Zofia, Jerzy i Inni
Z perspektywy czterech dekad to tak naprawdę świat jest coraz bardziej do dupy, co chwilę kogoś zalewa, zwiewa czy przywala. To przez ludzi: wypalają lasy, zatruwają co się da, sikają po piwnicach albo robią wszędzie śmieciowe kupy, wg zasady: „... sraj Polaku, sraj - bo to jest twój kraj...”. Co więc takiego się stało, że w Jastrzębiu-Zdroju powstał JKF „Niezależni”, skupiający normalnych ludzi?
Wystarczyła wykształcona Para po AGH i KTF-ie z pasją fotograficzną i wrodzoną życzliwością do bliźniego swego. Nagle w mieście pojawiła się oaza, do której ściągali amatorzy fotografii z najbliższych okolic i zawodowcy - artyści z prelekcjami, wystawami z całej Polski. Lubczyńscy mieli autorytet, nie tylko fotograficzny. Pewnego wtorkowego wieczoru, w klubie, przy kawie, Jurek wspominał ratowniczą akcję w jakiejś kopalni po wybuchu metanu i pyłu węglowego, gdzie jeden ratownik wynosił po dwóch martwych górników, bo tak byli zmumifikowani wysoką temperaturą... Następnego dnia w przodku kombajnowym pobiłem się ze sztygarem, bo ten wsadził metanomierz do lutni, by móc fedrować. Nigdy więcej w mojej obecności nikt nie ingerował w zabezpieczenia metanometryczne w moim przodku. Niby drobiazg...
W klubie było jak w rodzinie. Kiedy Moja była w ostatnim miesiącu ciąży z Anią, Zofia zapytała, jak się czuje, odparłem że ledwo chodzi, już po terminie... Wieczorem zawiozłem ją na porodówkę, urodziła w nocy, a rankiem lekarz zapytał żonę, skąd zna Zofię Lubczyńską?
Z podróży po świecie przywozili oprócz zdjęć i kolorowych slajdów egzotyczne herbaty. W wielkiej blaszanej puszce Zofia mieszała je ze sobą, a potem częstowała gości. W ich domu odbywały się robocze spotkania diaporamowe. Zabieraliśmy do Jurka swój sprzęt muzyczny - co kto miał - podłączaliśmy do miksera i składaliśmy (wg przygotowanego przez Jurka scenariusza) dźwięki do diaporam .W przerwach Zofia serwowała egzotyczne posiłki. W diaporamach nie było na Nich mocnych.
Klub (czyli Lubczyńscy) organizował co dwa lata ogólnopolską wystawę fotografii - „Spotkania z fotografią”. Mieliśmy więc okazję poznać i przyjrzeć się z bliska pracy takich jurorów-fotografów, jak: Juliusz Garztecki, Zofia Rydet, Jerzy Lewczyński, Lech Kopczyński, Michał Sowiński, Fryderyk Kremser – Ludzie Autorytety.
Najpiękniejsze były plenery. Zofia, jako działaczka PTTK-u, miała olbrzymią wiedzę o każdym regionie. W trakcie podróży mieliśmy pełny serwis historyczny i geograficzny trasy i miejsca pleneru. W Ząbkowicach Śląskich, na obrzeżu Jury, Zofia miała swój dom rodzinny. Cały drewniany, taki z duszą, a może i z duchami. Była to klubowa baza wypadowa do Jury. Dawno temu w schowku na poddaszu mama Zosi gromadziła butelki z sosnowym winem własnej roboty. Po powrocie z fotografowania i sytej kolacji Zofia wyciągała butelkę maminego wina. W kieliszku wyglądało jak rozpuszczony bursztyn, opalizowało i pachniało świerkowym czy sosnowym lasem... bajka!
Pewnego razu, gdzieś w świecie, Lubczyńscy spotkali prezesa klubu fotograficznego Probuda - Georga Radewa i nawiązali znajomość. Jego klub miał siedzibę w Burgas, nad morzem Czarnym. Współpraca wyglądała tak: trzech klubowiczów z Polski zabierało jedną kopię wystawy, na zadany temat i jechali do Bułgarii. I vice versa. W tym samym czasie jury w Jastrzębiu i Burgas oceniało dwa takie same bułgarsko-polskie zestawy zdjęć, przyznając nagrody. No, a potem dwa tygodnie moreto, „Słoneczny Brzeg”, domasznaja rakija, Płowdiw, szopski ser, skisłe małako, itp., itd. Podobną współpracę mieliśmy z Czechami – Wojtkiem Bartkiem.
O klubie i Lubczyńskich można by pisać bez końca, trzy dekady nam zagospodarowali, a potem nagle odeszli. Pozostały wspomnienia i fotografie - czy to bardzo mało?
FabianK