ROZDZIAŁ 1
Triumfalny powrót bankruta
Sala konferencyjna w biurowcu “PEN Co” w Beverly Hills była nabita po brzegi reporterami. Spodziewano się sensacji. Czy prezes firmy, Ralf Scott, ogłosi upadłość? Może chce publicznie oddać się w ręce policji? Kogoś oskarżyć o swoje bankructwo?
Trzej Detektywi stali pod ścianą w pobliżu wejścia na salę. Fotele przeznaczono dla dziennikarzy zaproszonych na konferencję prasową, ale wstęp był wolny. Pan Andrews, ojciec Boba, siedział w pierwszym rzędzie: jako reporterowi “Los Angeles Sun” przysługiwało mu na spotkaniach z prasą jedno z eksponowanych miejsc. Na głowie miał swoją nieodłączną baseballową czapeczkę, na kolanach notatnik i dyktafon.
— Może by tak wyskoczyć na hamburgera? — zaproponował Jupiter Jones. — Zdążymy wrócić przed końcem. Nie pasjonują mnie bajeczki bankrutów.
— A twoja dieta? — zapytał Pete Crenshaw, prawa ręka szefa trzyosobowej spółki detektywistycznej.
— Mam dobę przerwy między dietami — mruknął szef, dotykając podwójnego pod-bródka. — Ostatnio zrzuciłem parę kilo.
— Sprytnie to ukrywasz — uśmiechnął się Pete.
Jupe udał, że nie dosłyszał. Miał wściekłą chęć na soczystego hamburgera z keczupem. Na podwójnego, ściśle mówiąc.
— Lepiej zostańmy — powiedział Bob Andrews. — Według ojca zanosi się na bombę.
Była punkt dziesiąta, gdy na podium wszedł sprężystym krokiem prezes Ralf Scott. Rudawy, drobny, w nienagannie skrojonym kremowym garniturze, z płaską twarzą jaśniejącą zadowoleniem. Tuż za nim stanęło dwoje: miedzianowłosa dziewczyna o sennych, jakby nieobecnych oczach i bardzo śniady mężczyzna w arabskiej chuście na głowie, ale ubrany po europejsku, z wysmakowaną elegancją.
— Zaprosiłem państwa, aby rozwiać bałamutne plotki o bankructwie “PEN Co” — zaczął Ralf Scott i ogarnął nabitą salę ciepłym, trochę naiwnym i dobrotliwym spojrzeniem. — Krążyły już pogłoski o moim aresztowaniu, przepowiadano, że popełnię samobójstwo. To prawda, że “PEN Co” popadła w długi i utraciła płynność finansową, ale ja nie przestawałem wierzyć, że poradzimy sobie. I oto stało się! — Wyjął z kieszeni dokument, zademonstrował dziennikarzom:
— Ten kontrakt opiewa na miliony dolarów. Wkrótce będą następne. Moja firma przekroczyła próg niewyobrażalnego sukcesu. A wszystko dzięki temu gadżetowi, opatentowanemu przez “PEN Co”.
Prezes Scott znowu sięgnął do kieszeni i uniósł wysoko nad głową gruby kolorowy długopis. Pozwolił zebranym zdziwić się, potem zbliżył długopis do mikrofonu: zabrzmiała skoczna melodia “Jingle bells”.
— Nasze grające długopisy podbiły serca wszystkich państw arabskich — zakomunikował triumfalnie. — Są upragnionym gadżetem na całym Bliskim i Środkowym Wschodzie. Potwierdziły to badania rynków. Kraje islamskie ogarnia długopisowe szaleństwo, a moja firma mu sprosta. Pojutrze odpływa do Bahtiaru kolejna wielka partia grających długopisów. — Wyciągnął ramię w kierunku stojącego obok mężczyzny w arabskiej chuście. — Przedstawiam państwu księcia Ahmeda ibn Rahmana z Bahtiaru, prezesa “B.M.C. Inc.”, naszego partnera w tamtej części świata, ambasadora grających długopisów.
Książę Ahmed skłonił się lekko i coś powiedział po arabsku. Na podium wskoczył sekretarz księcia, łysy olbrzym z sumiastym czarnym wąsem i przetłumaczył do mikro-fonu:
— Moi rodacy dziękują Ameryce za to cudowne śpiewające pióro.
Prezes Scott poinformował dziennikarzy, że książę Ahmed jest znanym dobroczyńcą, założycielem fundacji “Szczęście Dzieciom”, i że zamierza zbudować Centrum Dzieci Świata na przedmieściach Los Angeles, a “PEN Co” rozważa możliwość ofiarowania fundacji terenów pod tę budowę. Za chwilę córka prezesa, Lily — tu wskazał na rudowłosą dziewczynę o sennych nieobecnych oczach — podpisze z przedstawicielem znanej agencji nieruchomości umowę potwierdzającą kupno tych terenów.
Na podium wszedł przedstawiciel z plikiem dokumentów gotowych do podpisania i zbliżył się do Lily Scott.
Jupe trącił łokciem Boba.
— Spójrz na księcia... Coś tu jest nie tak.
Książę miał zmarszczone brwi. Pochylił się do swego sekretarza stojącego przy podium i coś mruknął. Łysy olbrzym wspiął się na podwyższenie.
— O ile mojemu szefowi wiadomo, dziś miały być podpisane dwa dokumenty. Umowa potwierdzająca kupno i akt przekazania terenów fundacji “Szczęście Dzieciom”.
— Oczywiście — przytaknął prezes Scott. — Akt darowizny moja córka podpisze na osobnej uroczystości, z udziałem władz Los Angeles. “PEN Co” zamierza wydać z tej okazji bankiet. Liczymy na obecność państwa — zwrócił się do dziennikarzy.
— Coś tu jest nie tak — powtórzył szeptem Jupe, przypatrując się twarzy wąsatego olbrzyma, skamieniałej w gniewnym grymasie, i zaciśniętym wargom księcia Ahmeda.
Lily Scott apatycznie podeszła do stolika i we wskazanym przez ojca miejscu podpisała dokument grającym długopisem. Zadźwięczały dzwoneczki “Jingle bells”. Błysnęły flesze. Scott coś szepnął córce. Zwróciła się twarzą do reporterów i uśmiechnęła się jak lalka.
Dziewczęta w kolorowych minispódniczkach ruszyły przez salę z koszyczkami pełnymi grających długopisów, rozdając je obecnym. Długonoga brunetka podeszła do Boba — właśnie do Boba, do jego czarującego uśmiechu, uwodzicielskiego spojrzenia a la Redford — i zachęciła do wzięcia pióra. Jupe go ubiegł, wziął dwa. Pete zadowolił się jednym.
— Spójrz na nią — długonoga ruchem głowy wskazała na Lily Scott. — Ale podobna, co?
— Do kogo? — nie zrozumiał Bob.
— No, do tej.
Bob nadal nie rozumiał, Jupe trochę tak: miał fotograficzną pamięć, gdzieś widział ostatnio prawie identyczną twarz. Ale gdzie?
Reporterzy ruszyli do szturmu, zasypując Scotta pytaniami. Chcieli dociec, jak dochodzi do cudu z przemianą bankructwa w sukces. Trzej Detektywi wymknęli się z sali. Przy hamburgerach w “McDonald’sie” zgodzili się z Jupiterem, że coś tu jest nie tak. Książę i jego łysy sekretarz też opuścili konferencję prasową, najwyraźniej wściekli. Prezes Scott nie próbował ich zatrzymać. Stali teraz przed biurowcem “PEN Co”, rozmawiając o czymś — chłopcy obserwowali ich przez szybę restauracji położonej naprzeciw. Po chwili podjechała czarna limuzyna z arabską rejestracją, książę wsiadł do środka, a sekretarz zawrócił do budynku.
— Chętnie posłuchałbym, jak rozmawia w cztery oczy ze Scottem — powiedział Jupe, dojadając hamburgera.
— Użyj moich uszu — zaproponował Bob Andrews. — Może posłuchasz.
Konferencja prasowa dobiegała końca. Bob wjechał windą na najwyższe piętro, gdzie mieścił się gabinet prezesa. Na końcu korytarza wyłożonego grubym turkusowym dywanem zobaczył plecy łysego: stał przy oknie i najwyraźniej czekał na Scotta.
Bob zjechał piętro niżej i stąpając na palcach wspiął się po schodach na górę. Olbrzym go nie zauważył. W sekretariacie nie było nikogo, sekretarka towarzyszyła szefowi na konferencji. Bob rozejrzał się po gabinecie prezesa: elegancja, rattanowe meble, panoramiczne okno z widokiem na Bulwar Zachodzącego Słońca i ciemnozielone wzgórza Beverly Hills. Dojrzał boczne drzwi. Za nimi znajdowała się marmurowa łazienka ze złoceniami i toaleta, też z różowego marmuru, z pozłacanym sedesem. Bob ukrył się w toalecie, drzwi pozostawił niedomknięte.
Nie musiał długo czekać. Usłyszał głosy, potem przez szparę w drzwiach dostrzegł Ralfa Scotta i łysego z wąsami. Scott zamknął drzwi do sekretariatu.
— Czym mogę służyć, panie Ramirez? — zapytał.
— Miało być inaczej — powiedział olbrzym. — Książę jest zawiedziony. Nie rozumie roli pańskiej córki.
— Młoda dama pasuje do fundacji dobroczynnej bardziej niż ja.
— Księciu nie pasuje opóźnienie z aktem darowizny gruntów. Co to za sztuczka, Scott?
— Moja Lily nie umie się spieszyć. Jest z natury powolna i trochę kapryśna, ale to dobre dziecko.
— Jak mam rozumieć “trochę kapryśna”? — zapytał chrapliwie Ramirez.
— Liczę, że nie zmieni jednak zdania i podaruje księciu Ahmedowi obiecane tereny. Choć bardzo jej się podobają te pomarańczowe ogrody nad rzeką.
Cisza trwała dobre pół minuty. Potem rozległ się niski, podszyty pogróżką głos olbrzyma:
— Mamy dar perswazji. Szybko przekonamy was oboje.
— Mnie nie trzeba przekonywać — zapewnił Scott. — Ale Lily bywa czasami nieprzewidywalna. Jeśli coś jej strzeli do głowy...
— Potrafimy zadbać, żeby nie strzeliło — powiedział z naciskiem Ramirez. — Miejcie się na baczności. Fracht wypłynie zgodnie z planem, co do minuty. A tereny mają być nasze. Chce pan żyć?
Bob zobaczył przez szparę, jak olbrzym odwraca się i opuszcza pokój. Scott siadł za biurkiem, ukrył twarz w dłoniach. Chude ramiona drżały mu pod kremowym jedwabiem marynarki. Jak długo będzie tak siedział? Trzeba się stąd wydostać.
Bob rozejrzał się po toalecie. Na zewnątrz pod okienkiem biegł szeroki gzyms w kierunku okna na korytarzu, które było otwarte. Bob nie przepadał za wysokościową wspinaczką, ale uznał, że nie ma wyboru. Wysunął przez okienko najpierw nogi, potem ostrożnie przecisnął tułów, ramiona. Przywarł płasko do granitowej płyty elewacyjnej i nie patrząc w dół zaczął kroczek po kroczku przesuwać się wzdłuż gzymsu.
Nagle zakręciło mu się w głowie. Gzyms zaczął uciekać spod stóp. Dwadzieścia pięter przestrzeni zamieniło się w ssawę jak dysza odrzutowca...
Opanował przerażenie. Wyobraził sobie, że stoi na kładce pół metra nad ziemią, a tam jakieś kwiatki, strumyk. Pomogło. Ale na korytarzu, gdy stanął już mocno na puchatym dywanie, stwierdził, że cały jest mokry od potu.
W przyczepie kempingowej, na skraju składowiska staroci, rodzinnego biznesu wujostwa Jupitera Jonesa, panował łagodny półmrok. Jupe i Pete słuchali w skupieniu relacji Boba. Końcówkę z gzymsem darował im: kto lubi przyznawać się do słabości, do banalnego strachu, który pasuje do detektywa jak wół do karety?
— Próba wymuszenia — podsumował Pete. — Szantaż. Pogróżki. Scottowi grozi niebezpieczeństwo.
Jupe przeczesał palcami proste czarne włosy. Był dziwnie zamyślony, jakby drzemał.
— Raczej jego córce — powiedział Bob. — Chodzi o jej podpis. A wygląda na to, że Lily Scott lubi te pomarańczowe gaje nad rzeką i nie pali się do darowizny.
— To po co Scott kupił je na córkę? — zapytał sennie Jupe. — Jeżeli zamierzał podarować fundacji?
— Bez sensu — mruknął Pete.
— Jest sens — powiedział Jupe. — Jeżeli przyjąć, że pan Scott nie chce się rozstać z gruntami. Zapowie córce, żeby nie ustępowała, a sam spróbuje stawić czoło księciu. Może się jednak przeliczyć.
— Ten łysy wygląda na niebezpiecznego faceta — przytaknął Bob.
— Chyba wiem, o jakie tereny chodzi — powiedział Pete. — W sąsiedztwie centrum handlowego Sears. To są najdroższe działki w Los Angeles.
Jupe wyjął z kieszeni gruby kolorowy długopis, obejrzał go ze wszystkich stron i na-cisnął sprężynkę. Zadźwięczały wesołe dzwoneczki “Jingle bells”.
— Myślicie, że Arabowie mogliby oszaleć na punkcie czegoś takiego? — zapytał.
— Tam podobno kochają świecidełka — powiedział Bob.
— Wygląda na to, że książę Ahmed domaga się wysokiej prowizji — zauważył Pete. — Spróbujemy pomóc Scottowi?
— Pomyślmy o dziewczynie — powiedział Bob, a jego błękitne oczy rozbłysły marzycielsko. — Jest bardzo ładna i taka... delikatna, krucha.
— Wpadła ci w oko? — zapytał Pete i w tym momencie uświadomił sobie, że na nim Lily też wywarła wrażenie. Nie przepadał za dziewczętami o osowiałym usposobieniu, ale tu miał miejsce wyjątek. Może się spotkają? A wtedy, oczywiście, górą będzie Bob ze swoim zniewalającym wdziękiem. Niestety.
Jupiter Jones znów popadł w zadumę, bezwiednie głaszcząc oba podbródki. Luźna bawełniana koszulka miała maskować krągły brzuszek, lecz nie spełniała do końca swego zadania.
— Na razie nic się takiego nie dzieje — powiedział wreszcie i popatrzył na obu przyjaciół szeroko otwartymi oczami koloru miodu. — Ale mam przeczucie, że będzie się dziać.
Przeczucia nigdy nie zawodziły Jupitera Jonesa.
ROZDZIAŁ 2
Sekret orlego gniazda
Pete Crenshaw już po raz drugi dzisiaj zawiódł się na swoim fordzie mustangu. Najpierw złapał gumę i długo nie mógł odkręcić zapieczonych śrub. Teraz wysiadły hamulce. Rozsądek nakazywał nie mieć pretensji do wysłużonego wozu z ponad dwudziestką na karku, kupionego za trzysta dolarów, lecz irytacja nie poddaje się rozsądkowi. Pete zjechał na pobocze tuż przed światłami na skrzyżowaniu Oakland i Riverside Drive, niecałe pięć kilometrów od składu staroci, gdzie czekał na niego Jupiter Jones. Obiecał mu pomóc przy polerowaniu mahoniowej serwantki nabytej okazyjnie przez wuja Tytusa. I oczywiście się spóźni.
Podniósł maskę. Bardzo szybko odkrył pęknięcie w szarym ze starości przewodzie hamulcowym. Zbiornik płynu był prawie pusty. Na szczęście, za rogiem jest stacja benzynowa: przylepiec i płyn hamulcowy załatwią sprawę na krótki czas. Potem trzeba będzie wymienić przewody.
Pod światłami z piskiem opon zatrzymał się lexus. Pete zwrócił uwagę na wyzywająco złoty kolor luksusowego japońskiego auta i dlatego popatrzył na kierowcę. Spodziewał się szpanera, a zobaczył Ralfa Scotta. Poznał go natychmiast. Osobie mu towarzyszącej nie zdążył się przyjrzeć, bo zmieniły się światła i samochód pomknął szosą w kierunku północnego nabrzeża Rocky Beach.
Czego szuka w ich małym miasteczku prezes “PEN Co”? Ta szosa prowadzi do podmiejskich rezydencji i kolonii domków letniskowych nad plażą. Tam się kończy.
Dziwne. Chyba że Ralf Scott ma tutaj znajomych, może rodzinę? Mało prawdopodobne: Pete Crenshaw urodził się w Rocky Beach i zna prawie wszystkich tutejszych mieszkańców. Scott do nikogo tu nie pasuje.
Naprawa układu hamulcowego zajęła Pete’owi prawie godzinę. Nie pojechał jednak prosto na składowisko staroci, tylko ruszył na północ. Jechał powoli, w spacerowym tempie, mijając rzadko rozrzucone wille w wieńcach tropikalnej zieleni. Gdzieniegdzie na podjazdach stały samochody, ale żaden nawet nie przypominał złotego lexusa. Przyjeżdżając do kogoś w gościnę nie parkuje się auta w garażu. Gdzie się podział Scott?
Szosa zamieniła się w bulwar, później w aleję. Pete dojechał aż do samego jej końca. Zawrócił. Kiedy dotarł do składu staroci, poczerwieniałe słońce staczało się już do morza, spryskując fale fosforyzującą purpurą. Przy polerowaniu serwantki pomagał Jupe’owi Bob Andrews.
— Dziękuję ci za punktualność — powiedział z przekąsem Jupe. — Zegarmistrz nie miałby z ciebie pociechy.
— Śledziłem Ralfa Scotta — wyjaśnił Pete.
Spodziewał się zaskoczenia, ale Jupe i Bob tylko spojrzeli na siebie znacząco.
— I wyśledziłeś? — zapytał Jupe.
— Miałem zepsuty samochód. Ale pojechałem za nimi na północ, aż do samego końca North Drive, jak tylko naprawiłem hamulce. Nie mogli mi się wymknąć.
— Jednak się wymknęli — zauważył Bob. — Tak jak mnie książę Ahmed i jego sekretarz. Też odjechali na północ swoją czarną limuzyną. Przedtem bardzo długo tankowali na stacji benzynowej, jakby czekali na kogoś. Obserwowałem ich. Cały czas popatrywali na szosę. Ruszyli, gdy obok stacji przejechał złocisty samochód.
— Japoński lexus.
— Zgadza się — potwierdził Bob. — Dalszy ciąg pertraktacji na odludnym terenie.
— Nie sądzę — powiedział Jupiter Jones, zawzięcie szlifując szmatką mahoniową gładź serwantki. — Umówieni ze sobą, nie muszą się czaić. Proponuję małą przejażdżkę na północ.
Czerwony mustang Pete’a tym razem zachował się po dżentelmeńsku: przyspieszał płynnie, hamował równo, nie najeżdżał na gwoździe. Sunąc północną aleją Detektywi rozglądali się uważnie, niekiedy zatrzymywali wóz i odbywali pieszy spacer, zaglądając w głąb podjazdów i do garaży, jeśli nie były zamknięte.
Nie natknęli się ani na czarną limuzynę z arabską rejestracją, ani na złotego lexusa.
— Jeśli tu byli, już ich nie ma — stwierdził Bob. — Wracamy?
— Zobaczmy jeszcze tamtą willę — Jupe wskazał na biały budynek z wieżyczkami, położony na uboczu i jakby wczepiony w skaliste urwisko nad samą plażą. Prowadziła do niego boczna droga, kamienista i wąska.
— To jest Orle Gniazdo — powiedział Pete. — Od lat nikt tam nie mieszka. Wątpię, czy dojedziemy tą ścieżką.
— Spróbuj jednak — poprosił Jupe.
Dojechali. Budynek był rzeczywiście opuszczony, zamknięty na głucho. Okna przesłaniały czarne metalowe żaluzje. Podjazd był zarośnięty chwastami, przed bramą widniała przekrzywiona tablica DO WYNAJĘCIA. Jupe pierwszy wysiadł z samochodu. Pokręcił się przed domem, zbadał zaniedbany trawnik na podjeździe.
— Całkiem niedawno ktoś tu parkował. — Wskazał dwie koleiny z przygniecionym zielskiem. — Jeszcze sok nie wysechł na badylach. Ale tylko jeden wóz.
— Drugi mógł podjechać później i sunąć po śladach pierwszego — zauważył Bob.
— Koleiny byłyby nierówne. Myślę, że limuzyna nie musiała aż tutaj podjeżdżać. Zwłaszcza, jeśli panowie nie byli ze sobą umówieni.
Pete złożył dłonie w tubę.
— Heeej, jest tu ktooo?! — zawołał. — Haaalooo!
Odpowiedziało mu echo przełamane pogłosem fal daleko w dole.
— Ani żywego ducha — stwierdził Bob. — Kto był, ten się zmył.
Zamarli. Z głębi domu dobiegł łomot, jakby ktoś przewrócił mebel albo stłukł ciężki wazon z kryształu. Potem rozległo się trzaśnięcie drzwi.
Słońce już weszło do morza, powietrze zaczęło się robić granatowe. Powiała chłodna bryza. Na pociemniałym niebie pojawił się blady jeszcze zarys księżyca.
— Wchodzimy do środka? — zapytał szeptem Bob i wskazał na małe piwniczne okienko, jedyne bez krat i żaluzji.
Podobnych okienek Trzej Detektywi mieli za sobą już wiele; by je otworzyć, wystarczał scyzoryk albo gwóźdź.
— Ale po co? — Pete, jak zwykle ostrożny, spojrzał na Jupe’a, choć nie liczył na jego poparcie.
Tym razem Jupiter mile go rozczarował.
— Nie teraz — powiedział cicho. — Jeśli ktoś tam jest, musi nas obserwować. A nasza zasada to działać przez zaskoczenie. — I, tym razem, donośnie: — Po co do środka? Kurze zamiatać? Przecież tam nie ma nikogo!
Mustang zawrócił na podjeździe i odjechał kołysząc się na kamieniach, omiatając światłami poplątany gąszcz.
Kiedy znaleźli się w Kwaterze Głównej, Jupe najpierw wysunął szufladkę pod komputerem, pogrzebał w niej i wyciągnął orzechowy balonik.
— Muszę odświeżyć umysł — poinformował. — Mój mózg potrzebuje cukru. I prze-stańcie się głupio uśmiechać, bo właśnie zrzuciłem kolejny kilogram. Mogę sobie pozwolić na parę gramów słodyczy użytecznej.
— Co to jest słodycz użyteczna? — zapytał Pete.
— Ta, która zamienia się w czystą energię i zasila intelekt — wyjaśnił Jupiter Jones. — Intensywna praca umysłowa nie dopuszcza do powstawania tkanki tłuszczowej, a nawet spala istniejącą. To najnowsze odkrycie dietetyków: odchudzać się przez myślenie. Zamierzam wypróbować tę dietę. Można jeść, ile się chce, byle przy tym intensywnie rozmyślać.
— W takim razie powinieneś być chudy jak szczapa — powiedział Bob, sądząc, że pochlebi tym Jupiterowi, ale do Jupe’a jakoś to nie trafiło; odłożył nie dojedzony balonik i zabrał się do masowania podbródków. Bob szybko zmienił temat: — Wszystkie gazety piszą o grających długopisach i triumfie firmy Scotta. Ojciec mówi, że próbowano przeprowadzić wywiady z księciem Ahmedem, ale nie zgodził się na żaden. Potwierdza tylko, że świat arabski ubóstwia “śpiewające pióra” i że kontrakt ze Scottem opiewa na miliony dolarów.
— Nie wierzę w ich miłość do grających długopisów Scotta — powiedział w zadumie Jupiter Jones.
— Dlaczego? — zapytał Bob.
— Wyjaśnię wam to później. Na razie musimy sprawdzić, co się dzieje w Orlim Gnieździe. Może tam kryje się sekret konfliktu między Scottem a księciem Ahmedem. Zbiórka o północy.
— Ja nie mogę — powiedział Pete. — Ojciec pracuje na nocną zmianę i prosił mnie...
— W porządku — przerwał mu Jupe. — Pójdę z Bobem.
Po powrocie do domu Pete poczuł się nieswojo: na taką wyprawę, być może niebezpieczną. Trzej Detektywi powinni wyruszać razem. Ojciec mu wybaczy. Zadzwonił do Jupitera, żeby mu o tym powiedzieć, lecz nikt nie odebrał telefonu. Włożył dres. Postanowił zrobić kolegom niespodziankę: dotrzeć plażą do Orlego Gniazda — przy okazji pobiegać, wykonać trochę ćwiczeń, przepłynąć paręset metrów.
W Rocky Beach, jak to w Kalifornii latem, noc zapada gwałtownie i jest czarna jak krucze skrzydło, zwłaszcza gdy księżyc przysłaniają niewidoczne obłoki. Ale tutejsze plaże Pete znał na pamięć. Biegł pewnie, ciesząc się grą mięśni, słuchając plusku fal szeleszczących kamykami. Minął jakąś całującą się parę, potem rozśpiewany piknik wokół ogniska. Dalej nie było już nikogo. Północne plaże w Rocky Beach są i w dzień pustawe, a co dopiero po zmierzchu.
Księżyc wysunął się zza chmur. W jego matowym świetle Pete zobaczył urwisko i białawy zarys willi zwanej Orlim Gniazdem. Spojrzał na zegarek: do północy brakowało trzech kwadransów. Zdąży popływać.
Nie zdążył. Ktoś płynął w stronę brzegu. Pete słyszał równomierne uderzenia ramion o wodę. Potem coś zabulgotało i rozległ się histeryczny krzyk.
Pete Crenshaw bez namysłu skoczył na pomoc: ktoś się topił, i to całkiem niedaleko. Krzyk powtórzył się, słychać było jakby szamotaninę. W parę chwil Pete dotarł do miejsca, gdzie woda kłębiła się i bulgotała. W blasku księżyca, który wynurzył się zza chmur, zobaczył uniesione nad wodą ramię. Chwycił je, pociągnął w górę. Holując bezwładne ciało, błyskawicznie dotarł do brzegu.
Dziewczyna leżała na piasku i nie dawała znaków życia. Pete Crenshaw wiedział, co robić w takich sytuacjach — udzielanie topielcom pierwszej pomocy Trzej Detektywi mieli w małym palcu. Zaczął od sztucznego oddychania, już to wystarczyło: topielica gwałtownie zakasłała, z jej ust chlusnęła woda. Dziewczyna odepchnęła Pete’a i usiadła, rozglądając się w oszołomieniu.
— Ty mnie chciałeś utopić? — zapytała po pauzie, przez zaciśnięte zęby.
— Ja cię wyciągnąłem z wody — powiedział Pete. — Topiłaś się sama.
— Nikogo więcej nie było? — Pete przytaknął ruchem głowy. — Aha, już pamiętam. — Otrząsnęła się jak psiak, podciągnęła biustonosz. — Kurcz mnie złapał. Ale ból! Chyba straciłam przytomność. Dziękuję, stary.
Księżyc znów rozepchnął chmury. W jego srebrnym świetle Pete rozpoznał dziewczynę.
— Jestem Pete Crenshaw — przedstawił się. — Nie ma za co dziękować.
— A ja jestem... — nie dokończyła.
Jej twarz z bliska była dużo ładniejsza niż z perspektywy podium. Oczy już nie wyglądały na senne ani na nieobecne. Jarzyły się ognikami, jakby odbijały księżycowy poblask. Usta miała pełniejsze, nos bardziej wydatny, ale była to na pewno ona.
— Wiem, kim jesteś — powiedział Pete. — Nazywasz się Lily Scott, prawda? Widziałem cię z ojcem na konferencji prasowej.
Lily parsknęła śmiechem. Była ładną, nadzwyczaj ładną dziewczyną, bardzo w typie Crenshawa. Wstała z piasku. Miała doskonałą sylwetkę modelki, takiej z okładki żurnala.
— Nawet nocą w morzu nie można zachować incognito — powiedziała. — Chyba nie jesteś reporterem?
Pete chciał powiedzieć, kim jest, ale ugryzł się w język. Potwierdził tylko, że nie zajmuje się pisaniem do gazet.
— To świetnie — ucieszyła się Lily. — Ojciec ukrył mnie tutaj przed reporterami. Jeśli byłeś na konferencji, wiesz, że jesteśmy sensacją. Jak się tam znalazłeś?
Pete wyjaśnił. Nie wspomniał jednak, że Trzej Detektywi interesują się Scottem. Nie powiedział też, że Lily na spotkaniu z prasą wyglądała dużo mniej atrakcyjnie niż teraz. Wskazał głową na obrysowaną księżycową poświatą sylwetę Orlego Gniazda.
— Tam ojciec cię ukrył.
— Zaraz... Crenshaw... Z tych Crenshawów? Wielki ród bankierski? — I, nie czekając na odpowiedź zaskoczonego Pete’a: — Jesteś toczka w toczkę podobny do prezesa “World Banking System”, musisz być jego synem.
— Mówią, że jestem bardzo podobny do taty — zgodził się Pete i była to szczera prawda; coś go powstrzymało przed wyjaśnieniem, że Crenshaw senior nie ma nic wspólnego z bankierskim klanem.
Lily Scott zrobiła krok w jego stronę. Pete poczuł wilgotny zapach jej włosów. W blasku księżyca wydawały się czarne.
— Muszę już iść — usłyszał. — Proszę, nie mów nikomu, że mnie spotkałeś.
— Boisz się kogoś? Tych dwóch?
— Jakich dwóch? — oczy Lily znowu znieruchomiały.
— Księcia Ahmeda i jego sekretarza — wypalił Pete. — Wyglądało na to...
— Ja nikogo się nie boję — głos dziewczyny zabrzmiał hardo, jakby z nutką ironii. — Uratowałeś mi życie, chcę ci podziękować.
Nieoczekiwanie dziewczęce ramiona oplotły szyję Pete’a. Poczuł na ustach ciepłe wargi. Aż mu się zakręciło w głowie. Objął Lily, przytulił mocno. To nie był pocałunek wdzięczności.
Zwinnie wyślizgnęła się z jego ramion. Też przez moment wyglądała na oszołomioną, lecz opanowała się błyskawicznie.
— Będę cię pamiętała, Pete. Będę o tobie myśleć.
— Zobaczymy się?
— Nie szukaj mnie, proszę. Ja znajdę ciebie. Na pewno się zobaczymy.
Mało brakowało, a Pete wygadałby się o podejrzeniach Trzech Detektywów, spróbowałby ostrzec Lily, zasypałby ją pyt...
dwa_dni