugim są karaluchy. - Skarabeusze. Skarabeusze. Aniela już nie miała czasu na podchody. - Czy pani ma kontakt z Kalem Amburką? - walnęła prosto z  mostu. - Ja? Z Amburką? Aniela znów opadła na stołek. - Boże, jak ja bym chciała go poznać! - wyznała gorąco. - Każda aktorka by chciała. Nikt nie pisze lepszych ról dla  kobiet! Co za postacie! Bogate, wyraziste, mocne... - Zapewne - zgodziła się z roztargnieniem pani Mila,  dosypując Józinkowi jeszcze suszonych moreli. - To do  piernika, więc krój drobno. - Proszę pani... - Anielko, ja się nie bardzo na tym znam. Kiedy tyle lat  robi się korekty, człowiek zaczyna widzieć literaturę od  całkiem innej strony - od - hm, od kuchni. - Tak bym chciała zdobyć ten tekst jeszcze przed publikacją - błagalnie powiedziała Aniela. - W naszym teatrze byłaby  prapremiera! Co za splendor dla nas i dla miasta! I mój  sukces własny, jestem przekonana. - O, na pewno, na pewno. Ty zawsze odnosisz sukcesy, a już  zwłaszcza w jego sztukach. Ignacy i ja jesteśmy twoimi  wiernymi fanami. Byliśmy na każdej premierze. Najlepsza  byłaś w roli wariatki w sztuce... - ,,Czarna sukienka" - podpowiedziała Aniela. - O, nieba,  cóż to była za rola!

13

 

- O, nieba, widzę ślimaka - oznajmił Józinek, patrzą w tort.  - Ma oczy na słupkach. - Józinku, tylko nie dotykaj, - Proszę mnie skontaktować z Amburką - przynaglił Aniela. -  Nie rozumiem, swoją drogą, dlaczego on tak si ukrywa. - Może nie lubi być na widoku? - podsunęła pani Mila - Ach, to nie może być takie proste. - Dlaczego? Czy każdy musi lubić rozgłos? Może on pisz tylko  dla pieniędzy. - Tylko dla pieniędzy?! I porusza najważniejsze dla wszysi  kich sprawy? I zawsze jest najbardziej aktualny i... Proszę  pan: ja muszę mieć tekst tej nowej sztuki. Może już dziś dałaby m  pani... - tu nagle odezwał się telefon Kłamczuchy, wygrywają  melodyjkę z Wagnera. Dzwonili z teatru. Wszyscy, reżyser te; byli już na miejscu i chcieli wiedzieć, co Aniela sobie  właściwi wyobraża - że jest jakąś gwiazdą? Kłamczucha porwała torebkę i w popłochu ruszyła do drzwi - Chciałam ci jeszcze powiedzieć - zawołała w ślad za ni,'  pani Mila - że masz prześliczny kapelusz... - Ten ślimak odpadł - powiedział Józinek. Przed godziną dziewiątą Mila coś jeszcze drukowała u Grze  siów. Ignacy dawno już się ubrał wizytowo (w przeciwieństwii  do żony lubił wszystko robić z rozsądnym wyprzedzeniem)  Przygładził nieliczne srebrne kędziorki, otaczające łysinę i  przetar wodą kolońską wygolony podbródek oraz pobruźdżone  policzki Miał jeszcze kłopot z krawatem, więc udał się do  pokoji Strybów i znalazł tam nie tylko żonę, ale i starszego  wnuka

 

siedmioletniego Ignacego Grzegorza. Pilnie i chętnie pomagał  on babci w układaniu wydruków. Dziadek ogarnął czułym  spojrzeniem mądrą, poważną twarz dziecka, jego zwinne,  pracowite paluszki oraz wypukłe, obiecujące czoło pod  jedwabistą grzywką. O tego wnuka mógł być najzupełniej  spokojny. - Wre praca, świeży miód pachnie tymiankiem* - zażartował,  zbliżając się do malca, na co Ignaś się uśmiechnął,  rozpoznając cytat, i zapytał, czy to prawda, że starożytni  bardzo lubili pszczoły. - Ach! Rzecz jasna! - dziadek z radością podjął ulubiony  temat. - I to zarówno Grecy, jak Rzymianie. Byli wprost  urzeczeni pszczołami, czego ślady znajdujemy w ich sztuce, a  zwłaszcza w literaturze. Spójrz choćby na "Georgiki" - cała  czwarta księga poświęcona jest pszczołom. Nic dziwnego: od  Donatusa wiemy, że ojciec Wergiliusza zajmował się  pszczelarstwem i nawet dorobił się na nim fortuny. - A znów w szóstej księdze ,,Eneidy"... - podsunął Ignaś,  jakby słuchał ulubionej bajki, opowiadanej po raz setny, i  dziadek zrozumiał, że tak chyba jest istotnie, lecz nie  umiał się oprzeć i zacytował z lubością: - ...jak w jasnym dniu lata pszczoły się roją, zlatując na  łąkę, Ku kwiatom różnej krasy i wirując Dokoła lilii  rozjarzonych bielą, Aż cale pole w tym brzęku dygocze. - Przekład Zygmunta Kubiaka - dorzucił Ignacy Grzegorz,  jakby dopełniał znaną sobie bajkę zwrotem: ,,i żyli długo i  szczęśliwie". Mila skończyła drukować i zebrała kartki do plastykowej  koperty. Właściwie, była już ubrana w tę wieczorową  sukienkę, * Wergiliusz - "Eneida".

15

 

przy której jej śliczne włosy lśniły czystym srebrem, ale  musiała jeszcze znaleźć czarne pantofelki, a dość dawno ich  nie używała. Tu przydatny okazał się Józinek, który zawsze  wiedział, gdzie co leży, gdyż był niezwykle dobrym  obserwatorem. (Nie można było tego powiedzieć o Ignasiu - on  z kolei cechował się niespotykanym roztargnieniem i  obojętnością dla spraw przyziemnych). Ubrawszy się wreszcie, dziadkowie zostawili mieszkanie na  pastwę byłej Grupy ESD i wychodząc, pomachali rękami w  stronę córek - Idy i Gabrysi - które miotały się jeszcze w  kuchni, lukrując na chybcika makowce i polewając czekoladą  piernik. Ignacy i Mila byli zaproszeni na kolację do Moniki  Pałysowej, teściowej Idy. Jak co roku, Monika przybyła ze  Stanów na Boże Narodzenie i, jak co roku, nie mogła się  zdecydować na powrót. Ta najdawniejsza przyjaciółka Mili co  roku o tej samej porze wyrażała zdumienie i wdzięczność dla  Opatrzności, która w tak cudowny sposób połączyła na nowo  drogi ich życia, co roku też przedstawiała w zawoalowany  sposób nieokreślone zastrzeżenia wobec Idy i co roku tak  samo narzekała na panujący w Polsce bałagan, korupcję i  schamienie obyczajów. - Ale dziś - powiedziała Mila, kiedy po kolacji wracali już  z Ignacym przez mroźne ulice - Monika wzięła mnie na stronę,  popłakała się i oznajmiła, że tym razem wróciła na dobre.  Kupuje mieszkanie na Jeżycach - i wyobraź sobie tylko,  gdzie! Ignacy uczynił pewien wysiłek, ale nie wyobraził sobie. - Na Polnej! - zakrzyknęła Mila. - Ha! - rzekł filozoficznie Ignacy. - Zbudowano tam eleganckie bloki. Niedaleko miejsca, gdzie  stała nasza oficynka. - Przykro mi było, kiedy ją zburzono - powiedział w zadumie  Ignacy i tym razem wyobraził sobie bez trudu, jak przykro  musiało być Mili, która tam się wychowywała od

16

 

urodzenia. A przecież nigdy ani słowem się nie użaliła. -  Jesteś - dodał z uśmiechem, ściskając czule ramię żony -  najbardziej tajemniczą kobietą, jaką spotkałem w życiu. - Nie spotkałeś ich zbyt wielu - wytłumaczyła mu Mila. - Która godzina? - spytał. - Dopiero wpół do dwunastej. - A my już wracamy do domu? - Chwileczkę, a kto powiedział Monice, że jest za stary na  nocne imprezy? - Ja powiedziałem, ale to dlatego, że u Moniki zawsze jest  nudno nie do opisania - wyjaśnił. - Pomyślałem sobie  ponadto, że w tym mieszkaniu okna wychodzą tylko na ulicę  Fredry... - No to co? - ...i że nie zobaczymy fajerwerków, bo to jest ulica wąska  i mocno zabudowana. - Przecież nie cierpisz fajerwerków, Ignacy, uważasz je za  prostackie. - Tak, Milu, lecz dziś jest ostatnia noc tysiąclecia i w  związku z tym spodziewam się absolutnie niewiarygodnej  feerii. To trzeba zobaczyć. Będzie to widowisko jedyne w  swoim rodzaju. Powinniśmy tylko pójść w miejsce, skąd jest  najlepszy widok na całe miasto. - Na wieżowcu Akademii Ekonomicznej - przypomniała sobie  Mila - jest taras widokowy. Ale i restauracja. Na pewno tam  się odbywa jakiś nuworyszowski bal. - Nie mów nic - rzekł on. - Powierz się mej opiece, Milu.  Ożywieni, ruszyli szybciej przez mroźne ulice. Z mijanych  restauracji i klubów dobiegały pokrzykiwania, muzyka, a  częściej - łomot, pijane śpiewy i wybuchy śmiechu. Od czasu do czasu  odzywała się w dali pojedyncza detonacja - to niecierpliwi  miłośnicy sztucznych ogni już odpalali to i owo ze swych  zapasów. Bardzo szybko małżonkowie znaleźli się na ulicy Ogrodowej, w  tym jej punkcie, który leży na wzgórzu, w ścisłym centrum

17

 

miasta. Po jednej strome tej ulicy rozciąga się rozległy  park, po drugiej - stoją stare kamienice, luksusowa plomba z  mieszkaniami na wynajem, a także wciśnięty pomiędzy to  wszystko blok z lat sześćdziesiątych, zbudowany z wielkiej  płyty, a wysoki na pięć pięter. Ignacy ku niemu właśnie poprowadził żonę. Bez wahania  wkroczył z nią do bramy, bez trudu trafił do windy,  przywołał ją i pojechali, poskrzypując, na ostatnią  kondygnację, gdzie mieściły się drzwi do strychów. Przed  samym szybem windy błyszczało okno, wychodzące na park. Ignacy otworzył je nie bez wysiłku. - Popatrz! - zawołał uradowany. Rzeczywiście, doskonale było stąd widać - ponad czubkami  starych kasztanowców - rozległą panoramę miasta w kierunku  południowym i wschodnim. Niebo nie było wcale ciemne,  rozjaśniała je łuna miejskich świateł, setek tysięcy  błyszczących punkcików o różnych kolorach. Dopiero wysoko- wysoko pogodne i gwiaździste niebo przechodziło w ciemny,  czysty granat. Po wschodniej strome ciągnęły się aż po  horyzont ogromne skupiska nowych osiedli - bloków i  wieżowców. Na wprost, za parkiem, zaczynała się już stara  robotnicza Wilda. Widać też było nowoczesny budynek  Multikina, do którego oboje bardzo lubili się wymykać w  tajemnicy przed córkami (pokpiwały z ich nagłego upodobania  do sztuki masowej; ale nie wiedziały, że oni czuli się w tym  kinie znów młodzi i weseli, kiedy tak zasiadali w wielkich,  wygodnych salach, z torebką popcornu albo wielkimi porcjami  lodów). Przez cały czas, gdy Ignacy obserwował niebo,  widział wzbijające się, to tu, to tam, świetliste żmijki  pojedynczych rakiet. - Widok wspaniały - przyznała Mila, opierając się o męża i  patrząc tam, gdzie on. Ignacy spojrzał czule na jej miły profil. - Wszystko jeszcze przed nami - rzekł obiecująco i zatarł  ręce, bo mroźne powietrze nocy wpadało przez okno coraz  odważniej. - Włóż czapkę i rękawiczki, Milu, bardzo cię  proszę.

18

 

- Która godzina? - Za dziesięć dwunasta. No i popatrz: dożyliśmy końca  millenium. Co by na to wszystko powiedział Horacy? - Dlaczego mielibyśmy nie dożyć, Ignasiu. Czujemy się wcale  nieźle, jeśli nie liczyć mojego reumatyzmu... - I mojej choroby wieńcowej... - Może chociaż w nowym millenium przestań sobie wmawiać  choroby, mój drogi. Nie jesteśmy jeszcze tacy starzy... - I tu właśnie, Milu - rzekł uroczyście Ignacy - chciałbym  cię zaskoczyć. Jak wiesz, nigdy nie pamiętam o ważnych  datach naszego wspólnego życia. Dziś jednak - nie taję, że  pod wpływem Gabrysi - postanowiłem o czymś pamiętać. O  twoich urodzinach. - Wiesz, a ja właśnie bardzo chętnie bym o nich nie  pamiętała. - Niesłusznie, bo to okrągła rocznica. Kończysz  sześćdziesiąt pięć lat! - Zapomniałabym tym chętniej. - Cóż by to zmieniło? - zdziwił się Ignacy. - Milu,  wszystkiego najlepszego. Jak wiesz, nigdy ci nie umiałem  kupić naprawdę udanego prezentu... - Laptop - przypomniała Mila skrótowo. - Grzegorz - wyjaśnił równie skrótowo Ignacy. - Sam jednakże  nie jestem biegły w obsypywaniu cię udanymi prezentami... - Dlaczego po czterdziestu dwóch latach naszego pożycia  zapragnąłeś mnie obsypywać udanymi prezentami? -  zainteresowała się jego żona. - Dla odmiany, Milu. Pomyślałem o tych wszystkich twoich  urodzinach, których nie obeszliśmy... i o imieninach, bo  jutro jest przecież (jak twierdzi Gabrysia) Melanii... i o  wszystkich prezentach, jakich nie dostałaś... i zdecydowałem  się na coś takiego.

19

 

To mówiąc, Ignacy wyjął z kieszeni malutkie pudełeczko  zawinięte w jedwabistą bibułkę, po czym wręczył je żonie.  Milę zamurowało. - Nie wierzę własnym oczom! Biżuteria?! - zdumiała się po  chwili, wydobywając z pudełeczka złoty łańcuszek. Na jego  końcu migotało malutkie złote serduszko. - O, nie martw się - pospieszył z uspokojeniem Ignacy. -  Zdziwiłabyś się, jakie to było niedrogie. Lecz Mila nie  słyszała. - Wiesz - powiedziała wzruszona - przez całe życie chciałam,  żeby choć raz ktoś mnie potraktował nie na serio... Jak  takie słodkie, niedobre, kapryśne i zepsute stworzenie,  które nic, tylko przyjmuje od mężczyzn złoto i brylanty... - Naprawdę? - zdumiał się Ignacy. - Ale dlaczego, Milu,  chciałaś czegoś tak dziwacznego? - Zęby się przekonać, jak to jest - wyjaśniła. - No, wiesz? Jakbym zgadł! W tym serduszku jest brylancik. I  jak się czujesz? - Mniej więcej tak samo, jak przedtem - stwierdziła trzeźwo  Mila. - Tylko że bardzo, bardzo, bardzo rozpieszczona. - Pozwól - rzekł Ignacy z namaszczeniem - że założę ci ten  klejnot na szyję. Zdejmij szalik, na moment... o, tak. I co? - Wspaniale. Czuję się jak Dama Kameliowa. - Milu, patrz! Ogromny parasol z zielonych, migoczących gwiazd rozpostarł  się z sykiem nad Ratajami. - Zaczyna się! - zawołał podekscytowany Ignacy. - Za minutę  północ! - Zegnaj, wieku. Zegnaj, tysiąclecie - szepnęła Mila. - Patrz! Patrz! - wykrzykiwał Ignacy, czując dławienie w  gardle wynikające z pierwotnej, chłopięcej emocji i  zachwytu. Na niebie pojawiały się już dziesiątki, już setki,  już tysiące i dziesiątki tysięcy świetlnych pocisków -  małych, większych +20

 

i olbrzymich, złotych i kolorowych. Jedne rozpryskiwały się  w drobny pył gwiazdeczek, inne słały przez całe niebo  długie, syczące, świetliste smugi - ogłuszająca kanonada  trwała bez chwili przerwy, z ziemi wystrzeliwały wciąż nowe  fajerwerki i nie było już wiadomo, gdzie najpierw patrzeć. - Patrz! Multikino strzela! - zawył Ignacy, nie panując już  nad emocjami, jakby nigdy w życiu nie słyszał o stoikach. -  Jakie to piękne! Patrz! - Nie powtarzaj co chwila "patrz", bo ja patrzę - mitygowała  go żona, lecz daremnie. Ignacy był jak w transie. - Patrz! Patrz tam! Wilda eksploduje! - ponad gęsto  zaludnioną dzielnicą wznosiły się istne słupy ognia,  nieustająca seria wybuchów zagłuszała wszelkie inne dźwięki. - To szaleństwo - powtarzała Mila ze zgrozą. - To  szaleństwo. Kiedy sobie wyobrazisz, ile pieniędzy idzie  właśnie z dymem... to gorszące. Ale takie ładne, że aż sama  mam ochotę cos odpalić. Ignacy palnął się w czoło. Pobiegł do kąta za szybem windy i z zakurzonych ciemności  wydobył przyniesiony tu rano koszyk, nakryty serwetką.  Zawierał on butelkę niedrogiego szampana oraz dwa kieliszki,  a także podłużny, plastykowy pakiet: zestaw tanich pocisków  produkcji dalekowschodniej - od malutkich "pszczółek" po  grube kiełbachy na patykach. - Jak widzisz - zawołał, przekrzykując ciągły łomot i  strzelaninę - spełniam twoje marzenie! - A po chwili dodał  uczciwie: - Swoje też... Otworzył całkiem wprawnie szampana, nalał do obu kieliszków.  Wypili, pocałowali się pospiesznie. - Do dzieła! - zakrzyknął niecierpliwie Ignacy i wydobywszy  z kieszeni pudełko zapałek, podpalił lont pierwszej petardy,  po czym z okrzykiem satysfakcji wyrzucił ją przez okno.  Wybuchła jeszcze w powietrzu, co go niezmiernie ucieszyło.

21

 

We dwoje poradzili sobie z zapasem bardzo szybko, lecz na  pocieszenie mieli jeszcze wspaniałe widowisko za oknem.  Chyba każdy mieszkaniec Poznania odpalił tej nocy choćby  najmniejszą petardkę. Kanonada trwała równą godzinę, aż  wystrzelono wszystko i już tylko pojedyncze smużki ognia  ulatywały anemicznie w zadymione niebo. - To jednak było cudowne - stwierdziła Mila. -  Najpiękniejsza noc naszego życia. - No, nie wiem - sprzeciwił się Ignacy. - A pamiętasz  tamtą... Mila nie dała mu dokończyć. - Tak! - zawołała. - Tamta była najpiękniejsza. - A! Widzisz. Chodźmy do domu. W domu jednakże trwała w najlepsze zabawa. Ignacy i Mila  stanęli na chodniku, zasypanym tekturowymi i plastykowymi  tutkami po rakietach i fajerwerkach, spojrzeli w okna  zielonego pokoju. Przez firanki widać było, że Kłamczucha  tańczy fandango, Idą z Markiem całują się przy choince, a  Grześ i Gabrysia płyną w walcu przez cały pokój. Patrycja,  stojąca tuż przy oknie, trzymała się za brzuch ze śmiechu,  otoczona gromadką śmiejących się przyjaciół, a reszta dawnej  grupy ESD, z małżonkami i nawet dziećmi w różnym wieku,  wypełniała pokój, tańcząc, żartując, dyskutując albo po  prostu jedząc. - Wychowało się tu u nas - rzekł Ignacy z zadowoleniem -  całkiem miłe stadko. - To prawda - zgodziła się Mila. - Nie będziemy im chyba przeszkadzać? Bawią się tak  świetnie. - Nie przeszkadzalibyśmy. Ale zmarzłam i chce mi się spać.  Marzę o łóżku. - No, to wejdźmy po cichu i schowajmy się w naszym pokoju.  Ostrożnie otworzyli drzwi mieszkania, ale i tak nie było ich  słychać w ogólnym gwarze. Bawiono się przy muzyce z płyt  kompaktowych - niegłośno, ale intensywnie. Ignacy

22

 

i Mila wślizgnęli się do swojego zacisza, zapalili nocną  lampkę i zamknęli od wewnątrz drzwi. Stare, miłe sprzęty powitały ich spokojnie, rzędy książek  odbiły się w szybach czarnego okna. Wielki filodendron  rozpościerał ciemnozielone łapy ponad wezgłowiami ich  tapczanów, przewidująco pościelonych przed wyjściem. Zdjęli płaszcze, buty i ubrania. Mila odwiesiła sukienkę do  szafy. Odchyliła kołdrę rozpostartą na swoim tapczanie - i  wydała lekki okrzyk. Pod kołdrą leżała bowiem mała Łusia,  głęboko uśpiona, różowa i cieplutka, w piżamce oraz  kapciach. Śmiejąc się cicho, Mila ostrożnie położyła się obok wnuczki,  przykrywając siebie i ją brzegiem kołdry. Ignacy też się  uśmiechał, bo w swoim łóżku znalazł pod kołdrą Józinka,  kompletnie ubranego, pogrążonego w mocnym, zdrowym śnie na  wyboistym podłożu z komiksów oraz autek. Z westchnieniem ulgi położył się obok wnuka, rozprostował  stare kości i zamknął oczy, czując, jak z wolna rozgrzewają  mu się stopy, bardzo jednak zmarznięte. - Zgaś światło, Milu, i przeczekamy jakoś do końca balu -  powiedział, ziewając. - Chciałbym umyć przynajmniej zęby. - Ej, nie zrzędź - mruknęła Mila, pstrykając wyłącznikiem  lampki. Przez chwilę panowała cisza, aż Ignacy odezwał się w  ciemnościach: - Jak oni spokojnie oddychają, co? - Uhm. Wiesz, o kim myślę w tej chwili? O Gizeli. Zawsze w  urodziny myślę o Gizeli. Tęsknię za nią. - A wiesz, że ja także - powiedział z zaskoczeniem Ignacy. - No, śpijmy. - Dobranoc, Milu. - Ignaś... - Hm? - Było tak cudownie. - Dziś? - Zawsze - odpowiedziała Mila sennie.

23

 

Sztuka fryzjerska w Polsce, niestety, wciąż jeszcze stała ne  bardzo niskim poziomie, choć Monika przyznawała  sprawiedliwie, że w innych dziedzinach życia zmiany  następowała szybko. Do dziedzin tych należała na przykład  bankowoś - ale co po tym kobiecie, która akurat chce ładnie  wyglądać, Monika przyleciała ze Stanów, oczywiście, bardzo  porządnie uczesana, lecz po Świętach już potrzebowała  fryzjera i miale pełne prawo się obawiać, że znów, po  wizycie u jeżyckie; specjalistki, będzie przypominała poznaniankę. Na szczęście,  na kolacji u Mili spotkała najmłodszą jej córkę, Patrycję,  Gdyby nie ta miła, elegancka młoda kobieta, Monika nigdy nie  dowiedziałaby się o nowym salonie piękności, gdyż pozostałe  trzy córki Mili raczej nie chodziły do fryzjera,  przystrzygając sobie wzajemnie gęste czupryny za pomocą  tępych zapewne nożyczek. Salon polecany przez Patrycję  prowadziła młoda i rzutka osoba po praktyce w Paryżu i ona  osobiście uczesała Monikę tak, jak trzeba: siwa czuprynka  została przycięta z fantazją i znawstwem, tu - puszyście,  tam - gładko, z cieniowaną bombką z tyłu głowy. Tak przygotowana, Monika mogła się zastanowić nad wyborem  stroju na ślub Natalii. Wszystko bowiem zapowiadało się  bardzo uroczyście. Nawiasem mówiąc, stara przyjaciółka Mila  zdradzała objawy wielkiej tremy! Zapytana o przyczynę,  wyjawiła, że nękają ją niesprecyzowane lęki co do ceremonii  ślubnej.

 

- Rodzina nasza - powiedziała złowieszczym półgłosem - ma wyjątkowy dar do popełniania gaf oraz prowokowania  dziwacznych incydentów, które innym ludziom w chwilach tak  uroczystych po prostu się nie zdarzają. Monika, świetnie pamiętająca ślub swego jedynaka Mareczka z  Idą, mogła tylko z pełnym zrozumieniem pokiwać głową.  Pomyślała, że trudno się dziwie niepokojom Mili: mało to się  nakłopotała tą swoją postrzeloną, poetyczną, niezdecydowaną  córką? Lecz na szczęście oto i Natalia wpływa - jako  ostatnia z córek Borejków - do bezpiecznej przystani, choć  oczywiście trudno powiedzieć, czy przystań ta będzie aby na  pewno bezpieczna i czy nowo poślubiony małżonek nie okaże  się w dalszym pożyciu katem lub łobuzem. Monika nie poznała  jeszcze pana młodego i - szczerze mówiąc - była go bardzo  ciekawa. Zdecydowała, że ubierze się w perłowoszary kostiumik i białą  jedwabną bluzkę. Na wierzch zarzuciła swoje karakuły i  wreszcie skropiła się wodą Givenchy. Przyjemnie jest być  kobietą elegancką i światową. O właściwym czasie wyruszyła na piechotę od siostry, która  mieszkała przy ulicy Fredry. Monika zwykle tu się  zatrzymywała, bo nie była zwolenniczką pobytów u synowej -  Józinek i Łusia, urocze dzieciaczki, były jednakże przez Idę  bardzo rozpuszczone, a biedny Marek niewiele miał wpływu na  liberalny i bez wątpienia dziwaczny system wychowania,  stosowany we własnym domu wobec własnych dzieci! Zresztą  biedaczysko był tak zagoniony i przepracowany, że od razu po  powrocie do domu zapadał w sen. Z ulicy Fredry było bardzo blisko do kościoła Dominikanów - Monika zdecydowała się tam właśnie stawić, żeby nie  powiększać przedślubnego rozgardiaszu (mogła go sobie  wyobrazić!) w i tak już przepełnionym mieszkaniu Borejków.  Ostrożnie drobiąc po śliskim chodniku w swoich nowych  pantofelkach na wysokim obcasie, Monika dziwiła się  okropnemu zatłoczeniu

25

 

poznańskich jezdni. Wyglądało to tak, jakby tu absolutnie  każd miał już samochód. Korki ciągnęły się od skrzyżowania  do skrz.5 żowania, wskutek czego miasto było właściwie  nieprzejezdne Zauważyła ponadto, że bardzo wielu ludzi  wędruje w tym samym co ona, kierunku. Ponieważ wszyscy  nieśli kwiaty, domyśliła się że to przyjaciele i znajomi  Borejków - starszych i młodszycł - i szczerze mówiąc, poczuła zazdrość na widok tego wiernego  tłumu. Kiedy się mieszka w obcym kraju, nigdy się nie  zgromadź; pełnego kościoła przyjaciół i sąsiadów. Przed samym kościołem też już było tłoczno od samochodów,  zaparkowanych gdzie się tylko dało, a na chodniku, w tłumie,  uwijał się fotograf z kamerą wideo, filmując to dziedziniec,  to nadjeżdżających gości. Pogoda nie dopisała: wiał ostry  wicher, wszystko było oblodzone albo pokryte zbitym w gładką  skorupę brudnym śniegiem. Od czasu do czasu kropił marznący  deszczyk. Kałuże tworzyły na chodnikach bardzo niebezpieczne  ślizgawki. Monika przypomniała sobie, że ślub Idy i Marka  także przecież odbywał się zimą, w okolicach Gwiazdki, tyle  że wówczas sypał na odmianę bardzo gęsty śnieg. Ach! - oto i  para młoda! Wiotka Natalia ślicznie wygląda w ciepłym  kostiumiku o długiej spódnicy i w długim welonie,  spływającym z futrzanego toczka. Pana młodego nie widać -  oho! Na stopniach, wiodących na dziedziniec kościoła,  powstało jakieś zamieszanie. No, oczywiście! - to Ignacy się poślizgnął, a cała grupka osób - włącznie z  młodą parą - omal nie padła wraz z nim. Fotograf, na  szczęście, właśnie filmował nadjeżdżający samochód i tylko  Idą, z błyskiem w oku, rzuciła się uwieczniać incydent,  zdradzając charakterystyczny dla siebie brak taktu.  Niestety! Monika pomyślała, że w zasadzie, jeśli idzie o gafy, a także  nieszczęśliwe wypadki, limit dzisiejszy chyba uległ  wyczerpaniu i biedna Mila może się odprężyć. Była już za kwadrans piąta, więc wszyscy ruszyli przez ten  piękny, kwadratowy dziedziniec z krużgankami, wprost do  kościoła.

26

 

Monika odnalazła swoich - ucałowała czółka wnuków, cmoknęła  synową w piegowaty policzek, a następnie gorącym  macierzyńskim uściskiem otoczyła syna, przelewając w niego  maksimum otuchy. Marek wyglądał przepięknie - wystrojony i  roześmiany (właśnie wspominali z Idą swój ślub -  oświadczył), Idą też prezentowała się wcale nieźle, choć  umalowała się jak zwykle nieumiejętnie. Z jej szyi zwisał  aparat fotograficzny, ustawiony do strzału, a w zielonych  oczach malował się łowiecki głód. Błyskawicznie zrobiła  kilka zdjęć Monice, dzieciom i Markowi, po czym rzuciła się  naprzód jak tygryska, by uwiecznić moment wkraczania państwa  młodych do kościoła. Nadeszła i Mila - spięta, lecz dzielna, ubrana, jak to ona,  skromnie i bez pomysłu. Szary płaszczyk okrywał jej  przygarbione plecy, a uczesana bez pomocy fryzjera, nie  umalowana, wyglądała, zdaniem Moniki, na swoje lata! Mila  uścisnęła przyjaciółkę, lecz zachowywała się jakoś  nieuważnie. - Nie widzę Ignasia - mamrotała, rozglądając się bez  ustanku. - Okropnie się boję, że on mi się gdzieś  zapodzieje, a przecież ma poprowadzić Natalię do ołtarza... - Uspokój się. Ja go widzę - powiedziała Monika. Ignacy  stał, świecąc łysiną i bladością pociągłego oblicza, przy  kolumnie obok głównego wejścia. Wspierał się o tę kolumnę  plecami, a minę miał bardzo niewyraźną, ręce zaś skrzyżowane  na piersiach gestem dramatycznym i pełnym dziwacznego  patosu. - Czy coś ci jest, Ignasiu? - spytała Mila, wiecznie o niego  zatroskana (niektórzy mężczyźni zginęliby po prostu bez  silnego kobiecego ramienia!). Ignacy uśmiechnął się  heroicznie i odparł tonem, sugerującym utajone cierpienie,  że nic mu nie jest, nic absolutnie, po czym wszedł wraz z  Milą i Moniką do kościoła, gdzie w ciemnawym obszarze pod  chórem czekała już Natalia, pan młody oraz sporo osób z  rodziny (wśród nich Róża i Laura, dwie córki Gabrysi z  pierwszego małżeństwa). Gabrysia, niezastąpiona jak zwykle

27

 

w kwestiach organizacyjnych, właśnie kierowała ruchem,  witając gości i wskazując im miejsca w ławkach. Organy grały  cichutko, tłumek gęstniał, nastrój uroczystego oczekiwania  wzmagał się z każdą chwilą, a Monika wciąż nie mogła  dostrzec, jak wygląda pan młody. Ciekawość jej została  wystawiona na nie lada próbę, gdyż w chwili, kiedy już się  zdecydowała podejść bliżej i przynajmniej zerknąć na  oblubieńca Natalii, młoda para została ze szczętem  zasłonięta przez masywną postać w bieli - był to ojciec  Krzysztof, jeden z zaprzyjaźnionych z Borejkami dominikanów.  Porozmawiali sobie serdecznie, a tymczasem Marek zabrał  Monikę do trzeciej ławki przed ołtarzem. Wreszcie wszyscy znaleźli się na miejscach, organy  zagrzmiały, Ignacy podszedł do córki - blady, lecz spokojny  - i ofiarował jej prawe ramię. Oblubieniec zajął już swój  samotny posterunek przy lewym klęczniku. Monika nareszcie go widziała! - z profilu. Zdumienie  odebrało jej mowę. On był rudy! Jakże ta Mila mogła dopuścić  do czegoś podobnego! Jakby jeszcze nie dość było tego koloru  w rodzinie! Ciekawe, co by na to powiedziała świętej pamięci  Gizela. Oboje rudzi! Jakież więc będą ich dzieci? Kto wie,  czy z takiej wybuchowej mieszanki nie zrodzą się po prostu  albinosy! Wśród grzmiących pasaży organowych Ignacy kroczył dumnie  główną nawą, prowadząc pannę młodą. Odziany był w wytworny  garnitur i wyglądał przystojnie, choć blado. Przygryzał  mocno wargi - zapewne ze wzruszenia. Ojciec Krzysztof stanął  naprzeciwko nich, ramię w ramię z brodatym ojcem Pawłem, a  wszyscy patrzeli ku nadchodzącym. Monika zauważyła przy  sposobności, że kostium Natalii stylizowany jest na  staropolski kontusik, co było pomysłem wdzięcznym i  oryginalnym. Lecz w momencie, gdy Monika rozpatrywała  szczegóły tego stroju, wydarzyło się coś nietypowego:  Natalia, wchodząc na podwyższenie, gdzie stały klęczniki,  wsparła się mocniej na ramieniu ojca, ten zaś wydał krótki,  bolesny okrzyk, który głośnym

28

 

echem rozległ się we wnętrzu kościoła i przebił swą mocą  nawet tutti organowe. Zapanował niewielki popłoch i konsternacja, które jednakże  Ignacy dość szybko zażegnał, schodząc po prostu z widoku.  Natalia została bezpiecznie przekazana w ręce rudego  oblubieńca, a Ignacy osunął się, jak spadający woal, na  ławkę tuż przed Moniką. Mila oczywiście troskliwie pochyliła ku niemu głowę, a zza  niej wyzierała niespokojna Gabrysia, lecz Ignacy wykonał  lekki skłon i uśmiechnął się, sygnalizując, że wszystko jest  w porządku. W toku uroczystego nabożeństwa Monika nie myślała już, rzecz  jasna, o samopoczuciu Ignacego; skupiona była na przebiegu  odwiecznej ceremonii, popadając w stosowne przy takiej  okazji i jakże zrozumiałe, zważywszy na fakt jej  wdowieństwa, wzruszenie. Kątem oka zarejestrowała raz tylko,  że Ignacy skłonił głowę na ramię żony, ale że było to akurat  w chwili przekazywania znaku pokoju, uznała, że wszystko  jest w porządku, choć dziwne - jak to zwykle u Borejków. Dopiero w połowie wesela, które odbywało się w pięknym  dworze w Koszulach, Ignacy zemdlał. Ponieważ uczynił to  dyskretnie i na uboczu, zdołał nikomu nie popsuć zabawy. To  Monika odnalazła go przypadkiem i ocuciła (leżał  dramatycznie w głębokim fotelu, wyciągnąwszy nogi na pół  pokoju). Zaraz też z telefonu kustosza zawezwała taksówkę i  zawiozła męża przyjaciółki do pobliskiej Środy, na nocny  dyżur w szpitalu miejskim. Tam okazało się, że biedny Ignaś  doznał podwójnego, skomplikowanego złamania ręki z  przemieszczeniem! Zakuty w gips, blady, lecz już mniej  cierpiący, bo nafaszerowany środkami przeciwbólowymi,  powrócił z Moniką na wesele, wywołując uzasadnioną sensację  - i dotrwał na nim już do końca, to znaczy do czwartej nad  ranem. Ale Mila! - szczerze mówiąc, Monika była zawiedziona i  rozczarowana jej zachowaniem. Po wszystkim, co dla nich  obojga

29

 

zrobiła, mogła chyba spodziewać się jakiejś wdzięczności!  Jakiegoś uznania! Tymczasem Mila podziękowała jej, owszem, lecz jakoś sztywno; wyraźnie się czuło, że to ona sama chciałaby pojechać z  Ignacym do szpitala i być z nim w chwili prześwietlenia oraz  nakładania gipsu. Cóż - Mila bywała niekiedy zaborcza, a  właściwie - zawsze despotyczna. Monika, jako jej najlepsza i  najstarsza przyjaciółka, śmiało mogła to stwierdzić. Poza  tym oboje z Ignacym coraz bardziej przypominali stare  papuźki-nierozłączki. Przesada nie jest dobra w żadnej  dziedzinie, a czasem nawet przeradza się w groteskę!

2. Zawsze, kiedy przychodzi do jakiejś imprezy, okazuje się, że  chłopców jest za mało. Laura już dawno zauważyła tę  prawidłowość, toteż zawczasu zaczęła sugerować mamie  konieczność zaproszenia braci Lelujków. Nie było to takie  proste. Dworek w Koszutach pomieścić mógł przy weselnym  stole najwyżej pięćdziesiąt osób, a że najwięcej do  powiedzenia miał tu kustosz (dworek był obiektem muzealnym),  trzeba było i tak dokonać radykalnych cięć na liście gości.  Ciotka Nutria wraz z Robrojkiem strasznie się głowili i  kłopotali, groziło im bowiem to, że połowa krewnych i  znajomych po prostu się poobraźa...

Zgłoś jeśli naruszono regulamin