James Matthew Barrie PRZYGODY PIOTRUSIA PANA
Opracowała ZOFIA ROGOSZÓWNA
Tytuł oryginału angielskiego
Peter Pan
3
Tower Press 2000 Copyright by Tower Press, Gda ńsk 2000
4
Rozdział I
Wielka wyprawa do Parku Leśnego
Byłoby wam trudno zrozumieć przygody Piotrusia Pana, gdybyście nie wiedzieli, jak
wygląda Park Leśny. Park ten jest olbrzymi i leży w pobliżu bardzo wielkiego miasta,
w którym mieszka król. Prawie codziennie chodzimy z Daniem do parku i Danio jest
wprost oszołomiony mnóstwem wrażeń, jakich tam doznaje. Nigdy jeszcze żadne dziecko
nie zwiedziło całego parku za jednym razem, bo malcy w wieku Dania muszą sypiać od
dwunastej do pierwszej w południe i dlatego trzeba spieszyć z powrotem do domu. Gdyby
jednak wasze mamy nie przestrzegały tak koniecznie tego spania od dwunastej do pierwszej
w południe, to może moglibyście zwiedzić cały Park Leśny w jednym i tym samym dniu.
Przed parkiem ciągnie się nieskończenie długi sznur dorożek, nad którymi wasze piastunki
mają taką władzę, że skoro palec do góry podniosą, dorożka staje, a wtedy dzieci
przechodzą swobodnie na drugą stronę ulicy i zatrzymują się przed wielką, żelazną
bramą. Bram w parku jest kilka, ale zwykle wchodzi się tą pierwszą. U wejścia można
zamienić parę słów z „ panią od baloników ” . Pani ta z takim natężeniem całą swą
przysadzistą postacią przyciska stołek do bruku chodnika, a plecy do żelaznego ogrodzenia
parku, że twarz jej jest czerwona jak burak. Ostrożność ta jest bardzo wskazana,
bo gdyby choć na chwilkę puściła się sztachet i stołka, baloniki, które trzyma w
ręku, uniosłyby ją w powietrze. I tak się nawet stało któregoś dnia, bo gdyśmy o
zwykłej godzinie przyszli do parku, zastaliśmy pod bramą „ nową panią od baloników
” . Widocznie ta dawniejsza, gruba, oderwała się od sztachet i baloniki uniosły ją
w górę. Danio bardzo żałował, że nie był przy tym, bo skoro już w ogóle miało się
stać takie nieszczęście, byłby przynajmniej chciał je widzieć na własne oczy.
Leśny Park jest prześlicznym ogrodem, w którym rosną miliony i setki najpiękniejszych
drzew. Zaraz za bramą zaczyna się Gaj Figowy, ale każdy umyka stąd czym prędzej,
bo tutaj bawią się tylko dzieci, które z nikim „ zadawać się ” nie chcą, bo są zanadto
dobrze wychowane. Danio i inni bohaterowie w jego wieku nazywają je pogardliwie
„ małpkami ” . Dzieci te chodzą postrojone jak laleczki z wystawy sklepowej, mówią
po cichutku i używają wyszukanych wyrazów jak ludzie dorośli. Nudzą się przy tym
ciągle, bo w nic się bawić nie umieją. Zdarza się jednak, że i najlepiej wytresowana
małpa zbuntuje się w zwierzyńcu, przesadzi strzegące ją mury i ucieknie w świat daleki.
Takim buntowniczym duchem była Marynka Grey, o której dowiecie się więcej, kiedy
dojdziemy do bramy ochrzczonej jej imieniem. Ta mała Marynka jest jedyną „ małpką
” , której wspomnienie przechowało się w Leśnym Parku.
Teraz przechodzimy na Dużą Drogę. Różnica między nią a innymi drogami jest prawie
taka jak między wami a waszym ojcem. Danio nie może się nadziwić, że droga ta jest
z początku wąska, a potem rozszerza się i rozszerza, dopóki się nie stanie zupełnie
szeroką drogą. Danio twierdzi, że droga ta jest ojcem wszystkich ścieżek i ścieżynek
parku, i wyrysował nawet obrazek, który mu się ogromnie podoba. Na tym obrazku
Duża Droga wiezie w dziecinnym wózku Małą Dróżkę na spacer. I na tej drodze spotkać
można tylko bardzo porządne towarzystwo. Dzieci bawią się tu zawsze pod okiem dorosłych,
którzy pilnują, żeby nie zamoczyły nóżek w wilgotnej trawie, i stawiają je do kąta
za to, że są „ uparciuchami ” albo „ mazgajami ” . Wyraz „ mazgaj ” oznacza kogoś,
kto płacze o byle co, na przykład o to, że go niania nie chce wziąć na ręce albo
że mu palec z buzi wyjęto. Z dwojga złego lepiej już być
5 „ uparciuchem ” , bo tyle najmilszych rzeczy jest zabronionych na świecie, że warto
od czasu
do czasu popróbować, czyby się jednak nie dało postawić na swoim. Gdybyśmy się zatrzymywali
przy każdym placu, przez który przechodzi Duża Droga, stracilibyśmy tyle czasu,
że musielibyśmy wracać do domu nie obejrzawszy ani jednej części wszystkich rzeczy
godnych widzenia w Parku Leśnym. Zwrócę wam więc tutaj tylko uwagę na drzewo Mundzia
Helwetta, pod którym ów Mundzio, bawiąc się pewnego razu, zgubił jednego pensa, a
po chwili szukania odnalazł dwa! Od tego pamiętnego zdarzenia cała ziemia dokoła
drzewa jest rozgrzebana i zryta rydelkami młodocianych „ poszukiwaczy złota ” . Nieco
dalej wznosi się drewniana budka, w której zabarykadował się mały książę Henryś.
Mały książę mazgaił się przez całe trzy dni bez żadnego powodu i za karę przyprowadzono
go do Parku Leśnego w sukience jego siostrzyczki. Henryś nie mógł znieść takiej hańby.
Na Dużej Drodze wydarł się z rąk bony, zamknął się w drewnianej budce i nie dał się
z niej wyprowadzić, póki mu nie oddano jego bufiastych majteczek z dwiema kieszeniami.
Nie będę was namawiał, żebyście się zbliżyli do Okrągłego Stawu, bo zanim doń dojdzie-
cie, nianie wasze, które są okropnie tchórzliwe, odciągną was na pewno w inną stronę
i pokażą wam ścieżkę wiodącą do Dziecinnego Pałacu. W pałacu tym mieszkała samiuteńka
jedna, w otoczeniu bardzo wielu lalek, najsławniejsza dziewczynka z całego parku.
Jeśli kto pociągnął za sznurek dzwonka, wstawała zaraz z łóżka. O szóstej zapalała
światło i odmykała drzwi w koszulce nocnej, a wszyscy wołali w uniesieniu:
„ Cześć królowej! Niech żyje królowa! ” Dania jednak najbardziej dziwi, skąd taka
mała dziewczynka wiedziała, gdzie są schowane zapałki.
Teraz zastępuje nam drogę Wyścigowa Góra. Zdarza się, że dzieci wchodzą na nią bez
zamiaru gonienia się lub ścigania. Ledwie jednak stopy ich dotkną jej szczytu, taka
ochota wzbiera w nich nagle, że zbiegają z góry, jakby im skrzydła wyrosły u ramion.
Zwykle zatrzymują się dopiero wówczas, kiedy już tak daleko odbiegły od starszych,
że nie wiedzą, jak trafić do nich. Ale na szczęście jest tu druga drewniana budka,
w której siedzi dozorca. Budka ta nazywa się „ domkiem znajdków ” , bo jak się tylko
dziecko zgubi, idzie do dozorcy i mówi mu, że się zgubiło, a dozorca je zaraz znajduje.
Na Górze Wyści gowej zabawy i gonitwy nie ustają nigdy, bo nawet w dni zimne i wietrzne,
kiedy dzieciom wychodzić z domu nie wolno, zamiast nich bawią się tu i ścigają zżółkłe,
jesienne liście. Opanowane szałem gonitwy, bez końca wirują tu i gonią się, a nikt
na świecie nie może im dorównać w lekkości i chyżości.
Z Wyścigowej Góry widzimy, jak na dłoni, Bramę Marynki Grey, o której przyrzekłem
wam więcej opowiedzieć. Była to ładna, mała dziewczynka, która co dzień o tej samej
godzinie zjawiała się w parku w towarzystwie dwóch piastunek albo jednej mamy i
jednej piastunki. Marynka była zawsze ślicznie ubrana, wszystkim „ małpkom ” mówiła
„ pa ” i bawiła się tylko swoją własną piłeczką, którą raczyła rzucać na ziemię i
kazała podnosić piastunce. I raptem ta grzeczna, ta ślicznie ubrana i wzorowo wychowana
Marynka zmieniła się w najniegrzeczniejsze stworzenie. Chcąc dowieść, że jest naprawdę
niegrzeczna, rozwiązała najpierw sznurowadła trzewiczków i wywiesiła język na cztery
strony świata. Potem zdarła z siebie szarfę jedwabną, zmięła ją i podeptała nogami,
pobiegła do kałuży i skakała po błocie, póki nim nie obryzgała swojej strojnej sukienki.
Potem przelazła przez płot i narobiła jeszcze wiele innych głupstw, na których zakończenie
zrzuciła z nóżek oba zabłocone trzewiczki i cisnęła je daleko poza siebie. Wreszcie,
ochlapana błotem, rozczochrana i w pończoszkach tylko, pomknęła ku bramie, ochrzczonej
teraz jej imieniem, wypadła na ulicę i byłaby z pewnością zginęła w tłumie, gdyby
biegnąca za nią matka nie porwała jej na ręce i nie zaniosła do dorożki, która
zbuntowaną „ małpkę ” odwiozła do domu. Stało się to dawno temu i Danio tylko z imienia
zna Marynkę Grey.
Na lewo od Dużej Drogi ciągnie się Aleja Dzidziusiów. Pełno tu dziecinnych wózków
i maleństw zaledwie raczkujących – wprost trudno przejść nie natknąwszy się na jakieś
nie-
6 mowlę, co wywołuje natychmiast okrzyki grozy i oburzenia nianiek. Tu jest także
przejście
ku mleczarni, gdzie w prawdziwych rondlach gotuje się mleko i gdzie kwiatki kasztanów
spadają wprost do waszych szklanek. Tu piją mleko także zwyczajne dzieci i do ich
szklanek sypią się kwiatki kasztanów, tak samo jak i do waszych.
Teraz rzucimy okiem na studnię z basenem. Kiedy do tego basenu wpadł Jurek Śmiały,
tyle było w nim wody, że się przelewała przez brzegi. Jurek był pieszczochem swojej
matki i ze względu na to, że matka jego była wdową, pozwalał jej nawet przy ludziach
brać się czasem pod ramię. Jurka ogarniała nieraz niepohamowana żądza przygód.
Wtedy najchętniej bawił się z kominiarzem Smoluchem. Pewnego razu, kiedy jak zwykle
bawili się koło studni, Jurek Śmiały wpadł do basenu i byłby się utopił, ale Smoluch
dał nurka w wodę i wydobył go na wierzch. I co najważniejsze, że woda tak doskonale
zmyła sadzę z twarzy Smolucha, że kiedy z niej wyszedł, wszyscy od razu poznali,
że Smoluch jest ojcem Jurka, którego wszyscy uważali za zaginionego. Od tego czasu
Jurek nigdy już nie pozwalał swojej matce, aby go brała pod ramię.
Pomiędzy studnią a Okrągłym Stawem leży boisko przeznaczone dla zwolenników kro-
kieta. Tylko że do prawdziwej gry nie dochodzi prawie nigdy, bo podzielenie dzieci
na partie zabiera za wiele czasu. Każde z dzieci chce grę prowadzić, a ki edy po
wielu wysiłkach uda się nareszcie wszystkich pogodzić i dwóch partnerów rozpoczyna
grę, okazuje się, że reszta dzieci już postanowiła bawić się w coś innego. Na tym
boisku grają w krokieta chłopcy i dziewczynki. Chłopcy używają w grze drewnianej
pałki, a dziewczynkom pomagają rakiety i guwernantki. Nie dziw więc, że nigdy nie
grają porządnie, a jeślibyś chciał podpatrzyć ich rozpaczliwe wysiłki, doleciałyby
cię z boiska najdziwniejsze odgłosy. Z tego powodu zdarzyła się raz nawet bardzo
niemiła historia. Kilka dziewczynek wyzwało do walki „ w piłkę ” Dania i pewne rozwichrzone
stworzonko ( na imię jej było Anielcia) . Dziewczynki zrobiły tyle punktów, że. .
. albo nie, wolę pominąć milczeniem tę niefortunną przygodę i zaprowadzić was do
Okrągłego Stawu, który jest duszą całego parku.
Staw jest okrągły i leży w samym środku Parku Leśnego, a kto raz stanął nad jego
brzegiem, na pewno nie zechce kroku postąpić dalej. Tu widzi się chłopców puszczających
na wodę tak ogromne żaglowce, że dla przewiezienia ich do parku muszą używać taczek
albo wózków dziecinnych. Zauważyliście pewnie, że w parku bardzo dużo małych dzieci
ma wykrzywione nóżki. Nie może być inaczej, skoro bracia i kuzynkowie zabierają
ich wózki na swoje rzeczy, a bobasy muszą dreptać do domu piechotą.
Każdy z was marzył zapewne o posiadaniu żaglowej łodzi na własność i oto wujaszek
spełnił wreszcie wasze życzenie. Ach, wielka to przyjemność przywlec taki statek
do parku i rozprawiać o nim głośno z innymi chłopcami, którzy nie mają tak zacnego
wujaszka! Ale po paru występach wolicie zostawić wasz wspaniały statek w domu, bo
wkrótce spostrzegacie, że żaden, choćby najkosztowniejszy, nie może się nawet równać
ze „ statkiem z patyka ” . Szczególną cechą tego statku jest jego dziwne podobieństwo
do kawałka patyka przywiązanego na końcu sznurka. Podobieństwo to jednak trwa,
dopóki statek nie zostanie puszczony na wodę. Bo skoro tylko zacznie się ślizgać
po powierzchni stawu, właściciel idący wzdłuż brzegu i dzierżący w ręku sznurek widzi
natychmiast tłumy majtków uwijających się na pokładzie, widzi żagle wzdęte majestatycznie
i widzi, jak statek płynie, płynie dniem i nocą hen, ku cichej, bezpiecznej przystani,
zupełnie niedostępnej kosztownym, sklepowym statkom. Noc zapada szybko, ale nieustraszony
żaglowiec wypływa na pełne morze; żagle jego wzdymają się i trzepią na wietrze
i płynie wciąż przed siebie, ponad zatopionymi miastami, coraz to natrafiając na
rozbójników morskich, z którymi mężna załoga musi staczać dzikie walki. Wreszcie
po długiej, mozolnej podróży statek twój zarzuca kotwicę na koralowych rafach.
Najpiękniejsze przygody zdarzają się zwykle, kiedy się bawisz sam, bo we dwóch nie
można się tak bawić jak samemu. Gdy jesteś sam, prowadzisz półgłosem rozmowy, wydajesz
7 rozkazy, wygrywasz bitwy i bawisz się tak znakomicie, że zapominasz zupełnie, gdzie
się
znajdujesz i że już czas najwyższy wracać do domu. A kiedy przestajesz się bawić,
zapominasz zupełnie, kim byłeś i czym twój statek był wyładowany po brzegi. Bo
już wieko twojego skarbca się zatrzasnęło i skarbiec zapadł w głąb twej pamięci.
Może dopiero po latach inny jaki chłopczyk odkryje go i czerpać będzie z jego skarbów.
Kosztowne sklepowe statki nie kryją we wnętrzu swoim żadnych tajemnic i dlatego widok
sklepowego jachtu nie ożywi nigdy w pamięci dorosłego człowieka najmilszych wrażeń
jego dzieciństwa. Bo tylko „ statki z patyka ” wyładowane są po brzegi najcenniejszymi
wspomnieniami. Jacht jest tym samym wobec „ statku z patyka ” , czym jest zwyczajny
flisak wobec marynarza. Statek sklepowy ośmiela się zaledwie krążyć po tafli jeziora,
gdy tymczasem „ statek z patyka ” bez lęku wypływa na fale wzburzonego oceanu. Toteż
niech dzieci posiadające piękne jachty nie wyobrażają sobie, że zabawki te wzbudzają
u drugich podziw. O nie, jachty te są zupełnie zbyteczne na Okrągłym Stawie! Gdyby
nawet wszystkie się potopiły albo gdyby kaczki wciągnęły je pod wodę i zagrzebały
w mule, Okrągły Staw spełniałby nadal cele, jakie mu przeznaczono.
Tak samo jak dzieci, ciągną ku wodzie mniejsze i większe ścieżki. Jedne z nich są
opatrzone słupkami z kolczastym drutem. Są to porządne ścieżki, czyszczone i żwirowane
przez ludzi, którzy przy tej robocie zdejmują z siebie surduty. Oprócz tych ścieżek
jest mnóstwo innych, zwanych „ złodziejskimi ” . Dróżki te i ścieżynki są miejscami
tak szerokie, że dwie osoby swobodnie wyminąć by się mogły, to znów zwężają się tak
dalece, iż pomimo że stawiasz nogi tuż przy sobie i tak dotykasz krzaków rosnących
po obu stronach. Naturalnie „ złodziejskie ” ścieżki zrobiły się same i Danio bardzo
żałuje, że nie może nigdy się przyjrzeć, jak one „ się robią ” . Naturalnie, że to
„ robienie się ” ścieżek musi się odbywać już „ po dzwonku ” , kiedy bramy parku
są pozamykane. Wszystko, co jest ciekawego w parku, robi się zawsze w nocy; ja sądzę,
że ścieżki porobiły się dlatego, żeby nie stracić sposobności przyjrzenia się Okrągłemu
Stawowi.
Jedna z tych , , złodziejskich ” ścieżyn zaczyna się od placu, gdzie strzygą barany
i owce. Mówiono mi, że kiedy fryzjer ostrzygł po raz pierwszy loki Dania, Danio pożegnał
je bez zmrużenia powiek ( za to mamie jego łzy się kręciły w oczach) . Nie dziw więc,
że kiedy barany i owce zaczęły umykać przed postrzygaczem, Danio wołał ku nim wzgardliwie:
„ Nie wstyd wam, stare tchórze? ! ” Kiedy jednak postrzygacz ścisnął owieczkę kolanami
i rozpoczął operację, Danio pogroził mu pięścią. Nie mógł darować postrzygaczowi,
że używa do strzyżenia takich wielkich nożyc. Po ostrzyżeniu owcy postrzygacz otrząsa
z niej wełnę i zwierzątko stoi nieruchomo, zupełnie niepodobne do siebie. Owce
są tak zdziwione i onieśmielone tą nową swoją postacią, że puszczone wolno nie od
razu zaczynają skubać trawę. Zapewne im się zdaje, że teraz nie mają już do niej
prawa. Danio nieraz myśli nad tym, czy owce po ostrzyżeniu poznają jedna drugą, czy
też może biorą się za obce i dlatego sprzeczają się między sobą. Te owce z Parku
Leśnego są w ogóle zupełnym przeciwieństwem owiec wiejskich. Dość powiedzieć, że
na sam ich widok nasz dzielny Portos podwija ogon ze strachu. Portos jest bernardem
i niech tylko na wsi posłyszy z daleka beczenie owiec, biegnie ku nim i gna przed
sobą całe stado. Ale te miejskie owce idą wprost ku niemu z tak dziwnym wyrazem w
oczach, że Portosowi od razu robi się niedobrze. Jego psi honor nie pozwala mu, naturalnie,
zemknąć przed owcami, więc stoi bez ruchu, udając, że jest pogrążony w podziwianiu
krajobrazu, a potem raptem zawraca w bok i daje mi zza krzaków do zrozumienia,
że moglibyśmy pójść dalej.
Niedaleko stąd zaczyna się Wężowe Jezioro. Jeśli się kto przechyli nad jego brzegiem,
widzi na dnie zatopiony las, zwrócony wierzchołkami drzew ku dołowi. Ludzie mówią,
że nocą błyszczą w głębi Wężowego Jeziora zatopione gwiazdy. Jeśli to prawda, to
je widuje zapewne Piotruś Pan, kiedy w gniazdeczku swoim żegluje po powierzchni jeziora.
Tylko nieznaczna
8 część jeziora znajduje się w Parku Leśnym, bo zaraz woda przepływa pod kamiennym
mo-
stem aż ku Ptasiej Wyspie. Wyspa ta jest ojczyzną wszystkich ptaszków, z których
wyrastają później chłopcy i dziewczynki. Żadna istota ludzka, z wyjątkiem Piotrusia
Pana ( który jest tylko niby – człowiekiem) , nie może przedostać się na Ptasią Wyspę.
Każde z dzieci jednak, bez względu na to, czy jest dziewczynką, czy chłopcem, brunetem
czy blondynką, może napisać, co mu się żywnie podoba, na karteczce, przymocować
liścik ten do papierowego stateczka i puścić go na wodę. Ręczę wam, że skoro tylko
noc zapadnie, wasz liścik popłynie wprost do Piotrusiowego państwa.
Dość na dzisiaj, czas wracać do domu, bo, jak mówiłem, niemożliwe jest zobaczyć wszystko
jednego dnia. Musiałbym chyba nieść Dania na rękach i wypoczywać na każdej ławce
jak pan Salford. Nazwaliśmy tego pana panem Salfordem, bo każdemu, kogo spotka w
parku, opowiada o ślicznej miejscowości, w której się urodził, a która nazywa się
Salford. Bardzo to miły staruszek. Przesiada się z ławki na ławkę i szuka osoby,
z którą by mógł nawiązać rozmowę o Salford. Rok minął od czasu, gdyśmy go zobaczyli
po raz pierwszy, i oto traf chciał, że poznaliśmy się z innym samotnym staruszkiem,
który za młodych lat spędził raz w Salford całą jedną sobotę i pół niedzieli. Był
to cichy, nieśmiały starowina; adres jego był zawsze wypisany wewnątrz jego kapelusza.
Skorośmy się dowiedzieli o jego wycieczce do Salford, powiedliśmy go w triumfie do
pana Salforda. Nie potrafię wam opisać radosnego wzruszenia, z jakim nasz przyjaciel
rzucił się na potulnego staruszka, gdyśmy mu napomknęli o tej sobocie i niedzieli.
Od tego czasu obaj staruszkowie nie rozłączają się ze sobą. Prym w rozmowie trzyma
naturalnie pan Salford i na każdym przystanku chwyta swego towarzysza za guzik surduta,
jakby się lękał, żeby mu się potulny staruszek nie wymknął.
Nie opodal wyjścia napotykamy jeszcze dwie rzeczy godne uwagi. Pierwszą jest Cmentarz
Psów, ale tu się nie zatrzymamy, bo przecież nasz Portos jeszcze żyje. Jeszcze bliżej
bramy rośnie krzaczek z gniazdeczkiem sikorki. Smutne wspomnienie wiąże się z tym
gniazdeczkiem. Szukaliśmy w krzakach piłki Dania i raptem zamiast piłki odkryliśmy
cudne, maluchne gniazdeczko, a w nim cztery jajeczka, ozdobione kolorowymi kreseczkami,
zupełnie podobnymi do gryzmołów wypisywanych przez Dania na jego zeszytach. Zapewne
mama – sikorka pisała na tych jajeczkach liściki do pisklątek zamkniętych wewnątrz
skorupek. Co dzień odwiedzaliśmy małe gniazdko, ale zaglądaliśmy doń tylko wówczas,
kiedy żadnego z psotnych chłopaków nie było w pobliżu.
Co dzień sypaliśmy dokoła krzaczka okruszki, a ptaszyna podnosiła główeczkę na nasz
widok i tak się z nami oswoiła, że trzepotała skrzydełkami na powitanie. Ale kiedyśmy
przybyli jednego razu, w gniazdku brakowało dwóch jajeczek. Nazajutrz nie było
już ani jednego. A biedna ptaszyna biła skrzydełkami ponad krzaczkiem i patrzyła
na nas tak żałosnym wzrokiem, jakby myślała, że to myśmy zdradzili jej zaufanie.
To było wprost okropne i Danio tłumaczył jej, jak tylko mógł, że żaden z nas nie
byłby w stanie wyrządzić jej takiej krzywdy. Ale boję się, czy ptaszyna go zrozumiała,
bo kilka lat już minęło od czasu, jak Danio używał ptasiego języka. Gdyśmy dnia tego
opuszczali Park Leśny, obaj mieliśmy łzy w oczach.
9
Rozdział II
Piotruś Pan
Jeżeli zapytasz swojej matki, czy będąc małą dziewczynką wiedziała już o Piotrusiu
Panu, matka odpowie ci z pewnością:
„ Naturalnie, moje dziecko, jakżeż mogłabym nie wiedzieć o nim? ” A jeśli zapytasz
jeszcze, czy Piotruś wtedy jeździł na kozie, matka wzruszy ramionami: „ Cóż za
pytanie, mój mały! Naturalnie, że jeździł! ” Jeżeli potem pobiegniesz do babuni i
jej zapytasz z kolei, czy kiedy była małym dzieckiem, słyszała coś o Piotrusiu Panu,
babunia odpowie tak samo jak matka: „ Naturalnie, moje dziecko, że słyszałam o nim
” . Ale jeżeli jej zapytasz, czy za jej czasów Piotruś Pan jeździł na kozie, okaże
się, że babunia nawet nie wie, że Piotruś Pan ma kozę. Jedno z dwojga: albo babunia
zapomniała o kozie, jak zapomina czasem, że jesteś chłopcem, i nazywa cię Inką,
jak nazywała twoją matkę, kiedy była mała, albo też za czasów babuni Piotruś nie
miał jeszcze kozy. Sądzę jednak, że koza Piotrusia Pana jest rzeczą zbyt ważną, żeby
dało się o niej zapomnieć, i myślę, że chyba za młodych lat babuni Piotruś rzeczywiście
nie miał kozy.
Toteż jeśliby ktoś opowiadając przygody Piotrusia Pana zaczynał od kozy, to by zrobił
to samo, co gdyby ubierając się włożył najpierw surdut, a później kamizelkę.
Rozumie się, że Piotruś Pan jest bardzo stary, ale to zupełnie wszystko jedno, bo
Piotruś nigdy nie ma więcej nad siedem dni życia. Urodził się wprawdzie bardzo dawno
temu, ale nigdy jeszcze urodzin nie obchodził i nie ma nawet żadnej nadziei, żeby
mógł je kiedy obchodzić. A to dlatego, że kiedy Piotruś Pan miał siedem dni, porzucił
ludzi – wymknął się przez otwarte okno i poleciał do Parku Leśnego.
Jeżeli wam się zdaje, że Piotruś był jedynym dzieckiem, które zapragnęło uciec z
domu, to znaczy, że już nie pamiętacie pierwszych dni waszego dzieciństwa. Kiedy
Danio po raz pierwszy opowieść tę usłyszał, był przekonany, że nigdy nie miał zamiaru
uciekać z domu. Wtedy mu poradziłem, żeby obu dłońmi przycisnął skronie i dobrze
się namyślił. I co powiecie? Ledwie Danio przyłożył ręce do skroni i przycisnął
je mocno i jeszcze mocniej, zaraz sobie przypomniał, że chciał raz usiąść na samym
wierzchołku wysokiego drzewa, a innym razem ułożył sobie, że wdrapie się na komin,
skoro tylko jego matka zaśnie, i zdaje mu się nawet, że siedział na gzymsie komina
i matka go stamtąd zdjęła. Wszystkie dzieci mogą mieć takie wspomnienia, jeżeli skronie
dłońmi przycisną, bo przecież wszystkie były ptaszkami, zanim stały się ludźmi, i
dlatego są takie dzikie w pierwszych tygodniach po urodzeniu, i najwięcej łaskotek
mają koło łopatek, tam gdzie pierwej rosły skrzydełka. Tak mi to wytłumaczył Danio.
Bo trzeba wam wiedzieć, że z naszymi historyjkami jest zwykle t ak: najpierw ja coś
opowiadam Daniowi, potem on mi to opowiada po swojemu i okazuje się, że z tego
zrobiła się zupełnie inna powiastka. Więc znowu ja mu ją opowiadam z różnymi dodatkami,
potem on znowu mnie i w końcu żaden z nas nie wie, czy to moja, czy Dania bajka.
...
rutkowska-j